Mindless Self Indulgence – How I Learned to Stop Giving a Shit and Love Mindless Self Indulgence

Przemierzając odmęty internetów oraz różnych rzeczy z nimi związanych, czasem natrafiam na miejsca, z których tak bardzo chciałbym uciec i nie wracać. Następnie schować się pod kołdrą, uzbrojony w AK47 i garść granatów, z krzykiem „ŻYWCEM MNIE NIE WEŹMIECIE!”. Tak dla kurażu. Czasem udaje mi się przetrwać, ale za każdym razem wracam odmieniony – świat dla mnie nabiera cudownych kolorów, wszystko jest urocze i piękne, a następnego dnia rano zastanawiam się, co ja robię na schodach z garnczkiem na głowie. I właśnie podczas jednej z takich „podróży” poznałem Mindless Self Indulgence.

Teraz uwaga, najdłuższa nazwa albumu na jeszczenie.pl [tylko dlatego, że jeszczenie.pl opisałem „I Shall Exterminate Everything Around Me That Restricts Me from Being the Master” Electric Six – dop. rajmund]: „How I Learned to Stop Giving a Shit and Love Mindless Self Indulgence” to ich najnowsza propozycja. Już po samej nazwie albumu można się spodziewać, że to, co chcą nam pokazać, nie należy do najnormalniejszych wydawnictw. Lecz nie martwcie się, spieszę z wyjaśnieniami: to Amerykanie. I to w zasadzie powinno wyjaśnić wszystko. Szokują i zadziwiają wszem i wobec od (mniej więcej) 1997 roku, zaś to, co grają, można określić jako elektroniczny rock z domieszką synthpunku (?). No właśnie, można, bo sami twórcy wykuli dla siebie jakże oryginalną i wyjątkową nazwę „industrial jungle pussy punk”, co o dziwo podłapało kilka innych grup, grających coś… Podobnego? Tak, „podobnego” to chyba odpowiednie określenie, jeżeli chodzi o twórczość „Majndlesów” (jak to niekiedy polscy słuchacze mają w zwyczaju polonizować ich nazwę).

Wybaczcie że nie napiszę ponownie nazwy ich najnowszego albumu, ale po prostu wydaje mi się to zbędne. Nawet w skrócie: „HWLTSGASALMSI”. Niemniej myślę, że album ten jest wart każdej uwagi, nawet jeżeli nie przepadacie za takim graniem. Dlaczego? Bo tak zwariowanej, szalonej i okropnie niepoprawnej politycznie jazdy jeszcze nigdy nie zaznaliście. MSI nie boją się czegoś, co wszem i wobec określane jest jako „ogólnie przyjęte standardy”. Oto i przykład z utworu „I want to be black”:

I’m so white, you’re so black
Once I go black now I’m never going back
I’m so white, you’re so black
I wanna be at where you are at
I’m so white, you’re so black
My skin color is a minor setback
I’m so white, and you’re so black
I wanna trade

From the palest gray to the darkest day
From the whitest light to the blackest night

I wanna be black like Malcolm X
I wanna be black I really mean it
I wanna be black like MLK
I wanna be black like Morgan Freeman
Set me free

Urocze, nieprawdaż? Ktoś mógłby się dowalić, że to takie… Grubiańskie i pretensjonalne. Że przekracza już o jakieś 15 kilometrów ogólnie przyjęte granice dobrego smaku, poza którymi żyją tylko Japończycy, i – o dziwo – mają się w miarę dobrze. Niektórzy mogą żywić nadzieję, iż to może tylko jeden taki utwór, ale niestety muszę Was zasmucić: to nie koniec. Bądźcie przygotowani również na perełki pokroju „Fuck Machine”, „Hey Tomorrow Fuck You And Your Friend Yesterday”, „Last Gay Song” lub „Ass Backwards”.

Co mnie bardzo cieszy, jeżeli chodzi o same kompozycje – których komplikacja oraz stopień zaawansowania nie są zbyt wymyślne – są one wykonane solidnie i dość szybko wpadają w ucho. Skoczność i taneczność utworów daje się poznać na każdym kroku. Kwestia produkcji stoi na wysokim poziomie – wszystko brzmi tak, jak powinno, elektronika jest odpowiednio agresywna, gitarki miło wypełniają tło, syntetyczna perkusja wbija się w umysł i sprawia, że chcesz ruszyć się z krzesła, zaś te jakby krzyczane wokale, niekiedy przeplatane niewieścim efektem strun głosowych, świetnie ze sobą współgrają. Wszystko pod tym względem jest poprawne – takie, jakie powinno być. Nie ma niczego zbędnego, niczego również nie brakuje. Długość utworów może trochę zadziwiać – większość z nich nie przekracza nawet magicznej granicy trzech minut, jednak nie sprawia to, że w kawałkach mało się dzieje.

Cóż, czasami zadziwiam sam siebie – jakim cudem udaje mi się znaleźć takich cudaków i w dodatku uważać ich za słuchalnych? No cóż, taka moja dziwna umiejętność. Taka jakby supermoc. Ale jestem z niej dumny. A dlaczego? Bo gdybym jej nie miał, byłbym zwykłym człowiekiem, który słucha zwykłej muzyki, a tak, mogę uważać się za człowieka wyjątkowego. No, może nie tak wyjątkowego, jak muzyka Mindless Self Indulgence.

PS Plus za utwór „CASIO”, który jest swoistym hołdem dla starych, dobrych syntezatorów Casio.

PS2 A tutaj miało być urocze zdjęcie kapeli z babcią. Niestety, nie znalazłem 🙁

The following two tabs change content below.

Danny Neroese

Nie przepada za mówieniem o sobie. Ekscentryk i samotnik. Ceni swój wyjątkowy gust muzyczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *