Ander – Lamenty

Każdy z nas ma rożne upodobania muzyczne. Niektórzy ludzie polegają na szufladkach, ograniczając się do subkultury, do której przynależą. Inni są wierni brzmieniom swojej młodości: ewentualnie od czasu do czasu dają szansę nowym dźwiękom. Osobiście staram się codziennie poszerzać muzyczne horyzonty: jednego dnia mam ochotę skakać pod sufit, wsłuchując się we wściekle riffy Mastodona, czasami marzy mi się podołować przy smętnej poezji Trenta Reznora. Zdarza się, że moje życie wypełniają romantyczne dźwięki lat osiemdziesiątych, a bywają też dni, w których mam ochotę na chwile relaksu… Właśnie wtedy lubię zanurzać się w kojące i barwne ambientowe melodie. „Lamenty” autorstwa Andera są jedną z moich ulubionych, chilloutowych perełek na takie okazje. Sam autor – tak jak ja i z pewnością wielu z Was – nie lubi się ograniczać do jednostajnych brzmień.

Ander nie pamięta, kiedy właściwie zaczął tworzyć. Inspiruje się wieloma gatunkami muzycznymi, bawi się dźwiękami. Lubi współpracować z licznymi artystami: w tym roku mogliśmy go usłyszeć na najnowszej płycie Jakuba „Noxa” Ambroziaka zatytułowanej „Mikrokosmos”. Wcześniej był częścią soulowo-elektronicznej grupy FWWM (Fire Walk With Me), a jedna z ich piosenek, „Organic”, została wykorzystana jako tło w filmiku z bloga “Skoda Auto Muzyka” z udziałem Kasi Nosowskiej. Uczestniczył w wielu projektach pobocznych (m.in. współpraca z zespołem Psylocybia), w dorobku ma również swój pastiszowy band hiphopowy. Po krótkiej EP-ce, nazwanej po prostu „Ambient EP'” (już autorskiego projektu), Ander zdecydował się nagrać coś dłuższego. W ten sposób powstały „Lamenty” – album pełen nostalgii i smutku, klasyfikowany przez artystę jako dark ambient, avant garde i experimental music.

„Lamenty” to zbiór dla ludzi cierpliwych i wrażliwych. Tutaj nie ma miejsca na pośpiech. Wszystko żyje swoim rytmem, bogactwo dźwięków ujawnia się stopniowo. Nic nie jest nachalne, utwory rozwijają się powoli. To kojąca, melancholijna mieszanka klawiszy, perkusji oraz elektronicznych zabaw. Jeżeli lubisz odkrywać dźwięki i delektować się nimi, a przy okazji jesteś fanem subtelnych ambientów, cóż mogę jeszcze dodać… „Lamenty” z pewnością Cię oczarują.

Otwierająca płytę „Kana Hiragana Katakana” zaprasza nas mocno inspirowanymi japońską kulturą brzmieniami. Pojawia się wsamplowany dźwięk spadającego deszczu: motyw, który konsekwentnie, acz nienachalnie, będzie dominować na tej nietuzinkowej kompilacji. Uczty dla naszych uszu dopełniają delikatne, klawiszowe dźwięki (chwilami brzmiące iście Reznorowo): w pewnym momencie pojawia się pulsująca perkusja. Wszystko koi, relaksuje, wprowadza w trans. To idealne rozpoczęcie tego, co będzie nas czekać w dalszej części „Lamentów”. „Yurei Onryo” jest krótkim wydechem (dosłownie), w którym również odczujemy inspiracje Dalekim Wschodem. Kawałek zgrabnie przechodzi w pulsacyjny „Funeral Flowers”: utwór brzmi pogrzebowo (a jakże!) i melancholijnie. Czaruje swoją spójnością: każdy dźwięk jest przemyślany, ma swój sens. To jeden z kawałków, który nadaje charakter „Lamentom”. Wszystko jest odpowiednio wyważone, wprowadza nas w nostalgiczny nastrój. „Mudoki Bunka Jidai” wita nas dźwiękami, których nie powstydziłby się sam Lustmord: mamy ciężką melodię, psychodeliczne krzyki. Rytm się zmienia: raz jest mocny i zdecydowany tylko po to, by w następnych sekundach wyraźnie osłabnąć i wyciszyć słuchacza.

“Uchi Soto” czaruje swoją nieziemską aurą, słyszymy śpiew ptaków przemieszany z bębnami. Chilloutowa atmosfera sięga zenitu w “Duchu Gór”: woda szumi, delikatne dźwięki nieśmiało pieszczą nasze uszy po to, by mrocznym, przeciągłym wokalem przejść w charyzmatyczną i tajemniczą “Marzannę”. Rytualnie topiona (bądź palona) kukła słowiańskiej bogini, przedstawiana też jako Pani Śmierć – taki tytuł zobowiązuje. Na szczęście utwór jest do niego adekwatny: pełen grozy, budzi niepokój przeciągłymi jękami i mglistą atmosferą zagubienia.

“Peine Forte Et Dure” jest najbardziej energetycznym momentem “Lamentów”. Słyszymy dzikie wrzaski, podlane progresywnym tempem i rytmicznym tamburynem. To moment, w którym lubię sobie wyobrażać ognisko w środku lasu i zwierzęce tańce. “Silence”, najdłuższy utwór na płycie, stara się równoważyć poprzednie szaleństwa. Z początku jednostajny i nostalgiczny, ujawniający stopniowo wygłuszone dźwięki i powykrzywiane wokale. Bardzo mroczny i niespokojny, chwilę później raczy nas nieco drum’n’basową wstawką, która kontynuowana jest do końca utworu. Kawałek jest niesamowicie różnorodny, nie trzyma się jednej linii melodycznej. Wszystko miesza się z pozornie spójną rytmiką, wdechami i wydechami, a w pewnym momencie pojawia się nawet… Saksofon. Poczułam, jakby Crystal Castles zachciało sobie pobrzadąkać na shamisenie, dopieszczając całość synthpopowymi wstawkami: a mimo to wszystko pozostaje ambientem. “Aurora” jest trackiem bonusowym, który spełnia tu funkcję zamknięcia. W swoim wydźwięku jest zaskakująco pozytywny, kontrastuje z ogólną melancholią całości. Jednostajny rytm wkręca się w umysł niczym wiertarka, a klawiszowe zagrywki brzmią inaczej niż dotychczas. Aż w końcu nastaje cisza…

Jestem fanką concept albumów, gdzie wszystko jest spójną całością: jeden utwór gładko przechodzi w drugi – bez jakichkolwiek, nawet kilkusekundowych przerw. Ander “Lamentami” opowiada nam historię pełną spadającej wody, mroku i błogiego spokoju. Japońska kultura miesza się tu z naszą rodzimą, słowiańską: tworzy to bardzo ciekawą, zaskakującą mieszankę. “Lamenty” są jak westchnienie: mimo że trwają prawie godzinę, zdają się być ulotną chwilą. To idealna propozycja na jesienne wieczory przy kubku ulubionej herbaty, z kroplami deszczu uderzającymi w okno.

The following two tabs change content below.

Misty Day

Znawczyni szeroko pojętego hipsterstwa artystycznego, elektronicznych eksperymentów oraz wszystkiego, co dziwne. Marząca o chatce na estońskich bagnach niepoprawna marzycielka. W międzyczasie lubi oddawać się skomplikowanym konwersacjom ze swoim krukiem Howardem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *