Muzyczne podsumowanie 2021 roku (Danny)

Rok 2021 upłynął pod znakiem lockdownów, nowych wariantów i częściowego odmrożenia branży rozrywkowej. Co to oznaczało dla nas? Dosłownie wszystko.

Dla niektórych był to okres wzmożonej aktywności i twórczości, wszakże co robić w domu, kiedy wszystko pozamykane? Inni dorabiali sobie na boku, a jeszcze inni – robili live streamy swoich koncertów, aby chociaż w minimalny sposób promować swoje wydawnictwa i coś zarobić. Kuriozum dla mnie są sytuacje, w których niektóre koncerty są już przekładane na… 2023 rok. Rozmowa na temat stanu branży muzycznej to jedna sprawa, a dziś będzie o muzyce z 2021 roku. Pojawią się zarówno single, jak i EP-ki czy albumy. Nie będzie podziału na te dobre, złe i takie sobie. Nie będzie to również w żadnej kolejności. To jak, gotowi?

This Morn’ Omina – The Roots of Saraswati

Belgijski projekt tribal industrialny pod koniec marca wydał swój nowy album, który – nie inaczej – nawiązuje do mitologii i hinduskich wierzeń. Na tym krążku jednak udziela się dodatkowo Scott Fox z iVardensphere. Czy to jakoś wpłynęło na ogólne brzmienie? Możliwe, bo jest to wyczuwalne. Śpiew został zastąpiony dialogami i samplami, zaś część utworów ma bardziej kinowe brzmienie. Mam też wrażenie, że elektronika jest bardziej subtelna i dopracowana, ale… no właśnie. Jest jedno ale – czegoś mi tutaj brakuje. Tak jakby wcześniej, na poprzednim albumie była ta nuta niedoskonałości, która tutaj została wyparta przez “kinowość” utworów. Niestety, nie czułem dużej potrzeby wracania do tego krążka, w przeciwieństwie do poprzedniego.

Till Lindemann – Ich Hasse Kinder (singiel)

Po rozejściu się z Peterem Tägtgrenem z Hypocrisy / Pain, Lindemann postanowił kontynuować swoją solową karierę, tym razem sygnując nowe utwory swoim pełnym imieniem i nazwiskiem. Co z tego wyniknie? Nie wiadomo. “Ich Hasse Kinder” to singiel, którym nas uraczył dość niedawno (w momencie pisania tego tekstu). Brzmieniowo bliżej mu do…Micka Gordona. Serio – riff z intro do “Ich Hasse Kinder” jest jak żywcem wyjęty z “BFG Division”, co już powinno wam podpowiadać czego się spodziewać. Oprócz tego – “typowy” Lindemann, czyli niemiecki tekst podany w barytonowej formie. Przyznam jedno: o wiele lepiej słuchało mi się tego jednego utworu niż całego poprzedniego albumu z Tägtgrenem.

Lorna Shore – …and I Return to Nothingness (EP)

Po kontrowersjach związanych z poprzednim wokalistą, deathcore’owy zespół z USA spróbował swych sił z nowym nabytkiem w postaci Willa Ramosa. Tylko trzy kawałki w formie EP-ki, ale to, co się na niej dzieje, to jest rzeźnia. Melodie, dynamika, moc, nieludzkie dźwięki wydawane przez Ramosa – wszystko to po prostu zaskoczyło i już. Mógłbym się przyczepić trochę do swego rodzaju “cukierkowatości” i gitar, które czasem nie przebijają się przez dodatki w postaci elektroniki i smyczków. Nie zmienia to jednak faktu, że czekam na nowy krążek, bo jest na co.

Combichrist – Compliance (singiel)

Odkąd Andy zaczął coraz odważniej flirtować z metalem, moje zainteresowanie tym projektem proporcjonalnie maleje. Mam jednak małe wrażenie, że im bardziej jest “metalowo”, tym lepiej mu wychodzą kawałki stricte elektroniczne. “Compliance” bliżej brzmieniem do tego, co prezentował Combichrist na “Making Monsters” z dodatkiem gitary. Ta jednak gra tutaj w tle, przykryta różnymi dodatkami, dzięki czemu utwór się nawet broni. Oczywiście nie oczekujcie przełomu, a ci, którym z Combichristem nie jest po drodze, nie znajdą powodu, żeby nagle zacząć go lubić. Solidny utwór. Czy podobnie będzie z nadchodzącym albumem? To się okaże.

Vildhjarta – Måsstaden under vatten

Dziesięć lat! Dziesięć pier… a nie, to nie ten kawałek, ale tak by się chciało zakrzyknąć. VIldharta zrzuciła bombę na świat djentu w 2011 roku swym świetnym “Måsstaden”. Nowy album więc był kwestią czasu. No tak, tylko trochę to zajęło, bo aż 10 lat. Nie ukrywam – czekałem na niego i to był chyba błąd. Po tylu latach oczekiwania rosły i rosły, i – co prawda – album jest naprawdę solidny. Ba! Trwa ponad 80 minut! Sęk w tym, że to 80 minut grania w stylu ‘hjarty – grania bardzo ciężkiego, zaawansowanego, bawiącego się z rytmem, tempem i klimatem. Efektem czego, nie byłem w stanie przesłuchać całego albumu za jednym razem. Musiałem go sobie dawkować, dopiero wtedy byłem w stanie. Brzmienie jest cudowne – ciężkie, mroczne i dopracowane. Jest to jednak album męczący na dłuższą metę i głównie skierowany dla konkretnej grupy. 

Obsydians – Slaughter of Decency (singiel)

Luka, która powstała na scenie industrial / cybermetalowej po tym, jak Sybreed zakończył karierę, została po dziś pusta. Mimo że wcześniej wspomniany zespół już nie istnieje, część jego byłych członków stworzyło projekt o nazwie Obsydians, w którym grają bliźniaczo podobną muzykę, z tą różnicą, że wydają co jakiś czas single z innymi wokalistami. Ten rok dał nam kawałek “Slaughter of Decency”, w którym gościnnie za bębnami jest Dirk Verbeuren (od Devina Townsenda) i Heljarmadr z Dark Funeral. Co tutaj się dzieje, to głowa mała: blasty, elektronika, gitary i klimat typowe dla Sybreeda z dodatkiem black metalu dają mieszankę absolutnie wybuchową. Nie sądziłem, że to możliwe, ale takie połączenie tutaj zdaje egzamin!

Limp Bizkit – Still Sucks

Ah gówno, tutaj my idziemy znowu. Legendarne Limp Bizkit, po latach ciszy, wróciło z nowym albumem, który no… nie wiadomo, co o nim myśleć. Na Listening Party z Metalurgią i spółką, ktoś rzucił “a co, jeżeli to jest postmem i to LB śmieje się z nas?”. Ten album brzmi jak żart i zachowuje się jak żart. 12 utworów, z czego najdłuższy trwa 4 minuty i 11 sekund, a to tylko “wywiad” z ich gitarzystą. Oprócz paru kawałków, które faktycznie brzmią jakby zespół miał na nie pomysł, nie znajduje się tu absolutnie nic, co by świadczyło to tym, że Fred Durst i reszta robili cokolwiek na ten album przez ostatnie 10 lat. Serio. Dwoma słowami – szkoda zachodu.

We Butter The Bread With Butter – Das Album

Po zmianach personalnych, powrocie WBTBWB do formuły duetu i pierwszego wokalisty, nowy album był tylko kwestią czasu. Nikt się jednak nie spodziewał, że to wydawnictwo będzie się nazywać… ”Album”. Po prostu. Tych dwóch Niemców znowu postanowiło w poważnie niepoważny sposób podejść do tego, co chcą grać, dzięki czemu mamy mieszankę trapu z deathcore, chiptune z deathcore oraz… reklamę hulajnóg elektrycznych. Są momenty dziwne, są momenty skoczne, są momenty ciężkie – i za to uwielbiam ten zespół. 

Odraza – Acedia (singiel)

Krakowska Odraza rok temu wydała – nagle i bez zapowiedzi – świetne “Rzeczom”, nikt jednak nie spodziewał się, że tak szybko dostaniemy coś nowego. „Acedia” to mały eksperyment tego duetu – ten utwór to część wystawy “Współistnienie” w Muzeum Krakowa. Dostajemy go w formie 20-minutowego eksperymentu – mieszanki black metalu, drone i ambientu, która służy jako ścieżka dźwiękowa do wcześniej wspomnianej wystawy. Nie brzmi to jak typowy kawałek Odrazy i nie ma brzmieć. Osobiście mnie nie porwało i nie jestem tym specjalnie zaskoczony, bo to bardzo specyficzny utwór, który jest fragmentem czegoś innego. 

Eskimo Callboy – Pump It & We Got The Moves (singiel)

W zeszłym roku niemieckie Eskimo Callboy rozbiło bank wydając jeden z bardziej chwytliwych kawałków, jakie słyszałem na przestrzeni ostatnich lat – mówię tu oczywiście o “Hypa Hypa”. Nowy wokalista dodał im chyba pomysłów i “tego czegoś”, bo nie spodziewałem się, że następne utwory będą na równym poziomie. “Pump It” i “We Got The Moves” to hit za hitem. Mieszanka metalcore z elektroniką i śmieszkowaniem w tekstach (i teledyskach) zgrała się idealnie. Do tego stopnia, że z “Pump It” postanowili wziąć udział w krajowych eliminacjach do Eurowizji 2022. Obawiam się tylko tego, że nadchodzący album będzie pełen takich perełek, a przez to straci to swój impet i siłę. 

Stam1na – Novus Ordo Mundi

Cóż mogę rzec o jednym z moich ukochanych fińskich zespołów? Mimo iż tylko częściowo rozumiem, o czym śpiewają / krzyczą, to mam do nich ogromną słabość. Mają w sobie tę radość z grania i tworzenia, i nie inaczej jest na “Novus Ordo Mundi”. Mam wrażenie, że album jest “cięższy” w brzmieniu niż poprzednik. Nie brak też na nim kawałków wpadających w ucho, jak choćby “Sirkkeli” czy “Memento Mori”. Czy jest to innowacyjne granie? Nie, nie jest. Daje jednak masę radochy i energii, a o to chyba chodzi w muzyce?

Gruzja – Vulgator

“Ostatni, ale nie najmniej ważny”, że tak pozwolę sobie rzucić tłumaczeniem. Vulgator to album przygotowany na potrzeby gry Priest Simulator wydany… oczywiście, że 24 grudnia. Cóż mogę rzec o Gruzji – to jest ten typ zespołu, który się kocha lub nienawidzi. Ja należę do tej pierwszej grupy. Na Vulgatorze jest jeszcze mniej black metalu niż na poprzednich krążkach, jest za to więcej dziwnych wokali, postpunku z lat 80. i ogólnego bawienia się brzmieniem. Gra prawdopodobnie mnie nie zainteresuje, ale ten krążek – to inna sprawa. Jeżeli nie boicie się podróży w dziwne i niestabilne psychicznie rejony, ten album powinien być również i dla was. 

Podobało się? Rozważ postawienie mi kawy!
Postaw mi kawę na buycoffee.to
The following two tabs change content below.

Danny Neroese

Nie przepada za mówieniem o sobie. Ekscentryk i samotnik. Ceni swój wyjątkowy gust muzyczny.

0 komentarzy do "Muzyczne podsumowanie 2021 roku (Danny)"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.