TOP10: Płyty pierwszej połowy 2016 roku, których nie możesz przegapić

Czerwiec za nami, wybił już lipiec, a więc pierwsze półrocze 2016 mamy za nami. Za wcześnie, by wybierać płytę roku, ale możemy już zwrócić uwagę na pierwszych pretendentów ubiegających się o ten tytuł. Przed Wami moje w pełni subiektywne zestawienie 10 płyt pierwszej połowy 2016 roku.

Jak z pewnością zauważyliście, od początku roku na naszym blogu pojawia się znacznie mniej tekstów. Cóż, życie nie stoi w miejscu, trzeba koncentrować się na priorytetach, nie znaczy to jednak wcale, że wypadliśmy z obiegu i zupełnie już nie wiemy, co się dzieje w świecie muzycznym. O nie! Dalej śledzimy ulubionych artystów, wypatrujemy objawień i poszukujemy ekscytujących nowości, o które tak ciężko w przestarzałych i skostniałych mediach. Ale od czego jest przecież internet?

Jak od wielu lat powtarzam przy podsumowaniach roku, tak i tym razem utwierdzam się tylko w przekonaniu, że lata parzyste są niczym przy latach nieparzystych. I tak jak choćby w 2015 roku mógłbym pisać takie podsumowania co miesiąc i wciąż mieć problem ze zmieszczeniem wszystkich perełek, tak w tym już przy dziesiątce pojawiły się drobne problemy. Ale ostatecznie udało się. Jakie płyty zrobiły na mnie największe wrażenie przez ostatnie sześć miesięcy? Przekonajcie się.

David Bowie – ★ (Blackstar)

Najmocniejszy kandydat do tytułu płyty roku 2016 pojawił się na rynku już tydzień po jego rozpoczęciu. Tak jak zachwycałem się tym albumem w dniu premiery, tak dwa później mogłem te wszystkie pochwały już tylko zalaminować i postawić w niedostępnym miejscu. „★ (Blackstar)” to nie tylko fantastyczny krążek, lecz także doskonałe podsumowanie całej kariery Ziggy’ego Stardusta. Bowiemu udało się to, o czym marzy każdy artysta – zmarł zapewniwszy sobie ostateczną nieśmiertelność.

The Black Queen – Fever Daydream

To jedna z najczęściej zapętlanych przeze mnie płyt w tym roku. Josh Eustis po raz kolejny udowodnił, że potrafi kreować niesamowite klimaty, ale największe wrażenie w The Black Queen robi Greg Pucciato, który dał się poznać z zupełnie nowej strony. Z niekrytym rozbawieniem patrzę, jak albumem tym zachwycają się zarówno miłośnicy The Dillinger Escape Plan, którzy na co dzień śmieją się z każdego synthpopu, jak i depeszowcy, którzy nigdy w życiu nie słuchali nic mocniejszego. Prawdziwe porozumienie ponad podziałami.

Savages – Adore Life

Przyznam, że po debiucie czterech mrocznych pań może nie tyle przewidywałem, że ich kariera zakończy się na jednym krążku, co nie zdziwiłbym się, gdyby już nie powtórzyły jego sukcesu. Na szczęście bardzo miło się zdziwiłem, bo już od pierwszych wersów „The Answer” – If you don’t love me, you don’t love anybody – nie miałem wątpliwości, że wcale nie obniżyły lotów. „Adore Life” to kolejna ciężka, ale jednocześnie piękna płyta. O czym najlepiej przekonuje numer (prawie) tytułowy.

Iggy Pop – Post Pop Depression

Czyżby dawni przyjaciele z Berlina założyli się o to, który nagra w 2016 roku lepszy krążek? Niestety, Bowie – w tragiczny sposób, ale zawsze – wygrał w przedbiegach, co nie zmienia faktu, że „Post Pop Depression” to najlepsze dzieło Iggy’ego Popa od… aż ciężko zliczyć ilu lat. Może to zasługa Josha Homme’a, a może już sam Osterberg znudził się francuskimi kotletami i poczuł ochotę na ambitniejsze artystyczne szaleństwo? Jakby nie patrzeć: kolejny stary człowiek, a może.

THYX – Headless

Trochę mi było smutno, że w tym roku nie będzie nowej płyty mind.in.a.box, zwłaszcza że zeszłoroczna „Memories” była świetna. Można było oczywiście liczyć na nowy materiał THYX, solowego projektu Stefana Poissa (ten gość jest niezmordowany…), ale jego twórczość jakoś nigdy do mnie aż tak nie trafiła. Aż do „Headless”, który brzmi momentami jak sequel „Memories”. Znalazło się tu miejsce zarówno dla „autotune’owego” „Doomed”, jak i klimatycznego „Gravity” na osiem minut.

