Daft Punk – Random Access Memories

Francuski duet nie spieszył się z nowym długograjem. Od wydania poprzedniego krążka, „Human After All”, minęło… Aż osiem lat! Jednak nawet jeśli przez ten czas fani zapomnieli o Daft Punk, Francuzi wiedzieli, jak o sobie przypomnieć. Wszechobecne reklamy, billboardy i katowany przez media singiel „Get Lucky” przypomniały o nich wszystkim zapominalskim fanom, a i przyciągnęły masę nowych, niezaznajomionych wcześniej z twórczością duetu. W tej kategorii „Random Access Memories” naprawdę przoduje – jako jedna z najlepiej wypromowanych i najbardziej rozdmuchanych premier tego roku.

Nie należy oczywiście pomijać wydanego w 2010 roku soundtracku do filmu „Tron: Dziedzictwo”. Daft Punk pokazali się na nim co prawda z zupełnie innej strony (jak na soundtrack przystało), ale już o tamtej płycie było wyjątkowo głośno. I powiedzmy sobie szczerze: zdecydowanie za głośno, biorąc pod uwagę sam materiał muzyczny. Ścieżka dźwiękowa z „Tron: Legacy” miała swoje sympatyczne momenty (szczególnie kiedy do głosu dochodziło więcej elektroniki), ale w gruncie rzeczy była mocno przereklamowana. A już na pewno przesadą były wszelkie głosy mówiące, że oto mamy do czynienia z rewolucją w świecie soundtracków filmowych, bo ktoś zatrudnił do blockbustera dwóch francuskich elektroników, a nie Hansa Zimmera. Tak naprawdę muzyka z „Tron: Legacy” to w większości wciąż muzyka orkiestrowa, jakiej w hollywoodzkich filmach pełno, a jej połączenie z daftpunkową elektroniką może jeszcze sprawdza się jako tło w filmie, ale poza nim – nie jest to nic specjalnego. Jeśli już chcemy mówić o „elektronicznej rewolucji”, należałoby bardziej wskazać na skomponowaną przez Trenta Reznora muzykę do „The Social Network” Davida Finchera, która nie tylko zarejestrowana została bez udziału żadnych orkiestr, lecz także zdołała wywalczyć dla niego Oscara. Ale dobra, dość już o soundtrackach…

Jak się ma „Random Access Memories” do albumu z „Tron: Legacy”? Wyraźnie słychać, że praca z orkiestrą w dużym stopniu wpłynęła na proces komponowania nowego, pełnowymiarowego krążka. Po raz pierwszy Francuzi zatrudnili żywych muzyków, wyraźnie zbaczając z obranej na poprzednich płytach drogi. Z czasów „Homework”, „Discovery” i „Human After All” został tylko syntezator modularny i kosmicznie brzmiący vocoder. Żadnych loopów i sampli, za to żywy bas, żywe gitary, a nawet żywa perkusja. Do tego masa znakomitych gości: Panda Bear z eksperymentalnej formacji Animal Collective, Julian Casablancas – głos wyznaczających trendy jakąś dekadę temu The Strokes, legendarny kompozytor i producent Giorgio Moroder (na „Random Access Memories” użyczający tylko swojego głosu w specjalnym monologu), czy wreszcie Nile Rodgers, założyciel Chic, mający na koncie współpracę m.in. z Davidem Bowiem, Duran Duran i Madonną. Zdawałoby się, że w takim gronie musi powstać fenomenalna płyta, a są nawet szanse na jakieś przełomowe arcydzieło, zakorzenione w tradycji lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ale zgrabnie łączące ją ze współczesnością. I nawet po pierwszym singlu, zakatowanym na śmierć przez media, Internety i sklepowe playlisty „Get Lucky” z gościnnym udziałem Pharrella Williamsa, byłem dobrej myśli. Bo to przecież bardzo fajny, momentalnie wkręcający kawałek, z dobrym funkowym rytmem i daftpunkowym vocoderem. Niestety, to jedna z nielicznych udanych kompozycji na tym albumie…

Wpływy lat siedemdziesiątych to przede wszystkim najgorsze, co przyniosło disco tamtego okresu. Monolog Morodera wypada pretensjonalnie (jak zresztą cała otoczka tego albumu), mimo że z całej kompozycji dałoby się wyłuskać jeszcze coś ciekawego, gdyby tylko pociąć ją na co najmniej trzy części. Forma dziewięciominutowego koszmaru jest po prostu nie do strawienia. „The Game of Love” udowadnia, że „Making Love” z „Human After All” wcale nie było takim złym kawałkiem na grę wstępną – tutaj zanim dojdzie do jakiegokolwiek „making love”, obie zainteresowane strony usną z nudów. Podobnie ma się sprawa z „Within” – byłaby to pewnie całkiem miła, sentymentalna ballada, ale taki twór wymaga przecież zaangażowania emocjonalnego, a jak wymagać emocji od robotów (chociaż, o dziwo, kiedyś nie miały z nimi takich problemów)? A jak z tą współczesnością? „Doin’ It Right” nawet trochę nawiązuje do czasów „Discovery” i rzeczywiście jest to jedna z bardziej udanych kompozycji na „Random Access Memories”, a partie wokalne Panda Beara wprowadzają miły powiew świeżości do powtarzanego w kółko tytułu utworu. Julian Casablancas z kolei ukradł ze studia Francuzów vocoder i zaśpiewał w „Instant Crush”. Niestety, piosenka brzmi gorzej od ostatnich dokonań jego macierzystej formacji, co w sumie należałoby rozpatrywać w kategoriach dość znaczącego osiągnięcia. To zabawne, że kiedy za muzykę Daft Punk odpowiedzialne były „maszyny”, o wiele więcej było w niej serca, emocji, chwytliwych melodii, tej magicznej siły, która nie pozwalała usiąść w miejscu przy ich poprzednich płytach. Kiedy do głosu doszli żywi ludzie, wszystkie wspomniane atuty wyparowały bez śladu.

Dokładnie trzydzieści lat temu Nile Rodgers wyprodukował i zagrał na najbardziej kontrowersyjnej płycie Davida Bowiego, „Let’s Dance”. Zdania na temat tamtego krążka do dziś są podzielone, niezależnie jednak od tego, czy rozpatruje się go jako ostateczne „sprzedanie” Bowiego, czy też ukoronowanie kariery największym sukcesem komercyjnym, pamięć o niej pozostaje żywa. Złote Przeboje dalej grają „China Girl”, a raz na jakiś czas obudzi się jakiś Tarantino i wrzuci do swojego filmu „Cat People”. W przypadku „Random Access Memories” takiego problemu raczej nie będzie – ludzie się teraz zachłysnęli, ale wątpię, aby za trzydzieści lat ktokolwiek pamiętał o tym potworku. W sumie Nile’a Rodgersa to wina najmniejsza – akurat kawałki, w których dołączył do Daft Punkowców, wypadły najlepiej. Całości to jednak nie ratuje. Najbardziej przereklamowany album roku.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

7 komentarze do “Daft Punk – Random Access Memories

  1. Pingback: Evil Cowards - Moving Through Security , recenzja - Jeszcze tego nie słyszałeś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *