Szkic do recenzji dwóch EP-ek Nine Inch Nails, pisany na komórce w autobusie nocnym

Tło

Pamiętam, jak byłem bardzo młody, miałem może czternaście lat, ojciec zabrał mnie do Wiednia i zaraz po przyjeździe poszliśmy na zakupy na Mariahilferstrasse. Weszliśmy do sklepu Virgin i nagle ujrzałem te wszystkie płyty. Było ich mnóstwo. Nie mieściło mi się w głowie, że tyle płyt może znajdować się w jednym budynku. Wiecie, wtedy, w połowie lat 90., dla młodziana, który nigdy nie był za granicą, taki widok to naprawdę było coś. Ojciec poszedł szperać za Beatlesami, a ja zacząłem szukać tej mojej wymarzonej płyty, o której czytałem tak dużo ― „The Downward Spiral”. „Antichrist Superstar” Marilyna Mansona znałem już wtedy na pamięć, jechałem tę kasetę nałogowo, ale Nine Inch Nails? Mało kogo ten zespół wtedy w Polsce obchodził, nie było tego nigdzie. Ale ja się uparłem: skoro już jestem w Wiedniu, to trzeba to dorwać. Znalazłem. Na żywca to opakowanie wyglądało piękniej, niż cokolwiek, co widziałem w życiu.

― To? ― zapytał ojciec, patrząc na płytę. Nigdy zapomnę tego niesmaku na jego twarzy, kiedy patrzył na okładkę.

― Tak, właśnie to, tato ― odpowiedziałem. I poszliśmy do kasy.

Niewiele pamiętam z mojego dalszego pobytu w Wiedniu, oprócz prób, żeby polubić „The Downward Spiral” na sprzęcie ojca, kiedy był w robocie. Nie ogarniałem wtedy, co dzieje się na tej płycie, nie znałem angielskiego, nie byłem wyposażony w żaden sposób, żeby zrozumieć, co Trent Reznor miał wtedy do powiedzenia. Ale po pewnym czasie zaczęła mi się podobać ta gorzka agresja. Im bardziej frustrowała mnie ta płyta, tym bardziej mi się podobała. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta muzyka zasadza się na masochizmie. Ale mniejsza z tym.

Gdańsk, parę lat później

Siedzimy na kanapie w mieszkaniu moich rodziców. Wszyscy szaleją przy „Closer”. Wiecie, domówka. Obok mnie siedzi dziewczyna, z którą się spotykam. Jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką w życiu spotkałem. Wygląda jak Emmanuelle Béart i mnie lubi, krótko mówiąc: nie może być lepiej. Słuchamy sobie muzyki i pijemy piwo, i ona w pewnym momencie mówi: „To jest muzyka dla smutasów. Ale podoba mi się, że jak to leci, to chce się wszystko niszczyć, a jednocześnie tańczyć do tego”. Uśmiecham się. Nigdy nie usłyszę lepszej definicji muzyki Nine Inch Nails.

Dziś

Czemu dziś ja, facet po trzydziestce, wolę słuchać, dajmy na to, Forest Swords niż Nine Inch Nails? Bo jako dorosły chłop nienawidzę nostalgii, a Trent Reznor woli grać w kółko to samo. Nie ma on już w sobie ani grama desperacji, która pchała go wcześniej, żeby nagrywać wściekłą muzykę. Nie żebym życzył mu tragedii w życiu, żeby rozbudziło to jakąś autentyczną inspirację, ale nie czarujmy się: Reznor jest zbyt ukontentowany, żeby Nine Inch Nails mogło wybrzmieć wiarygodnie. Poza tym, chce mu się eksperymentować, jakby zapomniał, że przy całym chaosie, jaki bił z tej muzyki, zawsze miała ona swoje twarde ramy, opięta szczelnie w gorset popowej piosenki, i to sprawdzało się najlepiej.

Co więc dostajemy obecnie? Ja właściwie nie wiem. Wiem na pewno, że Trent Reznor nie nagrywa do przodu. Te dwie EP-ki ― „Not the Actual Events” i wydane parę miesięcy później „ADD VIOLENCE” sugerują, że może lepiej byłoby porzucić Nine Inch Nails i na dobre zająć się muzyką filmową. Na ogół świetnie mu to wychodzi, więc czemu nie? A jednak z jakiegoś powodu Reznor czuje potrzebę bić w te same bity, nie oferując niczego świeżego. Czy naprawdę jest ktoś, kto na dzień dzisiejszy jest w stanie wytrzymać ten żmudny noise w „The Background World”? Gdyby jeszcze Reznor miał pomysł, jak wprowadzić Nine Inch Nails na dojrzalsze tory, gdyby był na tyle dojrzały, żeby się zestarzeć ze swoim projektem, tak jak chociażby zrobił to Nick Cave, kiedy nagrał z kompanami „Push the Sky Away”. Niestety. Nine Inch Nails zawsze było opowieścią o neurastenicznym chłopaku, który wrzeszczał, że nie umie się dopasować. Teraz dobrze sytuowany pan w wieku średnim mruczy do mikrofonu, że nie ma na tym świecie dobrego miejsca, ale jakoś trudno mu w to uwierzyć.

Podobało się? Rozważ postawienie mi kawy!
Postaw mi kawę na buycoffee.to
The following two tabs change content below.

Jacek Szafranowicz

Poeta, prozaik i publicysta. Wiersze, prozę oraz recenzje publikował m. in. na łamach "Przekroju", "Autografu", "Wyspy", "Drobiazgów" i "Kina". Były współredaktor "Blackastriala". Pochodzi z Gdańska, obecnie mieszka w Sopocie.

0 komentarzy do "Szkic do recenzji dwóch EP-ek Nine Inch Nails, pisany na komórce w autobusie nocnym"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.