Perturbator – The Uncanny Valley

Niestety, to nie będzie płyta roku, jak pierwotnie obstawiałem w ciemno. Owszem, „The Uncanny Valley” to świetny krążek, na którym nie brakuje rewelacyjnych momentów, jednak nie bije „Dangerous Days”. „I am the Night” raczej też nie. Nadal wszyscy kochamy Perturbatora, ale obawiam się, że oczekiwania względem niego będą tylko rosły do niemożliwych rozmiarów. Jedyny sposób, to by James znalazł jakąś drogę, którą zdoła je wyminąć.

Red Emprez – Reborn

Niegdyś białostocki duet industrialno-darkwave’owy, dziś synthwave’owcy rodem z Miami. Może dlatego tak mnie ten krążek urzekł, że sam na swój sposób przebyłem podobną muzyczną drogę? Nie da się jednak zaprzeczyć, że „Reborn” to bardzo dopracowany, przemyślany materiał, który zachwyca pomysłami, kipi energią i nie jest w stanie odczepić się od człowieka przez długie tygodnie. A spacery w upalnym słońcu z nim na uszach to czysta przyjemność.

Aviaries – Aviaries

Może nie jest to jeszcze pełnoprawny kandydat do miana płyty roku (ten myślę, że dopiero przed nimi), ale kibicuję chłopakom z całych sił i nic nie poradzę, że ich debiut bardzo przypadł mi do gustu, udanie nawiązując do moich ulubionych mrocznych stylistyk. Jeśli tak jak ja szukacie przyszłości polskiego coldwave’u i czekacie na Soft Moona nad ziemią piastowską, posłuchajcie Wrocławian. Mrok, samotność i zimno w dużych stężeniach gwarantowane.

Death In Rome – Hitparade

Jakoś tak wyszło, że nie było na naszym blogu zbyt wiele neofolku. Nie mam co podlinkować ani pod Rome, ani po Death in June, więc żart się trochę nie uda. Ale nic to, wystarczy, że posłuchacie tego nietypowego zestawu przeróbek. To wymarzony zestaw dla każdego hipstera, który przecież nie posłucha Lany del Rey, Miley Cyrus czy George’a Michaela w oryginale – niech więc się poratuje neofolkowymi wersjami. A dla „normalnych” ludzi może to być świetny początek przygody z tym gatunkiem.

Fraunhofer Diffraction – Ultima Ratio

Jeszcze ciepła EP-ka od moich rosyjskich ulubieńców. W czasach, kiedy najwyraźniej witch house już odszedł do lamusa, oni dalej eksperymentują i znajdują kolejną niszę: outsider house. Podobnie jak w przypadku wiedźmowej chaty, nie mam pojęcia, co to jest, ale jeśli ma podobnie nawiązywać do ambientów Aphex Twina jak „Ultima Ratio” i ma być tego więcej, to już się jaram. Tymczasem koniecznie obadajcie to wydawnictwo, chyba najprzystępniejsze w dotychczasowym dorobku dyfrakcji Fraunhofera.

A jakie są Wasze ulubione płyty 2016 roku w tej chwili?

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

3 komentarzy do "TOP10: Płyty pierwszej połowy 2016 roku, których nie możesz przegapić"Dodaj swój →

  1. Methyl Ethyl ” Oh, Inhuman”
    Garbage „Strane Little Bird”
    Daughter „Not To Dissapear”
    Savages „Adore Life”
    David Bovie ” Blackstar”
    Bat For Lushes „The Bride”
    Electric Eye „Different sun”
    Soren Juul „This moment”
    My Personal Murderer „Cauchemar”
    K-Essecne „We Prefer the Night”

  2. David Bowie – Blackstar
    Derniere Volonte – Prie Pour Moi
    Ivar Bjornson and Einar Selviks – Skuggsja – A Piece For Mind and Mirror
    Drangsal-Harieschaim-LP-2016-gF

    plus

    Mortiis – The Great Deceiver
    Orgy – Talk Sick-EP
    Skold – The Undoing
    Youth Code – Commitment to Complications
    Filter – Crazy Eyes
    Rob Zombie – The Electric Warlock Acid Witch Satanic Orgy Celebration Dispenser
    Dawn Of Ashes – Theophany
    Victor Love – Technomancy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *