Gary Numan – Sacrifice

No i dotarliśmy do tego momentu. Po omówieniu najważniejszych momentów w karierze Gary’ego Numana pod pretekstem krążków „The Fury”, „Metal Rhythm” i „Splinter (Songs From a Broken Mind)”, doszliśmy do płyty, od której wszystko zaczęło się na nowo: „Sacrifice”.

Kiedy ostatnio opowiadałem wam o Numanie, wydał on bardzo sympatyczną, choć wciąż tkwiącą w stylistyce ejtisowego popu, płytę „Metal Rhythm”. Mimo że znalazły się na niej autentycznie zabójcze kawałki jak „Voix” czy „America”, krążek kompletnie przepadł na rynku przez głupotę typową dla wytwórni płytowych. Numan nagrał dla niej jeszcze jedną płytę – przepełnioną odwołaniami do jego ukochanego science fiction „Outland” – po czym zdecydował się reaktywować własny label Numa Records, by samodzielnie wydać „Machine + Soul”. Powszechnie uważa się, że to najsłabszy album Numana w całej jego przepastnej dyskografii i też sam artysta uwielbia w takim świetle go przedstawiać – że powstał tylko dla spłacenia długów, że to artystyczne dno itd. Ale wiecie co, wbrew pozorom znalazło się tam kilka całkiem niezłych kawałków (np. tytułowy czy „Emotion„), które pasują zarówno do „The Fury” czy „Metal Rhythm”, jak i można je uznać za zapowiedź industrialnego kierunku, który wokalista zaraz obrał.

Oczywiście historia znowu się powtórzyła, mimo że „Machine + Soul” było już jawnie wymierzone w najbardziej komercyjne rejony rynku, poniosło sromotną klapę. I tutaj w sumie jest dobry moment, żebym zwrócił uwagę na to, za co zawsze najbardziej ceniłem Numana. Prześledźcie sobie jego dyskografię. Zobaczcie, ile w niej porażek, jak długo miotał się, gubił drogę, zmieniał wytwórnie płytowe, wyrzucał ostatnie pieniądze w błoto. Takich przypadków w showbusinessie jest masa, ale nie znam chyba drugiego takiego artysty, który tak prędko – i to na własne życzenie – spadłby ze szczytu mainstreamu, a potem przez tyle lat próbowałby za wszelką cenę do niego wrócić. I mimo kolejnych, coraz boleśniejszych porażek, nigdy się nie poddał: praktycznie co rok płyta, trasa, kolejna płyta, kolejna trasa… To jest dopiero wzór coachingu! I jak widać się opłaciło – może po prostu Gary na tyle kocha to, co robi, że cały czas zdawał sobie sprawę, iż nic innego nie może robić. Bo to człowiek stworzony do życia na scenie – co doskonale udowodnił w zeszłym roku w Warszawie.

Ale wracamy do „Sacrifice”. Choć zawsze twierdzę, że u Numana od lat pełno było industrialnych wpływów i jego późniejsza, „mroczna” droga była jak najbardziej logiczną konsekwencją wcześniejszych płyt, bezpośredniej genezy tego krążka należy upatrywać w dwóch zapomnianych soundtrackach. Pierwszy z nich został skomponowany na potrzeby niskobudżetowego horroru „The Unborn” we współpracy z Michaelem R. Smithem. Część z 42 (!) krótkich motywów została wykorzystana chwilę potem na „Outland”, ale dwa czekały aż do „Sacrifice”: „Embryo” rozwinęło się w „The Seed of a Lie”, a „Needles” to wczesna wersja „Pray”. Można więc założyć, że wstępne ramy „Sacrifice” powstały już w 1990 roku. Druga ścieżka dźwiękowa to jeszcze bardziej niszowa sprawa: soundtrack z video „The Radial Pair”, w którym Numan prezentuje swoje drugie ulubione hobby, akrobacje lotnicze. I tak z ośmiu wydanych na limitowanym, fanklubowym wydawnictwie instrumentali „Kiss Me and Die” trafiło na „Sacrifice” jako główny singiel „A Question of Faith”, „Virus” przepoczwarzył się w „Desire”, a „Machine Heart” to kolejny zalążek „Pray”. Również w „Red Sky” można się dosłuchać wstępnego pomysłu na „You Walk in My Soul”. Jeśli więc zawsze żałowaliście, że Numan nigdy nie nagrał w pełni dark ambientowego, instrumentalnego albumu – polecam te dwa wydawnictwa.

Po „Machine + Soul” Numan wiedział, że to koniec i że nie ma co się dalej na siłę przepychać do wrót mainstreamu – podjął więc bardzo mądrą decyzję, żeby zrealizować album, którego sam chciałby słuchać. Oparty o jego własne zainteresowania i oddający jego charakter. A tak się złożyło, że jego muzyczny świat właśnie został wywrócony do góry nogami za sprawą „Songs of Faith and Devotion” Depeche Mode – wpływ tego genialnego krążka jest na „Sacrifice” mocno słyszalny. Początek lat dziewięćdziesiątych to też moment, w którym do głosu zaczął dochodzić rock industrialny, z Nine Inch Nails na czele. Co prawda to dopiero „Exile” będzie płynąć na fali sloganów „Gary Numan był dla mnie ogromną inspiracją” wygłaszanych co chwila przez Trenta Reznora i Marilyna Mansona, ale już ta płyta zapożyczyła od nich pomysł na workflow. Zamiast ściągać setki gościnnych wokalistek, saksofonistów, gitarzystów i tamburynistów, Numan zagrał tu wszystko od początku do końca sam. Jedyną gościnną wokalistkę – w osobie TJ Davis – zaprosił do utworu „Scar”. I wielka szkoda, że tylko do niego, bo jak ukazuje poniższy teledysk, Teresa doskonale prezentowała się nie tylko w roli backing vocali. Ale w sercu Gary’ego było już miejsce tylko dla Gemmy (wówczas jeszcze) O’Neill.

No właśnie, tak sobie wyliczamy genezy i inspiracje, a bardzo możliwe, że gdyby nie ta jedna kobieta, to wcale by żadnego „Sacrifice” nie było. Ponoć to właśnie Gemma namówiła Numana, żeby uwierzył we własne możliwości, zaufał swojej intuicji i stworzył tak osobiste dzieło. Gary napisał jej w podzięce wzruszającą piosenkę „You Walk in My Soul”, para wkrótce się pobrała i szczęśliwie żyje razem do dziś. Wszystko pięknie, przesadzili tylko w jednym miejscu: amerykańskie wydanie „Sacrifice” nie dość, że nazywa się „Dawn”, to jeszcze doczekało się kompletnej zmiany szaty graficznej… A akurat, Gary, jak zacząłeś iść w dobrym kierunku również pod względem okładek…

sacridawnsacribacksacriwalk

Jeśli chodzi o tematykę utworów, „Sacrifice” zapoczątkowało tzw. „trylogię religijną” w twórczości Numana. Szczególnie w singlowym „A Question of Faith” dał wyraz swoim ateistycznym poglądom, choć „Sacrifice” wydaje się jeszcze całkiem łagodne w porównaniu do późniejszych „Exile” i „Pure”. Co ciekawe, swego czasu działała w Internecie nawet specjalna strona internetowa byłych fanów Gary’ego, którzy uważali się za katolików i w odpowiedzi na jego ostatnie płyty byli zmuszeni się od niego odwrócić. Cóż, ich strata.

Tyle się już rozpisałem, że jak dochodzi do omawiania samej zawartości muzycznej, to nie bardzo wiem, co jeszcze dodać. „Sacrifice” to dokładnie taka płyta, jaka wyłania się z powyższego opisu. Nagrana przez świadomego artystę, który wreszcie odbił się od dna. Nie brzmi jeszcze tak dopracowanie jak „Exile”, nie poraża mocą „Pure”, ale jej oldskulowe brzmienie ma swój urok. Industrialne beaty pogłębiają zdehumanizowany klimat i od razu się im wybacza, że wszystkie brzmią tak samo. Pełno tu mrocznej, darkwave’owej przestrzeni, która stanowi o wyjątkowym klimacie tej płyty. Część z tych utworów rozwinęła swe skrzydła na późniejszych koncertach (polecam dwupłytowy album „Dark Light” – w zalewie koncertówek Numana, to jedna z nielicznych interesujących pozycji), natomiast ciekawym przypadkiem jest „Bleed”, które zyskało zupełnie nowe życie na remiksówce „Hybrid”. Porównajcie sobie zresztą podlinkowany wyżej kawałek z tym. Aż szkoda, że taki los nie spotkał większej liczby kawałków z „Sacrifice”, z pewnością wypadłoby to interesująco.

Finał tej historii znamy wszyscy. „Sacrifice” nie było hitem sprzedaży (choć podobno i tak rozeszło się znacznie lepiej od „”Machine + Soul”), ale przywróciło Gary’ego Numana na właściwą drogę. Od tej pory było już tylko lepiej. „Exile” znacznie dopracował zaprezentowane tu idee, „Pure” to arcydzieło, jakie nagrywa się raz w życiu, a i późniejsza współpraca z Ade Fentonem – nawet jeśli nie przynosiła już tak genialnych płyt – pełna jest udanych piosenek.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

3 komentarze do “Gary Numan – Sacrifice

  1. Jedno mnie tylko zastanawia. Mam tę płytę w ‚pierwotnym’ wydaniu, mam ją w wersji Extended i wreszcie mam jej remastery. I w każdym przypadku brzmi jak kompletna kupa 🙁 Znaczy – muzycznie to klasyka, ale tak jakby słuchana przez telefon. Dlaczego nikt jej porządnie nie zremasteruje? Ale tak naprawdę? Ps. I zgadzam się, że ‚Dark Light’ to genialna koncertówka

  2. Czuć wpływ SOFAD Depeszy i to bardzo . Scar to sama klasyka, bardzo fajny kawałek i mam go w swym telefonie.
    Ciekawy album, choć dla mnie nierówny.
    Po paru g… albumach Numan wrócił do formy i odzyskał tożsamość, której szukał całe 80 lata.
    Pamiętam wywiady z artystą w 1994 r, tj w momencie ukazania się Sacrifice: wychwalał Depeszy za ich wydany rok wcześniej Songs… pod niebiosa, co mnie zastanowiło, bo to również moja ulubiona płyta. Nie sądziłem jednak, że taki wpływ na scenę będzie wywierać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *