Podsumowanie roku 2014: M¡s†y D∆y

2014, czyli N¡gh†m∆res ∆nd 8Ø8s

Rok 2014 przyniósł nam wiele zwrotów akcji: zarówno życiowych, jak i muzycznych. I jak co roku: kilka kapel wskrzesiło swoja obecność na scenie, paru wokalistów pogrążyła fala krytyki, pojawiły się zachwycające wszystkich młode gwiazdy nowego pokolenia. Dorzucamy do tego kilka dziwacznych projektów muzycznych, arcydobre soundtracki i salonowe hipsterki… Tak jak co roku, jest co pochwalić i nad czym pomarudzić.

Również dla mnie ten rok był bogaty w nowe brzmienia. Dlatego zamiast tradycyjnego podsumowania zdecydowałam się podzielić z Wami dźwiękami, dzięki którym będę kojarzyć ostatnie dwanaście miesięcy z czasem, który jeszcze na długo pozostanie w mojej pamięci. Oprócz nowości nie zabraknie wydawnictw rocznych czy też nawet kilkuletnich: zaprezentuję jak brzmiał dla mnie rok 2014. Zapraszam do lektury.

Aby nie było za nudno, postanowiłam przygotować dla Was kilka niespodzianek na koniec roku. Na pierwszy ogień idą moje ulubione, najczęściej słuchane płyty.

HAUSFRAU – night tides

Najnowsze (bo kilkudniowe) odkrycie w zestawieniu, ale już zdążyłam pokochać ten album całym sercem. A wystarczyło tylko jedno zdanie w opisie płyty: Themes of darkness and light are mutated into sensual shades by synth projections and Nova’s powerful voice, drawing the listener into a quasi sado-masochistic relationship with the performer-as-oracle. Mamy tutaj same najwyborniejsze smaczki: nie tylko piękne, autorskie piosenki, ale także odrobinę folku i duetu Lynch/Badalamenti… Aha, no i jeszcze jedno: momentami brzmiąca jak Reznorowski Closer perła, „Season Of The Witch”. Claudia Nova zachwyciła mnie – spróbuj, a może zaczaruje i Ciebie.

Kapela Hanki Wojciak – Znachorka

Niektórych spraw żaden facet nie zrozumie (bo tak już przecież jest), a szczególnie tego, jak bardzo zawiła i zagadkowa jest kobieta. Kobieta zagubiona: czasem pewna siebie, czasem pogrążona w smutku. Kobieta opuszczona.
Wiem, że taka muzyka jeszczenie gościła na naszym blogu: tym bardziej warto dać jej szansę. Przyznam, że w momencie otrzymania płyty miałam mieszane uczucia i nie do końca wiedziałam, czy chcę ją w ogóle poznawać. Jak bardzo się myliłam! (dowód na to, że nie warto wątpić w gusta muzyczne swoich przyjaciół)
Wystarczy posłuchać utworu otwierającego płytę („Chebojcie ludziska!”) aby przekonać się, czy polubisz Hankę i jej niezwykłą opowieść, jaką jest „Znachorka”. Znajdziemy tu przepiękne, folkowe rytmy (które mogłyby być tłem do rozgrywania czwartego rozdziału w pierwszym „Wiedźminie”), potupaje, których nie powstydziłby się żaden szanujący się karczmarz z dawnych gospód oraz przejmujące piosenki o miłości i złamanym sercu. Wiele utworów sprawiło, że z moich oczu popłynęły łzy. To bardzo emocjonalna płyta, przepełniona uczuciami, z odrobiną smutku, goryczy i szalonego uśmiechu. I wracając do mojego wstępu: możliwe, że facet jej nie zrozumie – ale warto spróbować. Polecam, szczególnie dla młodych kobiet.

$WAGGOT – FEEL WORSE (…i zdecydowanie największe zaskoczenie tego roku)

Sympatycznego Jacka wielu z Was już z pewnością kojarzy (ciężko tego Pana zapomnieć – szczególnie jeśli zetknie się z jego twórczością…). „FEEL WORSE” to taki bardziej wymuskany brat- bliźniak recenzowanego przez Raja „FEEL BETTER”. Całkowicie poważnie: spośród całej, kolorowej dyskografii $waggota jest to album najbardziej dojrzały i ambitny. Standardowo zawiera niezaprzeczalne hiciory (przy których my, rozumiejący angielski, załamujemy ręce i mamy chęć popełnić sztuczkę z ołówkiem: przynajmniej ja) (polecam track numer siedem – dop. raj), jak i smutne, przepełnione lękiem i uczuciem utwory. Na wyróżnienie zasługuje genialny utwór „DELETE YOUR MYSPACE” oraz prawdziwa perełka: „UFFIE”. To romantyczna, współczesna wersja Romea i Julii, która chwyci za niejedno serce, a i przylepi się do uszu na długie godziny. Wracając do wcześniej wspomnianych, salonowych hipsterek: poczytajcie sobie o Uffie, warto! „FEEL WORSE” to album na długie godziny, a jeżeli macie poczucie humoru i nie przeszkadza Wam gejowska otoczka, to z pewnością poczujecie się jak ryba w wodzie i pokochacie $waggota.

Roman Remains – Zeal

Jak wspominałam w relacji z koncertu Gary’ego Numana, wokalistkę Roman Remains udało mi się poznać osobiście. Ta kobieta to wulkan energii, a owoc jej nowego projektu Roman Remains jest świeży, soczysty i pachnący. Dawno nie słuchałam tak dobrej i naszpikowanej powerem elektroniki, a do tego z kobietą na wokalu. Mocne, ostre beaty, przecudowna elektroniczna perkusja: i wokal Lielii… Lepiej jest tylko na żywo.

Milky Chance – Sadnecessary

Hipsterski, niemiecki duet nie od razu podbił moje serce. Z czasem polubiłam znienawidzone wcześniej „Stolen Dance” i zdecydowałam się na odsłuchanie całej płyty. „Sadnecessary” jest albumem melodyjnym, napakowanym pozytywną energią i beztroskim bujaniem w obłokach. Sporo tutaj gitar i ukulele, które współgrają z nienachalną elektroniką. W rezultacie otrzymujemy naprawdę fajny krążek, który idealnie komponuje się z relaksem na plaży i piciem drinków z palemką. Szczególnie w zimowy czas, warto dać szansę naprawdę ciepłym – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – kawałkom.

Lana Del Rey – Ultraviolence

Lana to moja Królowa: koniec, kropka. Uwielbiam jej teksty, uwielbiam jej muzykę, uwielbiam jej styl. „Born To Die” to płyta zaskakująca i niebanalna. Tym większa była moja radość, gdy zrozumiałam, że „Ultraviolence” jest jeszcze lepszym krążkiem niż jej poprzedniczka. Bardziej poważnie i prowokująco, mniej kokieteryjnie i wstydliwie. Lana momentami popada w śmieszność, ale doskonale zdaje sobie z tego sprawę i dalej prowadzi ponętną grę ze słuchaczem. „Cruel World” to idealny wstęp do całości, osnutej ciężkim, papierosowym dymem, skąpanej w świetle księżyca i pachnącej słodkimi, ciężkimi perfumami. Zapewniam, że takie perełki jak „Shades of Cool” czy „West Coast” (z przejmującym, zaskakującym refrenem) długo pozostaną w pamięci każdego romantyka czy romantyczki. Sama artystka pokazuje jeszcze większe możliwości głosowe niż do tej pory i nie zawodzi. Pozostaje pogratulować bardzo dobrej płyty.

She’s Not Real – Not Real Sounds EP

Ejtisowa ambrozja dla uszu. Przepiękne wokale, retro brzmienie: zespół momentami ociera się delikatnie o brzmienie Króla retro wave’u, Perturbatora. EP-ce niczego nie brakuje – nie wydaje się ani za długa, ani za krótka. Więcej: spędzony z nią czas jest jak senne marzenie, do którego dosyć często chce się powracać. I po raz kolejny przed oczami staje mi klif i czerwony kabriolet.

I Break Horses – Chiaroscuro

Przyznam, że mam słabość do duetów, a szczególnie synthpopowych (według Wikipedii to muzyka szufladkowana jako electronic indie rock / shoegazing, ale ja wiem swoje). „Chiaroscuro” to płyta obłędna, z duszą; potwornie smutna, a jednocześnie pokrzepiająca. Z czasem coraz bardziej doceniam skandynawskie, elektroniczne projekty: głos wokalistki (Marii Linden) elektryzuje na równi z siłą oddziaływania osoby Karin Dreijer Andersson (The Knife, Fever Ray). Każdy fan muzyki elektronicznej powinien poznać I Break Horses. Z ciekawością będę śledzić ich dalszą twórczość, gdyż to jeden z zespołów, które są mało znane, a zasługują na większą uwagę. Proszę. ;>

♥Nagasaki Night Club♥ – 長崎ナイトクラブ

Krótka, trwająca niecałe 10 minut EP-ka. Ale za to jaka! Chillout w najlepszym wydaniu: dla mnie oznacza to muzykę, która wtapia się w niedzielne wylegiwanie się w łóżku i współgra ze światłem zza żaluzji. Mam nadzieję, że artysta nie poprzestanie na tym albumie i będzie dalej komponować. Byle odrobinkę dłużej.

Ale zaraz, zaraz… Rok 2014 minął przede wszystkim pod znakiem witch house’u, dlatego przygotowałam dla Was osobne zestawienie najlepszych płyt. Zaczynamy!

Drug Machine – Killer Drugs

W imię zasłyszanego niegdyś od Mistrza “idź i pisz o witch housie!” <3 spełniam jego wolę i biorę się za kolejny, smaczny wypiek prosto z wiedźmowej chatki (Dom Czarownicy, jak w popestepie 😛 – dop. raj). Całkiem świeży, bo zaledwie roczny cud od Phantasma Disques. Dzieło autorstwa Drug Machine zawiera to, co dobry witch house zawierać powinien: nie jest sztampowy i oklepany, nie polega na tych samych, ogranych patentach. Jest przede wszystkim kolejnym, niebanalnym albumem. Kompozycje sa zróżnicowane, zaskakujące i naprawdę potrafią wciągnąć na długie godziny: to płyta warta kolejnego zapętlania. Wprowadza niepokojącą atmosferę, chociażby wykorzystanymi samplami, jest tajemnicza. Grzech nie zaznajomić się z tak barwnym i ciekawym albumem: szczególnie jeśli chce się poznać witch house od jak najlepszej strony.

M△S▴C△RA – Silver Knight Gothic

Płyta, do której mam ogromny sentyment. Spokojna i płynna (krystalMETH/alanWATTS), mająca jednak swoje mocniejsze momenty („Drunken Drug Deals”). Idealna dla osób stawiających swoje pierwsze kroki w chatce czarownicy. A do tego ten cudowny artwork!

De▲th Co▲st – Album

Przy okazji recenzowania vaporwave’owej ECCO DREAMS EP został wspomniany „Album” autorstwa De▲th Co▲st. O ile covery w wykonaniu ‡WORSHIP‡ były naprawdę urozmaicone, dosyć łatwo można było odgadnąć brzmienie oryginalnej wersji. „Album” to prawdziwa petarda: mocna i ciężka, potrafiąca narobić niezłego bałaganu w głowie. Niesamowicie melodyjna, ale też niezaprzeczalnie… smutna. Tak, to jedna z najbardziej dołujących płyt, jakich dane mi było słuchać. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, w jaki sposób z radiowych hiciorów artyści dali radę wyciągnąć tyle pokładów przygnębienia. Atmosfera zagubienia, wsamplowane smaczki (spróbujcie poszukać tu NINów, albo słynnego „Adagio for Strings, op.11” Barbera), rewelacyjnie zniekształcone wokale: „Album” to dla mnie prawdziwa perła.

Dionysus – The Television Album

Zawsze bałam się, że w środku nocy zastanę włączony telewizor z ziarnistym obrazem (i chyba dlatego od kilku dobrych lat takowego nie posiadam). „The Television Album” to concept album, rozpoczynający się utworem “Goodnight”, a żegnającym się ze słuchaczem “Good Morning”. Oprócz wsamplowanych fragmentów filmów, programów telewizyjnych oraz dźwięków przełączania kanałów, znajdziemy również kilka smaczków dla fanów Korna i Limp Bizkit. Polecam pobawić się w zgadywanie: daje to dużo frajdy, a płyty słucha się przez to jeszcze przyjemniej. Dionysus pokazuje nam, że potrafi nieźle sklecać utwory, jak i mistrzowsko żonglować nastrojami (genialne „TV Is Propaganda”). Mimo trzymania się jednego tematu, całość nie jest monotonna, czas się nie dłuży. Nie zaszkodzi również przyjrzeć się projektowi bliżej, bo zdecydowanie warto dać szansę: oprócz „The Television Album” ma w dorobku udane „I Told Ya”.

☨HR33ΔM – Haunted Tapes // Chapter I

Kolejny artysta serwujący nam nie tylko autorskie kawałki, ale i covery znanych i lubianych piosenek („♰T▼NIGHT♰” chociażby, koniecznie przesłuchajcie!) z lat 80-tych i 90-tych. Co wyróżnia ☨HR33ΔM na tle innych tego typu projektów witch house’owych? Perfekcyjny balans, konkretne brzmienie, zero nudy. Nawiedzone Taśmy są energetyczne („†††CRUCIFY M3†††”) i idealne na rozpoczęcie dnia.

Na tle tych wszystkich, przepięknych płyt, na wyróżnienie zasługują trzy EP-ki: o dwóch z nich mogliście już poczytać, a o trzeciej postaram się wkrótce napisać- nigdy sobie nie wybaczę, jeżeli tego nie zrobię!

Veils – Cocoon EP
Holy Other – With U EP
oOoOO – oOoOO EP

Czas na dalszą część podsumowania. Pisząc o muzyce, która zachwyciła, nie sposób – dla kontrastu – nie wspomnieć o utworach, które niekoniecznie wywołały we mnie błogi stan i słodkie poczucie odrętwienia. Największym rozczarowaniem tego roku jest zdecydowanie „Once More Round The Sun” grupy Mastodon. Szkoda, bo chłopaków z Atlanty bardzo cenię i lubię. Nowy krążek wieje nudą, opiera się na tych samych, ogranych patentach – przecież to wszystko już było… Nie oznacza to, że płyta jest całkowicie beznadziejna: ale o tym mogliście już przeczytać w mojej recenzji.

Jeżeli chodzi o witch house, najwięcej marudziłam przy Force Publique i ich EP-ce „PURE”. Mini album otwiera bardzo dobre „Sacrifice” i niestety jest to jedyny utwór, którym warto się zainteresować na dłużej. Jeżeli nie wierzycie, to przesłuchajcie sobie kolejnego kawałka: nierytmiczny, wokal brzmi jakoś nieładnie, mocno średnio… Przed zespołem jeszcze sporo pracy, ale mocno trzymam kciuki za ten duet.

Rok 2014 przyniósł również sporo wydarzeń i koncertów. Najsmutniej będę wspominać rozpad Crystal Castles, najzabawniej będzie mi się kojarzyć kwitnącą miłość pomiędzy Edw… Robertem Pattinsonem a moją ukochaną FKA Twigs. Mam problem z wyborem tegorocznego koncertu roku, w którym brałam udział. Esben and The Witch i Sólstafir: to było magiczne przeżycie, jedyne w swoim rodzaju. Niesamowita atmosfera przed, po i w trakcie koncertu: bieganie za zaginionymi płytami, zdjęcia z zespołami, szampański humor i parę latających staników. A jednak, z największym utęsknieniem będę powracać do genialnego koncertu Gary’ego Numana, który dał niesamowity popis swoich możliwości scenicznych (a później, dodatkowo, autograf).

Z czym będę jeszcze kojarzyć ten rok?
Na pewno z możliwością pisania tutaj o tym, co kocham. I w ten sposób kończę swoje małe podsumowanie, i życzę Wam wszystkim (muzycy, audiofile, melomani, a nawet hipsterzy: tak, to do Was!) Szczęśliwego Nowego Roku, bogatego w nowe doświadczenia i muzyczne doznania.

The following two tabs change content below.

Misty Day

Znawczyni szeroko pojętego hipsterstwa artystycznego, elektronicznych eksperymentów oraz wszystkiego, co dziwne. Marząca o chatce na estońskich bagnach niepoprawna marzycielka. W międzyczasie lubi oddawać się skomplikowanym konwersacjom ze swoim krukiem Howardem.

5 komentarzy do "Podsumowanie roku 2014: M¡s†y D∆y"Dodaj swój →

  1. No własnie aż mi się kliknęło na ten obrazek a tam nie ma więcej fotek na które nie skromnie liczyłem ;(

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *