Purity Ring – Proxima, Warszawa, 6.11.2015

Chwilę zajęło mi przekonanie się do „Another Eternity”, drugiej płyty Purity Ring. Choć zapętlam ją co jakiś czas od marca, długo pomijałem pierwsze trzy utwory. Jednak po koncercie w warszawskiej Proximie nie mam już żadnych wątpliwości. Wszystko jest na swoim miejscu.

Zacznijmy od tego, że od początku nieco obawiałem się o ten wieczór – szczególnie że wiedziałem, iż będzie to dla mnie jedna z najważniejszych imprez roku. Wszystko przez Proximę, która nie należy do największych lokali, również z nagłośnieniem różnie w niej bywa. W przypadku kanadyjskiego duetu pozostawało to nie bez znaczenia, bo jednym z najważniejszych wyróżników jego występów pozostaje charakterystyczna oprawa sceniczna. Jak się to wszystko zmieści na maciupką scenę przy Żwirki i Wigury, gdzie nieraz brakowało już miejsca dla co bardziej rozbudowanych składów? Ano jakoś się zmieściło – i zrobiło wielkie wrażenie. A nawet odpowiednio zabrzmiało.

Purity Ring

Jeśli ktoś nie sprawdzał nigdy koncertów Purity Ring na YouTubie, już spieszę z wyjaśnieniami. Zespół słynie z przyozdabiania sceny rozmaitymi światełkami, na czele z wielkimi lampionami, które ustawione są wokół stanowiska Corina Roddicka. Sposób działania tych lampionów jest absolutnie genialny w swojej prostocie, będąc jednocześnie szalenie oryginalnym urozmaiceniem występów. Gdyby nie one, pewnie mielibyśmy do czynienia z klasyczną sytuacją w stylu „pani śpiewa na żywo, pan puszcza kawałki z MacBooka”. Jednak gdy lampiony zapalają się idealnie w rytm motywów poszczególnych utworów pod wpływem „czarodziejskiej różdżki” Roddicka, mamy wrażenie, jakbyśmy obcowali z prawdziwą magią.

Purity Ring

Ale ta prawdziwa magia to dopiero sama muzyka duetu. Jak nietrudno się domyślić, Purity Ring skupili się na materiale ze swojej ostatniej płyty – zagrali wszystkie kawałki. „Stranger Than Earth” okazało się doskonałym otwieraczem, choć już od pierwszego refrenu było wiadomo, że wbrew słowom Megan pobierzemy tego wieczora wiele lekcji z magii. „Heartsigh”, jeden z tych kawałków, przy których niegdyś zgrzytały mi zęby, przekonał mnie, że w głośnym, przepełnionym energią wydaniu na żywo nawet te fragmenty mnie zauroczą. Szybko potwierdziły to „Push Pull” i „Bodyache”, którego refren – nomen omen – koncertowo poderwał publiczność.

Purity Ring

Skoro tak wypadły najmniej lubiane przeze mnie fragmenty „Another Eternity”, to jakie wrażenie musiały na mnie zrobić te najlepsze momenty? No cóż: wielkie. „Repetition” bujało aż miło, że tylko się chciało zapętlić ten moment. Megan nawet odtworzyła na scenie swoje dodatkowe partie pod koniec, na płycie wzmocnione autotune’em. To w ogóle świetna okazja, by pochwalić jej możliwości wokalne: dziewczyna wzrusza na żywo jeszcze bardziej niż na płycie. Zaraz po „Repetition” rozłożyła mnie na łopatki „Obedear” – to w końcu po tej piosence ją pokochałem. A w Proximie, jeszcze przy tym perfekcyjnie zsynchronizowanym przedstawieniu świetlnym… Po prostu magia.

Pamiętacie, jak się rozpływałem w mojej recenzji nad „Flood on the Floor”? Na żywo ten kawałek dopiero miecie! Ale nie samymi bangerami człowiek żyje – zaraz po nim Megan zabrała nas w bardziej refleksyjny nastrój cudnym „Stillness in Woe”. Przy okazji ściągnęła na scenę kolejny świetlny „instrument” – nawet nie bardzo wiem, jak go opisać. Najlepiej zobaczcie sobie na innym wideo. Żeby nie było, oczywiście były też klasyki z „Shrines”: „Crawlersout”, „Fineshrine” czy „Belispeak”. Po tym wieczorze nie mam jednak wątpliwości: „Another Eternity” > debiut.

Purity Ring

W ramach zakulisowych ciekawostek: Megan przyznała, że koncerty w tej części Europy są najlepsze, a polska publiczność zrobiła na niej niesamowite wrażenie. Możemy więc chyba liczyć, że Purity Ring prędko do nas wróci. Na razie jednak pozostaje czekać na kolejne teledyski z drugiej płyty zespołu. Pierwszy z nich ma zostać udostępniony już wkrótce!

Podsumowując, wieczór z Megan i Corinem był niesamowitym przeżyciem i jeśli ktoś go z jakichś przyczyn odpuścił, to przykro mi go dobijać, no ale tak: przegrał życie. To dla mnie ostateczny argument, że Purity Ring jest szalenie ciekawym projektem z autentycznym pomysłem na siebie. Żeby go w pełni docenić, trzeba go doświadczyć na żywo.

Aż chciałoby się – zgodnie z zagranym na koniec, moim ulubionym „Begin Again” – zacząć jeszcze raz. No ale do niektórych rzeczy powrotu po prostu nie ma. Pozostaje patrzeć w płomień.

Fotograficzną magię jak zwykle odprawił niezastąpiony szaman obiektywu, Radek Zawadzki – więcej zdjęć na jego stronie.

The following two tabs change content below.
Avatar

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...