Zeromancer – Bye-Bye Borderline

Zeromancer – industrial rock z Norwegii, który wdarł się na salony płytami „Clone Your Lover” i znakomitym „Eurotrash”. Potem chciał się wybić do mainstreamu zmiękczonym krążkiem „Zzyzx”. Nie wyszło, zespół zawiesił działalność i wydawało się, że skończy jak amerykańskie kapele z tej samej szufladki, które próbowały podobnej ścieżki (Stabbing Westward, Filter). Niespodziewanie, w 2009 roku Zeromancer powrócił w nowym składzie i z nowym krążkiem, który już rok później doczekał się następcy. Po tych dwóch płytach miałem Norwegów skreślać i tegorocznego dzieła nawet nie słuchać… Ale na szczęście dałem mu w końcu szansę.

Już po pierwszym zapoznaniu okazuje się, że w odróżnieniu od „Sinners International” i „The Death of Romance”, „Bye-Bye Borderline” da się słuchać. „Auf Wiedersehen Boy” może nie jest wymarzonym otwieraczem albumu, ale już tytułowy „Bye-Bye Borderline” z oldschoolowym industrialnym klawiszem i przebojowym refrenem pokazuje, że wbrew temu, co było na poprzednich dwóch krążkach, zostało w zespole po odejściu Chrisa Schleyera i Erika Ljunggrena trochę talentu do chwytliwych piosenek. Umacnia w tym przekonaniu „Lcyd” (skrót od „Love cut you deep” [sic!]) z tanecznym beatem a’la Julien-K. Nie jest to może refren na miarę najbardziej udanych hiciorów z „Eurotrash” i „Zzyzx”, ale wciąż nadawałby się na niejedną rockową playlistę radiową.

Zeromancer dalej jednak nie wyciągnął najcięższych dział. Te wyłaniają się dopiero ze ściany elektronicznych efektów w refrenie „Manoeuvres”. A jeszcze ta efektowna melodia pod koniec… Jedna z lepszych kompozycji w zestawie. Z deka neworderowy „Weakness” niewiele jej ustępuje. A specjalnie dla industrialnych dołersów jest dramatyczny „Montreal”. Aż się przypomina „Cupola” z „Eurotrash”.

Odskocznią od „ładniejszych” utworów są mocniejsze „You Meet People Twice” czy „Lace and Armour”, który po ucięciu połowy elektroniki pasowałby do Marilyna Mansona. Nie trzyma się kupy w tym zestawie tylko „Ash Wednesday”, czyli środa popielcowa. Zresztą już nas wita sampel mówiący, że „z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy”. Potem mamy trochę monotonnego industrialnego wałkowania, jednostajną linię wokalną, aż nagle utwór zmienia rytm i przyspiesza. W ramach refrenu jeszcze uderza w smętną melodię, i tak od nowa… Na szczęście chłopaki kończą w dobrym stylu solidnym „The Tortured Artist”. Tu dla odmiany to gitara kreśli melodię, a elektronika tylko ten szkic koloruje – i to nawet nie tak ciemnymi barwami, jak na Zeromancer przystało.

„Bye-Bye Borderline” nie jest kandydatem na płytę roku, nie prześciga też „Eurotrash” – choć już bez wstydu można go obok tej pozycji postawić. Norwegowie przypomnieli sobie o ładnych melodiach i przebojowych refrenach, co ucieszy każdego, kto jeszcze darzy tę kapelę sentymentem. Mnie cieszy tym bardziej, że takiego grania jest coraz mniej, tymczasem jeden z jego zapomnianych przedstawicieli niespodziewanie wrócił do formy.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)