The Sisters of Mercy (+ The Membranes) – Progresja, Warszawa, 15.9.2017

Po 15 latach wreszcie udało mi się zobaczyć na żywo The Sisters of Mercy. Specjalnie na takie okazje skrojono powiedzenie, że gdy bogowie chcą nas ukarać, spełniają nasze modlitwy…

O tym, jak to przez ten cały czas mijałem się z Andrew Eldritchem, mógłbym napisać osobny artykuł. Najbliżej byłem w 2009 roku, jednak ostatecznie nie dostałem akredytacji do Stodoły, a gdy się o tym dowiedziałem, koncert był od dawna wyprzedany… Zależało mi jak jasna cholera, bo o tym, ile znaczy twórczość The Sisters of Mercy w moim życiu, mógłbym napisać w ogóle osobnego bloga. Zamiast tego odeślę po prostu do bardzo fajnego filmu „The World’s End”. Ja to ten bohater grany przez Simona Pegga.

Nie zrażały mnie nagrania na YouTubie, powszechna opinia na mieście, ani fakt, że absolutnie nikt z moich zorientowanych w temacie znajomych nie podzielał mojego marzenia. Uparłem się, że Andrzeja muszę zobaczyć na żywo i kropka. Skoro widziałem już w swoim życiu koncerty Manowara czy Gracjana Roztockiego, zniosę wszystko, a The Sisters of Mercy też muszę zaliczyć. No i mam za swoje.

Nie robiłem sobie większych nadziei i byłem przygotowany na największe rozczarowanie.

W przekonaniu, żeby spodziewać się najgorszego, utwierdziły mnie relacje z koncertu w Gdańsku. Od razu jednak zdradzę, że nie był to wcale najgorszy koncert mojego życia. Nie było to nawet największe sceniczne rozczarowanie, jakie przeżyłem. To zaszczytne miano chyba wciąż dzierży Ulver. Tutaj rozczarował mnie najbardziej sam Andrew Eldritch, ale o tym za chwilę. Pomijając jego osobę, naprawdę nie było tak najgorzej. Rozprawmy się więc może od razu z kilkoma mitami.

Lider The Sisters of Mercy jest powszechnie znany z trollingu, który objawia się np. w upartym przekonywaniu ludzi, że jego kapela wcale nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek gotykiem. Za podobną kokieterię brałem jego deklaracje, że grupa obecnie gra na żywo heavy metal. Teraz to jednak rozumiem. Choć Siostrzyczkom wciąż daleko do Iron Maiden, ich sceniczne aranżacje są skoncentrowane przede wszystkim na gitarach. Tak jak na ich ostatnim longplayu.

Nie widzę w tym zupełnie nic złego.

Już od rozpoczynającego set „More” wiadomo było, że „Vision Thing” odegra kluczową rolę. Faktycznie, zagrano aż sześć kompozycji z tego krążka (w tym połączone w jedno „Doctor Jeep” i „Detonation Boulevard”). Ben Christo wcale nieźle radzi sobie ze wszelkimi solówkami, a przy okazji zdaje się pełnić podobną rolę co lata temu Patricia Morrison – tyle że dla żeńskiej części publiki. Z pewnością jego zalotne uśmieszki i puszczanie oka nie umknęły uwadze pań.

Z racji tego, że wszystko odbywa się głównie na gitarach, wiele klasyków przeszło iście energiczny lifting. Jeśli kojarzycie „Alice” odnowione na potrzeby singla „Under the Gun”, to wiecie, o co chodzi. Zyskał na tym niebywale np. „Body and Soul”, ale i klasyczny „Dominion/Mother Russia” z „metalową” solówką zamiast saksofonu wypada całkiem intrygująco. Klawiszy trochę brakuje, ale też nie jest tak, że nie ma ich w ogóle. Rozprawmy się jednak od razu z kolejną bzdurą:

The Sisters of Mercy nie gra z żadnego playbacku.

I wielka szkoda, bo przynajmniej wokal wyszedłby na tym znacznie lepiej (ale o tym za chwilę). Mamy dwa MacBooki w roli Dr. Avalanche, ale w XXI wieku to zupełnie naturalne. Skądś trzeba puścić te wszystkie chóry czy co ważniejsze partie syntezatorów. U załogi Eldritcha nie przekracza to żadnej normy, tyle że dochodzi do tego perkusja… no i niestety bas. Czy też raczej jego ledwie słyszalna namiastka. Powoli będzie pora zacząć narzekać.

Bo o ile przez większość występu wcale mi to nie przeszkadzało, tak w jednym momencie rozbiło to cały sens tego koncertu. Ten moment to oczywiście „Lucretia My Reflection” – kultowy kawałek, który praktycznie stoi samym basem. Do tego stopnia, że osobiście uznaję tylko rozszerzoną, ośmiominutową wersję, w której to charakterystyczne dudnienie zdaje się nie mieć końca. Co zostaje z tego kawałka, gdy pozbawimy go basu? Niewiele. A teraz pozbawmy go jeszcze wokalu, bo niestety wszyscy znajomi mieli rację…

Andrzej Eldritch na żywo jest zaledwie Adrianem.

Andrew nie umie śpiewać i nigdy się z tym nie krył. Nigdy mu to też jednak nie przeszkadzało, bo szybko wykształcił charakterystyczny sposób melodeklamacji, który potem zresztą próbowali kopiować niezliczeni gotyccy wokaliści. Niestety, na żywo to dziś zupełnie nie zdaje egzaminu. Cytując pewnego mocno podpitego mężczyznę, którego usłyszałem wychodząc z Progresji: „To nie było nagłośnienie, ja po prostu nie słyszałem wokalu!”.

No lepiej się tego ująć nie da. To nie była kwestia nagłośnienia, bo wszystkie inne instrumenty grały pięknie. Tylko jeden Adrian z premedytacją schował swój głos w aranżacji, przez co słyszeliśmy jakieś syczenie, mamrotanie i zaledwie raz na trzy utwory odpowiedni krzyk czy wycie. I to jest jedyny czynnik, który kładzie występy The Sisters of Mercy. Z koncertu robi się bowiem karaoke. Już lepiej słychać chórki Chrisa Catalysta, który praktycznie sam ciągnął wokalnie „Something Fast” czy „Walk Away”.

Ba, lepiej było słychać nawet mnie spod samej sceny, co udowadnia poniższe nagranie:

Jeśli nie docenialiście dotąd swojego głosu, to uczestnictwo w koncercie The Sisters of Mercy może Was wyleczyć z kompleksów. Śpiewa się naprawdę fajnie, szczególnie że obecna setlista obejmuje dosłownie wszystko, co trzeba. Jest na niej „No Time to Cry”, jest „Marian”, są ponadczasowe „Flood II” czy „This Corrosion”. Są nawet nowe covery „That’s When I Reach For My Revolver” i „Rumble”, w trakcie którego Adrian schodzi na papierosa.

No i kurde mógłby nawet z niego nie wracać.

Mimo wszystko jestem zadowolony, bo mogę wykreślić z listy do zobaczenia przed śmiercią kolejny ważny zespół. Na więcej koncertów The Sisters of Mercy jednak na pewno nie pójdę. Wam też nie polecam – lepiej się przejść na The Mission. Rok temu też grali w Progresji i zaprezentowali nieporównywalnie wyższy poziom. Nawet artystycznie Wayne Hussey powrócił do łask ostatnią płytą i każdy fan jego poprzedniego zespołu powinien być kontent.

Smutne w tym wszystkim jest też to, że o wiele lepiej na scenie poradził sobie… support. Zapomniany postpunkowy The Membranes pokazał świetne show nieco w stylu Killing Joke. John Robb to dla odmiany wzór frontmana, który i zagada do publiki, i przykuje uwagę ekscentrycznym zachowaniem. Nawet wyjdzie po występie pod barierki, żeby porobić sobie zdjęcia i sprzedawać płyty. Następnym razem poszedłbym na pełnowymiarowy koncert jego kapeli.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)