Gary Numan @ Palladium, Warszawa

Gdy lata temu rozkochiwałem się w twórczości Gary’ego Numana, przede wszystkim za sprawą płyty „Pure”, nawet nie śmiałem marzyć, że taki dzień nadejdzie. Od początku podejrzewałem, że jeśli zechcę kiedykolwiek usłyszeć „Cars” cokolwiek z „Pure” na żywo, będę musiał opuścić granice ojczyzny. I to nawet nie do Czech czy Niemiec, a prawdopodobnie gdzieś na Wyspy, bo jeszcze do niedawna Gary rzadko kiedy koncertował poza domem. Dziś już może śpiewać „I am an American” i paradoksalnie w ramach promocji nowej płyty ogłosił największe europejskie tournee od lat. Byłem w autentycznym szoku, gdy dotarła do mnie informacja, że obejmie ono również Polskę.

Można było mieć trochę obaw. Pierwszy koncert Numana na ziemi piastowskiej przypadł na trasę promującą jego – jak wieść gminna niesie – najlepszą płytę od lat, „Splinter (Songs from a Broken Mind)”. A w takiej historycznej chwili chciałoby się czegoś więcej. Przez te ponad trzy dekady nazbierało się trochę zaległości, a tu ani kawałka z „Exile”, ani z „Jagged”, zaledwie dwa z „Pure”, że o jakichkolwiek rodzynkach z lat osiemdziesiątych, typu „Voix” albo „My Breathing”, nie wspomnę. A przecież w tym roku trzydzieste urodziny płyty „Berserker”. Dwa tygodnie temu minęła trzydziesta rocznica śmierci Paula Gardinera (basisty z czasów Tubeway Army i pierwszych solowych płyt Gary’ego) i byłaby wspaniała okazja, żeby Numan uczcił pamięć kolegi i zaśpiewał „Stormtrooper in Drag” – tak jak czynił dwadzieścia lat temu. Nic z tych rzeczy: „Splinter” zdominował setlistę, reszta to już tak naprawdę tylko nieśmiertelne klasyki z „The Pleasure Principle” i okolic.

Gary Numan

Ale nawet nie wiem, czy to jeszcze może być zarzut. Choć ostatniej płyty Numana trochę się poczepiałem, wczorajszy wieczór udowodnił mi, że to wymarzony materiał na koncerty. I chyba dopiero w takiej formie wreszcie go doceniłem. Natomiast samo ułożenie utworów to istny przebłysk geniuszu – dramaturgia budowana była po mistrzowsku. Gdy Gary przywitał się już właściwym „I Am Dust”, tak jak wita się na „Splinter”, i pozwolił nam zaśpiewać nabierające nowego znaczenia słowa „We are yours, we’re waiting for you”, od razu przeszedł do kultowego „Metal”. Oczywiście w uwspółcześnionej, mroczniejszej wersji. Potem znowuż świeżynka, „Everything Comes Down to This”, w którym żywcem wyciągnięte z „The Pleasure Principle” syntezatory spotykają Fentonowskie „wiercenie” – i jakie to robi wrażenie na żywo (jeszcze w towarzystwie szalejących stroboskopów)! A potem znowu klasyka, „Films”, i choć kawałki dzieli przeszło ćwierć wieku, pasują do siebie idealnie. Sceneria, plan, aktorzy – I like everything.

Gdy wybrzmiał jeden z najefektowniejszych kawałków na ostatniej płycie, złowrogo wyszeptany „Here in the Black”, Numan sięgnął wreszcie po inny krążek i porwał wszystkich do szaleństwa singlowym „The Fall” z „Dead Son Rising”. Chwila oddechu w majestatycznym „The Calling”, który nie stracił na żywo nic a nic ze swojej rozbudowanej aranżacji, a podniosła syntezatorowa część pod koniec była już zapowiedzią kolejnego utworu – rozpoczętego wydłużonym intrem „Down in the Park”, gdzie nawet gitarzysta pozwolił sobie potańcować na scenie. Następnie chyba najbardziej refleksyjny moment koncertu: kameralny i rozdzierający serce jak najlepsze fragmenty „Pure” „Lost”. Po takiej dawce smutku trzeba było obudzić publikę czymś naprawdę wyjątkowym – i kolejny raz Gary pokazał, że doskonale wie, jak kontrastować nastroje. „Cars”, na to przecież czekaliśmy wszyscy. Największe błogosławieństwo, ale chyba i przekleństwo kariery Numana. Ale i publiczność traktuje ten ponadczasowy przebój z przymrużeniem oka: ktoś przez pół koncertu krzyczał „samochody!”, ktoś inny wyśpiewał całą piosenkę, ograniczając się do powtarzania „here in my car”. Co nie zmienia faktu, że obok tego mrużenia oczu niemal każdy miał banana na twarzy.

Gary Numan

Dochodzimy do największej bolączki warszawskiego koncertu. Zaraz po „Cars” Numan zagrał prawdopodobnie swój drugi najbardziej lubiany kawałek – zwłaszcza przez tych fanów, którzy załapali się dopiero na drugą połowę jego twórczości, czyli de facto: większość zebranych tego wieczora w Palladium (choć na marginesie dodam, że „doroślejsza” gwardia też miała niezłą reprezentację). I to był moment, kiedy mogliśmy się przekonać, jak wiele straciliśmy na tym, że Gary przyjechał dopiero teraz. Jak boski byłby to koncert jakieś dziesięć lat wcześniej. Bo jeśli ktoś w Palladium nie krzyczał razem z Garym na całe gardło „hey bitch, this is what you are: purified, sanctified, sacrificed!”, to naprawdę przegrał życie. Chociażby za ten jeden kawałek będę pamiętał ten wieczór do swojego własnego „my last day”. Nic już nie zrobiło takiego wrażenia: ani „Splinter”, ani „We’re the Unforgiven”, ani tym bardziej „When the Sky Bleeds, He Will Come” (czemu nie „Big Noise Transmission”…). Do życia wróciłem dopiero na „Love Hurt Bleed” – ten przebój ostatniego krążka znowu rozniósł cały klub. Wszyscy już czuliśmy, że to powoli koniec… Niestety, drugi kawałek z „Pure”, wieńczący podstawowy set „A Prayer for the Unborn”, zwyczajowo zaprezentowano w remiksie Andy’ego Graya, do którego chyba już nigdy się nie przekonam. Odziera ten utwór ze wszystkich emocji, które tak wzruszają w oryginalnej wersji – ale może na koncerty faktycznie to bardziej pasuje?

Bisowy powrót to przede wszystkim nostalgiczna wycieczka w przeszłość, ale już nie do „The Pleasure Principle”. Wpierw największy hit z „Telekon”, czyli taneczny „I Die: You Die”. Następnie nieśmiertelne „Are ‚Friends’ Electric?”, przy którym znowu mieliśmy okazję dać głos. A na zakończenie, jakże by inaczej, „My Last Day”. W wersji live utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że dramatyczna końcówka tego utworu to jedna z najbardziej magicznych rzeczy, jakie Numan stworzył w całym swoim dorobku. Spokojnie może pełnić rolę jego osobistego „Hurt”. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki (na których na scenie został już tylko Ade Fenton), zrobiło się naprawdę smutno. Chciałoby się co najmniej drugie tyle.

Gary Numan

Co mogę dodać? Choć już grubo po pięćdziesiątce, Gary to wciąż istna sceniczna bestia: rzuca się, stroi srogie miny, dyryguje tłumem, prawie że kopuluje ze statywem mikrofonu albo po prostu się go wiesza – widać, że całe życie spędził na scenie. Konferansjerkę ograniczył do podziękowań, ale publiczność sama wiedziała, kiedy klaskać i krzyczeć, była też polska flaga z podziękowaniami. Chyba pierwszy raz w mojej koncertowej historii mogę nawet pochwalić dobór utworów, które puszczano w Palladium przed rozpoczęciem występu: leciały same industrialne klasyki Nine Inch Nails, Ministry, a nawet Davida Bowiego i Björk (a po koncercie poleciało jeszcze „I Feel You” Depechów). Pozwalały wczuć się w klimat przy braku jakichkolwiek supportów – ale tego wieczoru i tak nic ani nikt nie byłby mi w stanie popsuć.

Warto wspomnieć, co sam Gary zatweetował po koncercie:

To co, może jakaś trasa poświęcona „Pure” w przyszłym roku? W końcu będzie piętnaście lat od premiery.

PS Więcej fantastycznych fot u jak zwykle nieocenionego Radka Zawadzkiego.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)