Solar Fields – Origin #02

Magnus Birgersson kontynuuje wydawniczą ofensywę. W przerwach między pełnowymiarowymi wydawnictwami przegląda swoje stare dyski twarde i wynajduje kompozycje sprzed lat, które z różnych przyczyn nie weszły na jego regularne albumy. Pierwszy „Origin” był bardzo ciekawym zbiorem i w moim odczuciu mógł nawet zastąpić nudnawe „Until We Meet the Sky”. Teraz przyszła kolej na drugą z planowanych czterech części kolekcji obejmującej odrzuty z lat 2003-2009.

Najpierw może jednak dwa słowa dla niezaznajomionych. Solar Fields to jednoosobowy projekt Magnusa Birgerssona, szwedzkiego elektronika, związanego od początków kariery pod tym szyldem z francuską wytwórnią Ultimae Records. Ultimae to mekka dla ludzi jak on, wydająca hurtowo płyty z szeroko pojętym ambientem i trance’em. Solar Fields to – obok Carbon Based Lifeforms i projektu założycieli tej wytwórni, Aes Dana – prawdopodobnie najbardziej znany i uznany artysta w jej szeregach. Magnus zdobył serca mainstreamowej publiki za sprawą soundtracku do gry „Mirror’s Edge”, który skomponował na zamówienie Electronic Arts w 2008 roku. Fucha dla potentata elektronicznej rozrywki otworzyła mu na oścież drzwi do kariery, a wydany rok później krążek „Movements” tylko ugruntował jego pozycję, zebrawszy bardzo entuzjastyczne recenzje. Od tamtej pory Solar Fields co roku raczy nas co najmniej jednym krążkiem. „Origin #02” to dwunasta pozycja w jego dyskografii.

Tracklistę płyty ułożono według innego klucza, więc może ja dla odmiany polecę chronologicznie. Najstarsze utwory w tym zestawie to „Active Sky” i „Lifebook”, oba z 2003 roku, kiedy artysta pracował z Vincentem Villiusem (Aes Dana) nad projektem H.U.V.A. Network. Utwory rzeczywiście pasowałyby na „Distances”, choć równie dobrze mogłyby też trafić na „Blue Moon Station”. „Landform” z 2005 roku pięknie rozwija się z ambientowych plam w bardziej progresywną formę. Niestety, poziomu nie dotrzymuje mu zahaczający o post-rockowe rejony „Falling Shadows” z tego samego okresu. Zgodnie z chronologią, następne utwory powinny przypominać wydany w 2007 roku „Earthshine” – trance’owy przełom w twórczości Magnusa. „The Missing” jednak jest bardzo odległy od takich brzmień i opiera się na wyrazistej, klawiszowej melodii. Bliżej mu do słynnego motywu przewodniego „Mirror’s Edge”. Tanecznych beatów nie ma też wcale w „Mystic Science”, ani „Surface” – ten pierwszy to wręcz jeden z najspokojniejszych momentów całego zbioru.

A jak z utworami z 2009 roku, czyli czasu, w którym powstało „Movements”? Niestety, nie są to bynajmniej zagubione perełki, które przypadkiem nie trafiły na magnum opus Szweda. „Unknown Presence” to atmosferyczna przestrzeń, z której nic się nie wyłania. Na szczęście w „Echo” dzieje się już więcej. Zestaw zamyka wyraźnie odstający bonus „Asteroid (Time Machine Lullaby)”. To trochę jak „OCT” z „Origin #01”: znowu misz-masz różnych motywów i niespodziewanych elementów. Tym razem co prawda nie słyszymy wokalu, ale możemy posłuchać gitary. Ot, ciekawostka. Reszta pozostaje bardzo spójna i zdaje się być ciekawsza od poprzedniego zbioru tego typu, choć na czele wysuwają się faworyci w postaci „The Missing” i „Landform”. Jak to na ogół w przypadku wydawnictw Ultimae Records bywa, integralną część płyty stanowi oprawa graficzna. Industrialne pręty przywodzą na myśl okładkę singla „VLA” Carbon Based Lifeforms. Akurat w tej materii bardziej pasował mi śnieżny widoczek pierwszej części.

„Origin #02” to siłą rzeczy zróżnicowany zestaw, choć w zasadzie wszystkie utwory pasują do szufladek ambient / downtempo. Miłośnikom trance’owego oblicza Solar Fields pozostaje wrócić do wydanego w zeszłym roku „Random Friday”. Wciąż trochę Magnusowi brakuje, aby sparafrazować na potrzeby jego płyty tytuł mojego niedoścignionego klasyka takiej muzyki i nazwać ją „Selected Ambient Works 2003-2009”, ale jeśli kolejne „Originy” utrzymają dotychczasowy poziom, to czekam z niecierpliwością.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "Solar Fields – Origin #02"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *