Według internetowych skarbnic wiedzy groteska to kategoria estetyczna, która charakteryzuje się połączeniem w obrębie jednego dzieła artystycznego różnych i często przeciwstawnych elementów. Co to znaczy dla przeciętnego słuchacza i człowieka, który nie jest wybitnym znawcą sztuki? A to, że w jednym na ten przykład obrazie w specyficzny sposób są ukazane absurdy, dziwności i w ogóle to, co autorowi przyjdzie do głowy. Ma to wyglądać dziwnie, niepokojąco i jednocześnie jak wynaturzenie. Cienka jest natomiast granica pomiędzy groteską a kiczem i bardzo łatwo ją przekroczyć, a skutki tego mogą być bardzo złe…
Jak więc to jest z nowym Lindemannem, czyli „solowym” projektem znanego wszem i wobec wokalisty Rammstein? No cóż… Może najpierw wyjaśnię, o co chodzi z tym cudzysłowem przy słowie „solowym” – wszystkim innym prócz wokalu na płycie „Skills in Pills” zajmuje się kolejna znana w przemyśle metalowym osoba, a mianowicie Peter Tägtgren. Peter to multiinstrumentalista oraz producent, którego co bardziej ogarnięci mogą kojarzyć z industrial metalowego zespołu Pain oraz Hypocrisy, w którym to pokazuje swą ostrzejszą, death metalową stronę. Nie wspomnę nawet, w ilu innych kapelach maczał swe szwedzkie palce, bo jest ich cała lista. Z czegoś chłopak żyć musi. Niemniej zaskoczyło mnie to, że postanowił zrobić kolejny projekt muzyczny i to w dodatku z Tillem! Jednocześnie nie wiedziałem i wiedziałem, czego mam się spodziewać. Jak to wyszło w praktyce?
Może najpierw zacznę od tego, co mi się podoba: to, za co był odpowiedzialny Tägtgren, czyli warstwa instrumentalna. Czuć tutaj duszę Pain, wszystko jest na swoim miejscu, ładnie gra i ładnie brzmi. Gitary przeplatają się z charakterystyczną elektroniką i elementami symfonicznymi (wiecie, chórki, organy, te sprawy). I w sumie to tyle pozytywnego. Teraz pora na resztę. Pamiętacie, jak mówiłem o kiczu i grotesce? Rammstein już dawno zaczął przekraczać granice dobrego smaku i w tym samym kierunku idzie się tutaj. Spójrzcie choćby na nazwy utworów: „Ladyboy”, „Fat”, „Praise Abort”. Kontrowersje były pewne, bo taki już jest Till, ale do jasnej cholery, nie można było tego zrobić w bardziej subtelny sposób, a nie tak prostacko? W dodatku sam wokal – jaki on jest, każdy słyszy, typowa dla Tilla melodyka została zachowana, ale co z tego, skoro mam wrażenie, że na tle całych utworów jest on wrzucany na pierwszy plan i nijak nie klei się zresztą? No i jeszcze ten angielski. Czy to zarzut? Tak, bo głos Lindemanna jest stworzony do niemieckiego. Same teksty ze ,,Skills in Pills” są proste i nieskomplikowane. Próżno tu szukać chwytających za serce tudzież zmuszających do przemyśleń motywów. No proszę was, łowienie lasek jak ryb albo marzenie o zostaniu kowbojem? Naprawdę, chłopaki? Po takiej dwójce spodziewałem się czegoś więcej aniżeli typowej jazdy po po bandzie, prostactwa i silenia się na kontrowersje (teledysk do ,,Praise abort”). Może i Till w taki prosty sposób chciał przekazać słuchaczom coś ważnego, co zmusi ich do ruszenia szarych komórek, ale nie czuję tego. Dla mnie to zbyt kiczowate i proste. A, i byłbym zapomniał. Wszyscy ci, co narzekają „o, kolejny Rammstein” – moi drodzy, to jest wręcz kardynalny błąd, bo to nie brzmi jak flagowa kapela Lindemanna, lecz jak Pain, tylko z innym wokalistą i wbijcie sobie to do czaszek. Warstwa instrumentalna nie jest tak wielowarstwowa jak u Niemców, którzy preferują raczej standardowe granie aniżeli dodatkowe wypełniacze i budowanie ściany z dźwięku.
Duet Tägtgren & Lindemann nie wypadł w moich uszach zbyt dobrze. Owszem, jeden czy dwa kawałki na „Skills in Pills” wpadają w ucho i nawet zostają w nim na tyle długo, że potrafię je po pewnym czasie zanucić, lecz nie są w stanie poprawić ogólnego niesmaku i zawodu jaki pozostaje po tej płycie. Po takiej współpracy oczekiwałem czegoś zdecydowanie lepszego. Liczyłem na coś naprawdę udanego, tymczasem album okazał się przeciętną mielizną. Nieładnie, panowie, oj, nieładnie.


TL;DR – Till po prostu pozazdrościł sukcesu Rychowi ale zapomniał, że jego angielski ssie. Omijajcie Lindermanna szerokim łukiem i słuchajcie Emigrate. /Zeal
Mnie sie podoba 🙂 Nie jest moze tak dobra jak plyty Emigrate czy R+, ale nie jest zła. Przeslanie slabe, nie to co w R+, ale przynajmniej na przykladzie „lowienia panienek” fajnie sie slucha 🙂
Nie zgadzam się z autorem artykułu, uważam że przesadza. Fakt może album dupy nieurywa ale rownież daleko mu do nazywania go przeciętnym. Jeśli chodzi o teksty to również nie wszystkie z tego krążka są płytkie, „Children of the sun”, „Yukon”, czy chociażby „That’s My Heart” patetyczny kawałek z tekstem, który idealnie ukazuję poetycki talent wokalisty. Sam głos Tilla? Wiadomo baryton, jednak w niektórych piosenka słychać „czysty” głos, śpiew. Śpiew, a nie melorecytacja którą wspominam z niektórych piosenek, wczesnych albumów sekstetu z byłego NRD. Teledysk groteskowy, prowokujący, kontrowersyjny. Jednak wiadomo nie od dziś że kontrowersja wokół albumu to idealny chwyt marketingowy, napędzający jego sprzedaż. Moja ocena: 7,5/10
Ps.: Teraz pozostaje czekać na nowy album rodzimego zespołu Tilla, którego „pre-produkcja” jest planowana na wrzesień tego roku.
Zgadzam się z autorem recenzji w 100%
Album może i wybitny nie jest, ale według mnie też nie tragiczny. Może to miała być lekka płyta, przecież nie wszystko musi mieć 234322 sensów w jednym zdaniu. Dobrze się przy tym tupie głową, można nawet pośpiewać jak ktoś ma słaby angielski.
Cała otoczka kontrowersji, byłabym w szoku, gdyby jej nie było.
Głos pana Lindemanna, hm, jest do niemieckiego stworzony, tak, ale przecież artyści muszą różnych rzeczy próbować, a sam angielski bardziej przystępny.
Jeżeli porównamy album do R+ 2/10, Emigrate znam jako tako, ale też nie ma porównania, aczkolwiek jako osobny twór. Lindemann to Lindemann, nie R+ czy Pain, Skills in Pills to nie Rosenrot. Jak Porter dałabym 7,5/10.
No nie wiem czego wy się spodziewaliście, ale jak dla mnie 9/10. Teksty i wokal świetne. Proste ale melodyjne, z pazurem, ostre. Nie wiem jak można krytykować tu Tilla i jednoczesnie wyżej oceniac Emigrate ? Podobnie oburzeni prostactwem Tilla byli parę lat temu „fani” R+ na polskim forum kapeli, kiedy ukazało się wideo do Pussy. Ze prymitywne, wulgarne etc. No do cholery, mówimy o kapeli która na koncertach strzela w publiczność pianą z wielkiego kutasa. Każdy kto twierdzi ze panowie zR+ kiedyś byli mniej prymitywni i wulgarni niech sobie przypomni stare koncertowe video do buch dich. Także, jeżeli ktoś lubi ostre, mroczne ale i zabawne teksty Tilla niech sięga bez obaw po tę płytę.