Curve – The New Adventures of Curve

Curve to propozycja z szufladki tych najbardziej niedocenionych. Projekt powołany do życia w 1991 roku przez wokalistkę Toni Halliday i współpracownika Eurythmics, Deana Garcię, nigdy nie mógł utrafić w swój czas. Utrzymany w stylistyce z pogranicza drugiej fali gotyku i formującej się dopiero sceny rocka industrialnego spod znaku Nine Inch Nails, wzbudził spore zainteresowanie brytyjskiej sceny niezależnej swoimi wczesnymi EP-kami (skompilowanymi później na krążku „Pubic Fruit”). Gdy jednak doszło do pełnowymiarowego debiutu wydanymi rok po roku „Doppelgänger” (1992) i „Cuckoo” (1993), mimo obecności w MTV (i u Beavisa & Butt-heada) nie udało im się przebić.

Wrócili dopiero w 1998 roku, kiedy już zespoły pokroju Garbage zawojowały listy przebojów. Krążek „Come Clean” rzeczywiście został zauważony w Stanach, wciąż jednak daleko mu było do mainstreamowej popularności, co pociągnęło za sobą problemy z wytwórnią. Curve wydali jeszcze dwie płyty oraz składankę na początku XXI wieku, po czym rozeszli się na dobre.

„Nowe przygody” to ich łabędzi śpiew.

Przygodą dla Curve był na pewno już sam proces nagrywania tego krążka. Na wydanym zaledwie rok wcześniej „Gift” aż roiło się od znakomitych gości: Rob Holliday i Monti z Sulphera (którzy dopiero co wypłynęli na „Pure” Gary’ego Numana), Kevin Shields z My Bloody Valentine, Geno Lenardo z pierwszego składu Filtera, a nawet legendarny Alan Wilder z Depeche Mode i Flood, który wyprodukował jedne z najlepszych płyt świata (a także pierwsze dwa albumy Curve). „The New Adventures of Curve” to zupełnie odwrotne podejście, bo krążek powstał już tylko „w rodzinie”. Jedyny „gość”, który maczał tu palce przy brzmieniu, to Macintoshowy ProTools. To słychać, ale nie czynię z tego w żadnym wypadku zarzutu.

Dzięki nowej taktyce Curve mogli się oddać nowym przygodom również na polu muzycznym.

Na przykład o wiele odważniej niż dawniej eksplorować taneczne rejony. Już otwierający krążek „Answers” to pulsujący rytm i wkręcający się w głowę beat, zachęcający tylko do dalszej wędrówki. W jej trakcie odwiedzimy naprawdę mroczne rejony jak pełny dark ambientowego chłodu „Every Good Girl”, gdzie znienacka atakuje nas i industrialna gitara. Ale zaraz w „Cold Comfort (Deepsky Remix)” wracamy do dyskoteki – choć może bardziej na miejscu byłoby sobie wyobrazić jakąś beczkę z wodą, do której ktoś wsadza nam głowę i tylko resztką świadomości słyszymy taneczny motyw z klubu nieopodal, bo naszą percepcję zajmuje już głównie niepokojące bulgotanie.

„‚Till The Cows Come Home” to już kontynuacja dotychczasowego stylu Curve, w którym słychać wyśmienitą produkcję (Toni Halliday to prywatnie żona Alana Mouldera znanego ze współpracy chociażby z Nine Inch Nails, Depeche Mode i U2 – miał też wkład w brzmienie wszystkich krążków projektu swojej żony) i czary wprost z ProToolsa. Podobnie „Star” i „Nice and Easy”, którym bardzo blisko do flirtów z popem charakterystycznych dla poprzedniej płyty. Równie dobrze mogłyby to być odrzuty z niej. „Sinner” to z kolei wyraźne zwolnienie i redukcja do syntezatorowego marzycielstwa. Wieńczący płytę „Joy” traktowałbym już tylko na zasadach ciekawostki: to skąpa w aranżacji gitarowa kompozycja z pogranicza New Order i Sonic Youth. Nawet wokalne obowiązki przejął w niej wyjątkowo Garcia, skoro już tak odstawała od stylu Curve… Wystarczy zerknąć na refren: „I can see my life, looking back on my life”.

To wyraźnie ostateczna przygoda na zakończenie kariery.

Natomiast na sam koniec zarezerwowałem sobie jeszcze miejsce na omówienie absolutnej perełki, jaką stanowi „Signals and Alibis”. Oparty rzeczywiście na sygnałach i atmosferycznym elektronicznym tle, którego nie powstydziłby się William Orbit. Do tego zmysłowy głos Halliday i jej przejmujący tekst:

możesz posłuchać mojej rady
ale nie zastanawiaj się dwa razy
nad opuszczeniem mnie

chociaż nie powinieneś wiedzieć
nic na to nie poradzę i mówię
ci to tak łatwo

jeśli moja wiara zawiedzie
czy życie weźmie górę?

jesteśmy sygnałami i wymówkami
półprawdami i półkłamstwami
jesteśmy sygnałami i wymówkami
prawie się śmiejemy, a prawie płaczemy

chciałam tylko, żebyś mnie lubił

to ty masz wszystko
ale nie udawaj, że nie upadałeś
regularnie

gdy odejdziesz, wiedz
że wszystko przewidziałam i dałam odejść
bez problemu

teraz moje serce drży
czy weźmiesz górę?

jesteśmy sygnałami i wymówkami…

A już zupełnie na marginesie: atmosfera tego utworu od razu przyszła mi do głowy, gdy usłyszałem „Strings and Attractors” na zeszłorocznej płycie nieszczęsnego projektu Trenta Reznora How to Destroy Angels. Oczywiście HtDA nie dorasta Curve do pięt, ale w tych dźwiękach i słowach słychać jakąś zbliżoną naturę obu małżeńskich projektów…

„The New Adventures” to płyta nieco inna od poprzednich dokonań Curve, choć wydaje się naturalną konsekwencją „Gift”. Pasuje jak ulał na rozpoczęcie przygody z tym zespołem.

A potem można się spokojnie cofać do kolejnych pozycji w dyskografii.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

1 komentarz do "Curve – The New Adventures of Curve"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *