Placebo – Never Let Me Go

Sporo opinii na temat tej płyty, z którymi się spotkałam, zaczyna się od wspomnienia, jak to pierwsze pięć płyt Placebo było majstersztykami, ale ostatnie dwie najlepiej przemilczeć. No więc ja się z tego wyłamię, bo o ile rzeczywiście „Battle for the Sun” byłoby na końcu listy moich ulubionych krążków Briana i spółki, to do „Loud Like Love” mam potężny sentyment i będę go bronić, choć wiem, że jest to mocno subiektywna opinia.

Była to bowiem pierwsza płyta Placebo, której premierę śledziłam, a jakby tego było mało – był to właśnie czas, kiedy słuchałam ich najwięcej, właśnie zaczynałam liceum, a ich napędzana angstem muzyka trafiała idealnie w to, czego potrzebowałam w tamtym okresie. Po latach widzę, że na „LLL” było kilka fillerów i słabszych momentów, ale zapamiętałam tę płytę głównie przez pryzmat takich kawałków, jak „Begin the End” czy „A Million Little Pieces”, które do dziś szarpią za te same struny w serduszku, co blisko dekadę temu. (Sentyment do tej płyty psują mi jedynie klipy z tamtego okresu – całe szczęście, że zespół odszedł od tej dziwacznej, przekombinowanej konwencji).

Cóż, minęło dziewięć lat, a i emocje, które kiedyś łączyły mnie z twórczością Placebo, nieco ostygły. Zapowiedź płyty przyjęłam z jednej strony z zaciekawieniem, ale też pewną dozą dystansu. W końcu wszystko, co dostaliśmy w międzyczasie, to niezbyt ciekawy singiel „Jesus’ Son”, jeszcze mniej ciekawy cover Talk Talk, a i pierwszy singiel zapowiadający płytę, czyli „Beautiful James”, brzmiał dość przeciętnie. Liczyłam jednak na to, że wśród aż trzynastu kompozycji znajdą się też jakieś perełki.

Z przyjemnością mogę powiedzieć, że nie się nie zawiodłam.

Już otwierające płytę „Forever Chemicals” obiecuje, że będzie to krążek przynajmniej na poziomie poprzedniego „Loud Like Love”, a mówcie co chcecie – jak już wspomniałam, dla mnie to więcej niż wystarczająco. Niedługo później na płycie pojawia się też „Happy Birthday in the Sky”, które przywodzi nieco na myśl klimat „Sleeping With Ghosts” czy „Meds” i jest jednym z ciekawszych momentów na albumie.

Nawiązuję tu do „LLL” nie bez powodu, bo i tu nie obyło się bez garstki zbędnych wypełniaczy, bez których „Never Let Me Go” nieco by zyskało. Chyba najsłabszym kawałkiem jest „The Prodigal”, które atakuje kiczowatymi smyczkami od pierwszych sekund, co sprawia, że przynajmniej ja mam ochotę od razu przeskoczyć do następnego utworu na liście. „Try Better Next Time” za to chyba najbliżej do „Battle for the Sun” – i co do tego kawałka mam mieszane uczucia. Placebo nie zbudowało sobie bynajmniej rzeszy fanów na radosnych poprockowych hitach i na pewno nie chciałabym, żeby cała płyta była utrzymana w takim brzmieniu, ale nie można mu odmówić pewnej przebojowości i refrenu czepiającego się słuchacza bardzo szybko.

Jednym z najbardziej wartych uwagi momentów na płycie jest za to ballada „Went Missing”. Temu kawałkowi jest chyba najbliżej do starego Placebo, choć jest to odsłona trochę bardziej intymna, nieco minimalistyczna. Zamiast wykrzyczanych, targających emocji – ciche, spokojne rozliczenie się z nimi. Chciałoby się usłyszeć tego więcej, bo „Never Let Me Go” skąpi na spokojniejszych, balladowych utworach, które na poprzednich płytach były zwykle wśród najlepszych kawałków.

Obok „Went Missing” moim ulubionym utworem jest zamykające album „Fix Yourself”. Znamienne jest, że ostatnimi słowami przed mantrą powtarzaną na końcu (a więc też ostatnimi na całym krążku) są

I won’t be pacified by what you’re scared to lose
And I won’t efface myself so I can be like you

„Fix Yourself”

Pewnie w 2013 ustawiłabym to sobie na opisie na wiadomym komunikatorze albo statusie na Facebooku.

A dziś nadal nie mogę zaprzeczyć, że te słowa mnie poruszają.

Przypominają na swój sposób o tym, że muzyka Placebo od lat znajdowała sobie miłośników wśród wszelkiej maści osób nieco zagubionych, niedopasowanych, nierzadko nieprzystających do sztywnych, narzuconych norm (także pod kątem przynależności do społeczności LGBT, bo przecież wizerunek Briana i jego otwartość wobec własnej biseksualności to temat na osobny tekst). Te dwie linijki to miła przypominajka, że choć Brian może nie występuje już na scenie w sukienkach i nie nagrywa kawałków w stylu „Nancy Boy”, to emocje, w których miało to swoje źródło lata temu, wcale nie wyparowały, ale raczej powracają w nieco dojrzalszym wydaniu.

Gdybym miała podsumować ten album krótko i treściwie, powiedziałabym chyba, że jest nieidealny, ale spójny. Nawet te słabsze momenty (może poza wspomnianym nieszczęsnym „The Prodigal”) to w większości wciąż całkiem niezłe piosenki, które mogą spokojnie służyć za jakiegoś rodzaju most pomiędzy tymi perełkami, dla których warto było tę płytę nagrać i dać jej szansę.

Słuchając tego albumu, czuję na nowo, jak mocno zrosłam się z twórczością Briana Molko. Co zabawne, lata temu spodziewałam się, że „wyrosnę” z ich muzyki, bo już wtedy wydawało mi się, że to taki typowy zespół dla wkurwionych, smutnych nastolatków. A tu proszę – po latach okazuje się, że mimo wszystko, obok setek nowych fascynacji i odkryć, gdzieś tam zawsze znajdzie się dla nich miejsce.

Nie wiem, gdzie będę i kim będę za kolejnych dziewięć lat, ale chyba mogę już spokojnie założyć, że Placebo nadal będzie mi towarzyszyć. Mam nadzieję, że nadal także pod postacią nowych wydawnictw.

Podobało się? Rozważ postawienie mi kawy!
Postaw mi kawę na buycoffee.to
The following two tabs change content below.

Charlotte Sometimes

Klimaty coldwave'u, gotyku (ale tylko tego dobrego) i szeroko pojętej elektroniki są najbliższe mojemu sercu, ale tak naprawdę moją muzyczną bibliotekę można określić mianem "wild mood swings".

Ostatnie wpisy Charlotte Sometimes (zobacz wszystkie)

1 komentarz do "Placebo – Never Let Me Go"Dodaj swój →

  1. Ciekawa recenzja, na plus. Ja nie mogłem zabrać się do tego albumu od dobrych dwóch miesięcy, czekałem na „ten dzień” i… Nic. Zupełnie nic. Odczekałem chwilę (powiedzmy) i ot tak sobie puściłem, poznaję średnio co drugi dzień na nowo. The Prodigal też ma swój urok, choć faworytów mam trzech, takich po mojemu – Surrounded By Spies, Sad White Reggae i na koniec Fix jednakowoż cały album wydaje mi się spójny, czasem z pazurem który musi fajnie brzmieć na koncercie, a czasem wręcz melancholijnie. Nie jestem chyba zbyt obiektywny, po prostu mam do nich zajebisty sentyment i od czasów ich początków gdzieś ich muzyka się w moim życiu przewija. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.