Dir En Grey – ARCHE

Nie ma chyba w historii muzyki wszelakiej zbyt wielu wykonawców, którzy mimo wielu lat grania w jednym, niezmiennym składzie nie tłuką jednego znanego motywu, tylko się zmieniają. Uwierzcie mi w to, gdyż ze świecą takowych szukać, zwłaszcza w świecie muzyki metalowo-rockowej. W większości wypadków kapela dochodzi do pewnego momentu, swego rodzaju apogeum swych możliwości i popularności, aby potem spaść w dół, stracić większość fanów i zaprzestać działalności. Co bardziej inteligentni i myślący – według słów Perfectu – ,,schodzą ze sceny niepokonani”. Ale w sumie to dziś zajmiemy się właśnie przypadkiem zespołu, który opisałem na początku. Głupio tak bawić się tutaj w zgadywanki typu ,,zgadnijcie, o kim myślę”, więc bez zbędnych ceregieli: album Dir En Grey znowu zawitał w progach jeszczenie.pl!

Po trzech latach od wydania ,,Dum Spiro Spero” oraz trzymania na ,,głodzie” fanów poprzez wypuszczenie dwóch singli/EP-ek, japońska formacja doszła do wniosku, że dosyć takiej zabawy i czas kończyć album. Postanowili również, iż pójdą za ciosem względem nazewnictwa swego najnowszego dziecka, a temuż nadali imię ,,Arche”, co w języku Greków znaczy mniej więcej tyle co ,,pochodzenie”. I od razu przestrzegam, gdyż nie jest to bynajmniej oznaka powrotu do brzmienia z ich pierwszych płyt, według Die – ich gitarzysty – ten album to największe osiągnięcie pod względem dźwiękowym w całej historii Dir En Grey. Czy tak też jest? Czy należy wierzyć jego słowom? Postaram Wam się to przybliżyć i poniekąd wyjaśnić.

Już na samym początku imponuje łączna długość i ilość utworów – 16 kawałków, które w sumie trwają ponad godzinę (nie wspominając o wersji specjalnej ,,Arche”, która przedłuża go o ok. 30 minut) jest czymś obecnie niezbyt często spotykanym. A lubię o tym wspominać, bo mogę. Zacznę może od kwestii technicznej albumu – produkcja jest po prostu świetna. Wszystko współgra ze sobą wręcz perfekcyjnie. Perkusja nie wtrąca się irytująco, gitary mają swe charakterystyczne i rozpoznawalne brzmienie, bas sobie cicho przygrywa w tle, budując ,,plecy” utworów, a Kyo zawodzi aż miło. Czymś stosunkowo nowym jest zwiększenie ilości partii elektronicznych i klawiszowych, odchodząc od symofniczno-folkowych naleciałości, które były obecne na poprzednich wydawnictwach.

Wracając do wokalu Kyo – moje przekonanie względem jego talentu i możliwości się nie zmieniło, i nadal uważam, iż to co robi ze swym głosem, jest po prostu obłędne. Czasem nawet myślę, że to niemożliwe, aby tak niepozorny i drobny człowieczek (który na jednym z wywiadów wyglądał niczym stary, japoński rybak z małej wioski) mógł tak szaleć i przypuszczam, iż zawarł jakiś pakt z diabłem czy innymi demonami, aby te użyczyły mu swego głosu. Gdybym miał wybrać utwory, w których popuszcza wodze fantazji, byłyby to otwierający album ,,Un Deux”, ,,Uroko” oraz ,,Cause of Fickleness”. Oczywiście to tylko moje typy i bez trudu ktoś chętny będzie w stanie znaleźć inne przykłady.

Lekkim nieporozumieniem dla mnie jest zremasterowana wersja utworu ,,Sustain The Untruth”, który został wydany wcześniej pod postacią singla z kilkoma dodatkami. Naprawdę nie wiem, co oni z nim zrobili – stracił dla mnie to coś, stał się jakby bardziej szklany, a wokal jakby oddzielony od instrumentarium. Nie zmienia to faktu, iż jest to kawałek świetny, acz preferuję go z wydaniu singlowym. Jeżeli chodzi o różnorodność pod względem konstrukcji utworów, to nie ma się o co martwić – zdarzają się momenty szybkie i energiczne, powolne i kontemplacyjne, jak i również bardziej eksperymentalne i oryginalne – jak ,,Phenomenon”, który brzmi trochę niczym mroczniejszy i surowszy trip hop. Jak więc widzicie, tutaj nie ma problemu. Mogę natomiast przyczepić się do kilku rzeczy.

Pierwszym, co rzuciło mi się w uszy (doceńcie mój pomysł na nowy związek frazeologiczny!), jest brak dłuższych utworów w stylu ukochanej przeze mnie ,,Vinushki” czy ,,Diabolosa”. Cały album jest wypełniony kawałkami, których czas trwania oscyluje w granicach od trzech do pięciu minut. Zasmuca mnie trochę ten fakt, mając w pamięci to, co potrafiło się wydarzyć w utworach trwających czasem i dwukrotnie dłużej. Kolejną sprawą, o której warto wspomnieć, jest… hmm… swego rodzaju brak, brak tego ,,czegoś”. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, o co mi dokładnie chodzi. Po prostu mam wrażenie, iż momentami coś poszło nie tak w procesie tworzenia i cały emocjonalny wkład oraz podejście jakoś uleciały. Nie tyczy się to oczywiście każdego kawałka, lecz część została tym dotknięta.

Tak więc jak widzicie, ,,Arche” nie było w stanie zbić z tronu mojego ukochanego ,,Uroborosa”, chociaż momentami starał się ze wszystkich sił. Gdybym miał gdzieś osadzić najnowsze wydawnictwo Japończyków, to prawdopodobnie umieściłbym je na miejscu drugim, zaraz obok ,,Dum Spiro Spero”. Choć kto wie, jak to się później potoczy. Możliwe iż to, o czym wspominałem dosłownie kilka linijek wcześniej – a mianowicie brak ,,tego czegoś” – z czasem dojrzeje we mnie i zmieni me postrzeganie na ,,Arche”, oczywiście w pozytywny sposób. Nie zrozumcie mnie źle – uważam ten album za bardzo, bardzo dobry, ale nie wybitny, tak jak to było z przedostatnim wydawnictwem. Nie należy jednak darować najnowszemu tworowi Dir En Grey, gdyż jest on uwagi warty.

The following two tabs change content below.

Danny Neroese

Nie przepada za mówieniem o sobie. Ekscentryk i samotnik. Ceni swój wyjątkowy gust muzyczny.

0 komentarzy do "Dir En Grey – ARCHE"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *