God is an Astronaut – Origins

Dawno, dawno temu miałem fazę na taki gatunek, co się brzydko nazywa „post-rock”. Zachwyciłem się nim, jak nietrudno odgadnąć, właśnie za sprawą Irlandczyków z God is an Astronaut. Eksplorując dalej jego obszary i poznając ponoć podobne do nich zespoły, szybko przekonałem się, że „post-rock” to jeden z najnudniejszych gatunków muzycznych na świecie. God is an Astronaut jednak wciąż lubię od czasu do czasu sobie zapuścić. I mimo że od dawna nie nagrali nic ciekawego, wciąż śledzę ich dalsze dokonania.

No bo nie oszukujmy się: pomysły skończyły im się już koło płyty „Far From Refuge”. Późniejsze „God is an Astronaut” i fatalne „Age of the Fifth Sun” udowodniły tylko, że na nagranie takich perełek jak „The End of the Beginning” i „All Is Violent, All Is Bright” nie ma już co liczyć. God is an Astronaut stali się niewolnikami własnego stylu, grając cały czas to samo, z każdą kolejną płytą tracąc tylko na świeżości. I pod tym względem akurat „Origins” jest dość zaskakujące.

Oto bowiem Irlandczycy nagrali… Coś innego.

Spokojnie, panowie nie skręcili w stronę dubstepu, aby odbić sobie wreszcie te 20,000 dolarów za sprzęt, który im skradziono w 2008 roku. Zmiany przyszły wraz z poszerzeniem składu: God is an Astronaut to aktualnie aż pięciu muzyków plus dodatkowi goście, którzy zagrali na nowym krążku. Najistotniejszy z nich to Pat O’Donnell, który współprodukował „Origins”, a także zagrał na gitarze, klawiszach i użyczył swojego głosu. Tak jest, dobrze czytacie: Irlandczycy dorobili się „wokalisty”.

Tym, za co najbardziej lubiłem „stare” God is an Astronaut, był fakt, że w tej swojej (bądź co bądź) niszowej muzyce potrafili zachować pewną specyficzną przebojowość. Nawet jeśli prezentowali to w nietypowy sposób, mieli chłopaki talent do wpadających w ucho melodii. Tego właśnie najbardziej mi brakowało na poprzednich dwóch płytach, gdzie ciężko było w ogóle odróżnić poszczególne utwory. Może bracia Kinsellowie i spółka sami zdali sobie z tego sprawę?

Na „Origins” jak chyba jeszcze na żadnej ich płycie można wyczuć zwrot w stronę „rozwarstwienia” i „atmosferyzowania”, a nie męczenie dalej melodii, na które nie za bardzo już są pomysły. Utwory są przepełnione eksperymentami, dzięki czemu płyta nie nudzi jak dwie poprzednie. Żeby nie być gołosłownym: „Calistoga” otwiera riff godny starego Muse, „Exit Dream” ma electropopowy sznyt (notabene zmierzający niebezpiecznie blisko „In This Together” Apoptygmy Berzerk), „Transmissions” ma wręcz IDM-owe momenty, a „Red Moon Lagoon” pewnie chętnie by od nich odkupiła jakaś industrial rockowa kapela z lat dziewięćdziesiątych.

Problemy są dwa.

Pierwszy z nich to wspomniane wcześniej przeładowanie „warstw”. Wszystkie te piosenki mają charakterystyczne motywy i patenty, które w jakiś sposób intrygują, ale to są tylko momenty. Druga rzecz – WOKAL. Tak, wreszcie trzeba się o tym rozpisać. Bo to wcale nie tak, że O’Donnell stanął za mikrofonem i wyśpiewuje teraz jakieś grafomaństwa. Jego głos to niezrozumiałe, vocoderowe majaczenie, które zostało potraktowane w kompozycjach jako po prostu dodatkowy instrument. Tyle, że ten instrument pasuje do nich na ogół w równym stopniu, co theremin do płyty z chorałami gregoriańskimi. Jeśli w którejś z „wokalnych” piosenek już uda się nawet wykreować jakiś nastrój, to całkowicie niszczy go właśnie to przetworzone jęczenie. Brzmi ono po prostu źle, a już najgorzej w wyższych rejestrach.

Najlepszym przykładem niech będzie i tak zupełnie nijaki, zamykający album „Light Year from Home”. Pozostaje po nim tylko odetchnąć z ulgą i nie ma się najmniejszych chęci na powrót do „Origins”. Jedynym wyjątkiem jest epicki „Reverse World”. Wokal nie wybija w nim całkowicie z klimatu, a nawet zdaje się być naturalną częścią progresji kompozycji. W odróżnieniu od pozostałych utworów „śpiewanych”, przez vocoder przepuszczono tu głos nowego gitarzysty God is an Astronaut, Gazza Carra. Ale to raczej nie jego zasługa, po przetworzeniu i tak te głosy brzmią identycznie.

W obliczu skreślającego większość tego materiału „śpiewania”, nie dziwi, że jednym z najlepiej broniących się utworów na „Origins” jest „Autumn Song”. Piękne elektroniczne atmosphericsy, budujące jeszcze nastrój wokół podniosłych partii pianina, rodzą nadzieję, że będzie z tego coś pięknego. Niestety, to tylko kolejny moment. Utwór zmierza donikąd, a pod koniec znowu pojawia się (w minimalnym stopniu, ale jednak) vocoderowe zawodzenie. Chyba nie ma szans, aby God is an Astronaut nagrali jeszcze kiedyś coś tak pięknego jak „Suicide by a Star”.

Można być złym na Irlandczyków za ten krążek.

Pierwszy raz od lat był potencjał, były momenty, było naprawdę sporo nowego. Tylko że właśnie jedna z tych nowości położyła szanse na dobrą płytę. Jeśli Bóg jest wciąż astronautą, to na „Origins” jest to już tylko martwy astronauta dryfujący w kosmosie z piosenki Marilyna Mansona.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

1 komentarz do "God is an Astronaut – Origins"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *