Riverside – Shrine of New Generation Slaves

Przyznam, że już trochę zaczynałem bać się o Riverside. Po genialnym debiucie i przepięknej EP-ce „Voices in My Head” panowie szli w coraz bardziej metalowe rejony spod znaku Dream Theater (co osiągnęło apogeum na płycie z 2009 roku). Choć wciąż w ich muzyce było o wiele więcej emocji niż na wszystkich płytach progmetalowych grafomanów z załogi Johna Petrucciego razem wziętych, z każdym krążkiem jakby zapominali, jak piękne klimaty udawało im się kiedyś tworzyć. Ratunkiem dla mnie były niby płyty Lunatic Soul, ale te z kolei bywały skrajnością w drugą stronę. Także z niepokojem podchodziłem do nowego krążka warszawskiej kapeli, obawiając się kolejnego „Anno Domini High Definition” i nie dając wiary zapowiedziom, mówiącym o nadejściu czegoś zgoła innego.

I ten niepokój się tylko pogłębił, gdy usłyszałem singlowy „Celebrity Touch”. Rzeczywiście porzucili ścieżkę bliską Dream Theater, skręcając bliżej Deep Purple i Led Zeppelin, ale monotonny riff i staromodne hammondowskie brzmienie z tego kawałka trafiają do mnie jeszcze mniej. Na szczęście jakoś wytrwałem do końca, bo faktycznie w połowie zaczynają się dziać w tym utworze rzeczy całkiem ciekawe. Ostatecznie okazało się, że i nowa płyta niekoniecznie „prostym” hard rockiem stoi i jest jednym z najciekawszych krążków w karierze Riverside. O czym przekonuje już klimatyczne intro „New Generation Slave”, gdzie delikatne brzdąkanie przerywają ostrzejsze wybuchy. A to tylko przystawka do rozbudowanego „The Depth of Self-Delusion”, jednego z najładniejszych utworów w dorobku zespołu.

Jeśli ktoś przyzwyczaił się do wielowarstwowych, wielowątkowych, pokomplikowanych kompozycji, to rzeczywiście „Shrine of New Generation Slaves” go rozczaruje. Utwory uległy znacznemu uproszczeniu, a progresywne komplikacje ustąpiły miejsca melodiom – nie bez powodu przydługi tytuł tego albumu skraca się do „SONGS”. Riverside nie nagrali jednak swojego „90125”, to wciąż nie są typowe, trzyminutowe piosenki dla radia. Wciąż jest tu miejsce na 12-minutową suitę jak „Escalator Shrine”, gdzie staromodny Hammond przywołuje klimaty „Riders on the Storm”, a bluesowe bujanie rozwija się do psychodelicznych odjazdów. Jest też mój faworyt, oniryczny „Deprived”, gdzie znalazło się miejsce i dla klimatów a’la Lunatic Soul, i dla saksofonu, który wyłania się znienacka po niepokojącym zwolnieniu, zaraz przed pięknym refrenem. Także niby ładna piosenka, ale w progrockowym znaczeniu, gdzie taki twór może trwać osiem minut. Najbardziej konwencjonalnie prezentuje się „We Got Used to Us” – jakby zaginiona perełka z „Voices in My Head” albo po prostu bardziej elegancki kuzyn „Conceiving You”.

W warstwie tekstowej Duda zdaje się kontynuować wątki podjęte już na „Anno Domini High Definition”, podejmowane wcześniej chociażby przez Stevena Wilsona na „Fear of a Blank Planet”. Jego obserwacje, jak sugerują już same tytuły piosenek czy w ogóle tytuł całej płyty, nie są zbyt optymistyczne. „Celebrity Touch” mówi o człowieku zniewolonym przez chęć bycia sławnym i zatraceniu własnej prywatności („My private life is public / I sell everything / Days are getting shorter / They’ll forget about me soon / So I jump on the bandwagon / With no taboos / This is just what I need / To be in everyone’s eyes”). „Feel Like Falling” to pesymistyczne zwierzenia człowieka, który zdał sobie sprawę, że wybrał sobie nieodpowiednie życie, pozbawione większych wartości („So you realized / Chose unreal life / Settled in the mobile / Handy pocket size”) – przynajmniej powracający na zakończenie albumu motyw z tego utworu pozostawia nadzieję, że jeszcze wszystko się odmieni: „Open my eyes / Don’t feel like falling into blank space (…) I won’t collapse / I’m set to rise”.

Cieszy mnie, że Riverside spróbował czegoś nowego i w efekcie powstała jedna z ich najrówniejszych płyt. „Shrine of New Generation Slaves” to oczywisty wybór na pierwszą polską płytę tego roku.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Jeden komentarz do “Riverside – Shrine of New Generation Slaves

  1. Pingback: Abraxas ─ ...Cykl obraca się. Narodziny, dzieciństwo pełne duszy, uśmiechów niewinnych i zdrady... - Jeszcze tego nie słyszałeś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *