Nine Inch Nails (+Cold Cave) – Spodek, Katowice, 10.6.2014

Dlaczego, kurwa, tak długo zwlekaliśmy z przyjazdem tutaj? Wielkie dzięki, to dla nas zaszczyt być tu dziś z Wami. Zabrało nam to dwadzieścia lat, ale w końcu jesteśmy. Specjalnie odkopałem bootleg z Poznania z 2009 roku, żeby przytoczyć Wam słowo w słowo, jak wtedy Trent Reznor słodził polskiej publiczności. Jeśli choć trochę znacie tego faceta, na pewno wiecie, że nie ma co się po nim spodziewać takich tekstów na każdym koncercie. Jeśli nie znacie, wierzcie mi na słowo. Nie wiem, ile przesłuchałem w życiu bootlegów Nine Inch Nails, ale na pewno grubo ponad setkę. Tym lepiej cytaty te oddają, jak magicznym i niesamowitym występem był koncert na Malta Festival.

Czy Katowice mogły mieć w ogóle start do tamtego wieczoru? Nieśmiało liczyłem, że tak.

Chociaż trzeba powiedzieć sobie szczerze: to od początku miał być po prostu „tylko” zwykły koncert. Reznor sam przyznaje, że najlepiej czuje się w Stanach (nie ma co się temu dziwić) i już choćby z tego powodu Europa ma zawsze mniej. Zeszłoroczna część Tension Tour budziła kontrowersje rozbudowanym aż do ośmiu osób składem, poszerzonym o budzące wiele emocji damskie chórki. Z mieszanymi uczuciami spotykały się setlisty, oparte głównie, wiadomo, o repertuar z tak samo różnie przyjętego krążka „Hesitation Marks”. Mnie by akurat oba rozwiązania nie przeszkadzały. Chórki kojarzą mi się ze złotym okresem Depeche Mode z trasy Devotional, a jestem też jednym z tych dziwnych, którym „Hesitation Marks” naprawdę się podoba.

Ale z setlistami tak już zawsze bywa, że każdy chce swojej. Musieliśmy pogodzić się z wolą Trenta, który w Europie postawił na sprawdzone rozwiązania. Skład okrojony do czterech muzyków (czyli tak jak na Malcie, tyle że tam słuchaliśmy Justina Meldala-Johnsena zamiast Alessandro Cortiniego), a repertuar przekrojowy i nastawiony na hiciory. Jeśli komuś marzyło się doświadczenie na żywo nowych utworów, które robiły wielkie wrażenie w Stanach (chociażby „In Two” czy „Various Methods of Escape”), musiał obejść się smakiem. I tak jednak myślę, że dostaliśmy ostatecznie lepszy zestaw niż chociażby odwiedzany przez zespół dzień wcześniej Wiedeń.

Jeśli chodzi o sytuacje okołokoncertowe, podobnie jak miało to miejsce w Poznaniu, Katowice stanowiły swego rodzaju pokaz NIN-owej mody.

Jeszcze przed koncertem można było dosłownie na każdym kroku natknąć się na fanów w najróżniejszych krojach koszulek ze wszystkich okresów twórczości zespołu. W połączeniu z faktem, że bilety na pierwszy sektor płyty rozeszły się w mgnieniu oka, można było wiązać z tym nadzieje rekordowej frekwencji. Niestety, nie przełożyło się to na stan faktyczny. Ostatecznie na koncercie było około pięciu tysięcy osób, czyli mniej więcej połowa Spodka. Pierwszy sektor był rzeczywiście pełny, ale stanowił bardzo niewielki wycinek płyty. Drugi sektor, podobnie jak trybuny, trochę świeciły pustkami. Chociażby to przekreślało marzenia o regularnej rzezi na miarę tej w Poznaniu. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Trent znany jest z dobrej ręki do supportów. Dość powiedzieć, że w tej roli wypłynęły takie zespoły jak Crystal Castles czy A Place to Bury Strangers. Na nadchodzącej amerykańskiej trasie z Soundgarden będzie go wspomagać coraz bardziej kultowy Death Grips. U nas tymczasem z kompletnie niewiadomych przyczyn atmosferę miał rozgrzewać duet Cold Cave. Osobiście lubię tylko jeden ich kawałek: „Underworld USA”. Od niego zaczęli swój set i zasadniczo żałuję, że nie poszedłem po nim na piwo.

Cóż, wtedy jeszcze łudziłem się, że ktoś do Spodka przyjdzie i nie chciałem tracić dobrego miejsca.

Cold Cave prezentowali swoje wyblakłe kalki Joy Division czy The Sisters of Mercy. Wesley Eisold miotał się po scenie w swojej skórzanej kurtce, kreując dramę nie tylko na poziomie wokalnym. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniało słabiutkie nagłośnienie. Obchodzącej urodziny Amy Lee (ale wiecie, nie TEJ Amy Lee) prawie w ogóle nie słyszałem. A szkoda, bo chyba nie była tak irytująca jak wokalista. Ktoś tam się przy tym niby bawił, ale sytuację zgrabnie ujął któryś komentarz w Internetach: największym fanem Cold Cave jest ich lider.

Gdy po paru chwilach niecierpliwego oczekiwania zrobiło się znów ciemno, a z taśmy poleciało „The Eater of Dreams” zmiksowane z „Pinion”, stało się jasne, że nie dostaniemy powtórki ostatnich setlist. Zamiast otwierającego większość europejskich koncertów „Me, I’m Not” usłyszeliśmy „Copy of A”. Chciałem przekonać się na własne uszy, jak jeden z lepszych kawałków z „Year Zero” daje sobie radę w roli otwieracza, ale sprawdzona już w niej na zeszłorocznych festiwalach świeżynka też zrobiła bardzo pozytywne wrażenie.

Zwłaszcza że zaraz po niej uderzyły z grubej rury „1 000 000” i „Letting You”.

I tutaj doświadczyłem pierwszego rozczarowania. O ile na własną ekipę (oczywiście) złego słowa nie powiem, dawaliśmy z siebie wszystko, skacząc, wypluwając płuca i wykrzykując każde słowo razem z Trentem, tak ludzie wokół byli trochę niemrawi. Zakładam, że pod sceną było oczywiście lepiej, ale drugi sektor się nie popisał. I chyba nie mogę tego zrzucić na karb pecha, że takie miejsce akurat trafiłem. Koledzy wędrowali po całym sektorze w poszukiwaniu pogo, swojego celu nie osiągając.

Na szczęście gdy wybrzmiał tak wielki klasyk jak „March of the Pigs”, było pod tym względem trochę lepiej. Zwłaszcza że w odróżnieniu od poznańskiego występu, tym razem Trent standardowo połączył swojego koncertowego killera z „Piggy”. Można było się chwilę pobujać i nieco odpocząć. Było przed czym, bo po chwili magii w „The Frail” przyszła tradycyjnie pora na „The Wretched”. Już za taki układ pokochałem katowicką setlistę. Jeszcze tylko zagraliby „Gave Up” i byłoby zupełnie jak na moim ukochanym „And All That Could Have Been”. Cóż, nieśmiertelny szlagier z „Broken” wybrzmiał dopiero po „Burn” – utworze z serii tych, gdzie gardło aż prosi się o zakatowanie. Tutaj też coś się w niektórych budziło i darło najgłośniejszym z krzyków – Spodek zapłonął (dosłownie, bo przecież nie ma tego utworu na żywo bez pulsującego czerwonego światła), a przecież dalej w planie mieliśmy spalenie całego świata.

Mam wrażenie, że było całkiem sporo osób, które nie rozpoznały nowej, syntezatorowej wersji „Sanctified”.

Zmysłowy klasyk jeszcze z czasów „Pretty Hate Machine” został przearanżowany na potrzeby koncertów w zeszłym roku. Charakterystyczną linię basu zastąpił mięsisty syntezator i sztuczny beat. Wciąż mam mieszane uczucia do takiego wykonania, ale na osłodę Polska dostała wreszcie największego nieobecnego koncertu sprzed pięciu lat, czyli najchwytliwszy refren w historii Nine Inch Nails: „Closer”. Aby nie odbiegać zbyt daleko od liźniętego debiutu zespołu, połączony (jak to już od lat ma miejsce) z klawiszowym motywem „The Only Time”. Zwolnienie atmosfery jednym z fanowskich faworytów ostatniej płyty, „Find My Way”, było jak najbardziej wskazane, choć rozstrzał tekstów, przyznacie, dość spory: od „you make me closer to God” po „pray the Lord my soul to take”… Ale nie obawiajcie się, nie będę się tu zagłębiał w polityczno-religijne analizy. Babranie się w nich zostawmy wielkim portalom, które muszą czymś nadrabiać brak rozeznania muzycznego.

Choć osobiście nie lubię ani „Disappointed” (i naprawdę nie rozumiem, czemu Trent tak się uczepił tego kawałka, zamiast grać w jego miejsce chociażby genialne „All Time Low”), ani starszego o sześć lat „The Warning”, miałem przynajmniej chwilę wytchnienia. „Rozczarowujący” utwór z „Hesitation Marks” nadrabiał wizualizacjami. A te – jak zwykle u Reznora – robiły wielkie wrażenie i stanowiły integralny element całego show.

Reflektory szalały, ekran z diod LED wyświetlał geometryczne kształty i został już do końca.

Odgrywały zresztą kluczową rolę w następnym na liście „The Great Destroyer”. Wielu ludzi narzekało na noise’ową końcówkę tego utworu jeszcze przy premierze płyty, a na żywo… Cóż, w języku polskim można to chyba nazwać tylko jednym słowem: „rozpierdol”. Totalny. Tym bardziej ciężko mi zrozumieć brak reakcji ze strony wielu fanów wokół mnie, przecież taka syntetyczna, improwizowana młóca nie może pozostawiać obojętnym.

Niestety, koncerty na tej trasie są boleśnie krótsze i wyraźnie czuło się, że powoli już dobiegamy do końca. Cóż to jednak był za koniec! Wpierw powrót do kulminacyjnego utworu „The Downward Spiral”: po usłyszeniu „Eraser” na żywo mogę umierać spełniony (w końcu darłem się razem z innymi na całe gardło „KILL ME”). Powrót do najsłynniejszej płyty Reznora po czterech kawałkach z, no, sami wiemy jakich „Year Zero” i „Hesitation Marks”, pozwolił namacalnie doświadczyć, czemu to już nie to samo. Przeszywająca gitara Fincka, klimatyczne wizualizacje (w tym nieodłączne roje much), tak wymowny w swym minimalizmie tekst…

Gdybym miał wskazać jeden najważniejszy moment tego wieczoru, to chyba byłby właśnie „Eraser”.

Potem już z górki, utwory stworzone do grania na żywo: wściekły „Wish”, taneczny „The Hand That Feeds” i skoczny „Head Like a Hole”. Publiczność nawet nie zdążyła porządnie wykrzyczeć nazwy zespołu, a panowie już wrócili na scenę i zagrali… Od razu „Hurt”. Oczywiście też odśpiewane w należytym skupieniu, ale trochę rozproszone myślą: „jak to, już koniec…?”

No właśnie, nie wiem czy to kwestia tego, że to przedostatni koncert trasy i zespół nie czuł się na siłach zagrać więcej, czy nie tylko ja trochę się zawiodłem na publiczności. Inne kraje dostawały jeszcze przecież na bis „The Day the World Went Away”, a nawet na naszej setliście widniał ostatecznie niezagrany „The Big Come Down”. W Katowicach Trent nawet do nas nie zagadywał, ograniczał się do powtórzonego kilka razy „thank you”. Niby typowe dla niego, ale poprzedni koncert przyzwyczaił nas do rozpieszczania.

Nie powiem złego słowa na ten występ.

Repertuarowo nawet jeśli nie usłyszałem wszystkiego, co chciałem, cieszę się, że mogłem obcować z tyloma utworami, których nie było w Poznaniu. Energia zespołu godna pozazdroszczenia, brzmienie – biorąc pod uwagę okrojony skład – zawodowe, może tylko legendarne chórki Fincka chciałoby się trochę głośniej. Zabrakło jednak odrobiny magii. To był bardzo dobry, solidny koncert. Tylko i aż tyle.

Klasycznie polecam foty Radka Zawadzkiego: do obejrzenia tutaj. A jak ktoś szuka więcej o Nine Inch Nails, to zapraszam na stronę A Warm Place.

Alternatywna relacja psyche_violet: tutaj.

(fot. u góry: Zeal)

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)