The Birthday Massacre – Superstition

Kanadyjskie The Birthday Massacre błyskawicznie wyrobiło swój unikatowy, charakterystyczny styl na pierwszych dwóch płytach i konsekwentnie realizuje go już od piętnastu lat. To dalej chwytliwe połączenie ejtisowych syntezatorów, metalowych gitar i wszechstronnego wokalu Chibi, która od dziecięcego lalania potrafi płynnie przejść przez uwodzicielskie szepty aż do charczenia z pogranicza growlu. „Superstition” to kolejna płyta w ich dyskografii, którą wyprodukował Dave Ogilvie, zdobi ją jak zwykle utrzymana w fioletowych barwach okładka (szata graficzna wydawnictw The Birthday Massacre to podobna historia jak zielona oprawa płyt Type O Negative), znowu muzyki tu tylko na niespełna 40 minut… Ktoś może się przyczepić, że kanadyjski sekstet trzyma się tego wszystkiego aż zbyt kurczowo. Z drugiej strony: po co zmieniać coś, co działa idealnie?

AC/DC, Motörhead i Slayer też przez całą karierę grają praktycznie to samo.

Mimo że zdarzały się zgrzyty. Osobiście miałem kryzys wiary w Chibi i jej kolegów po płycie „Pins and Needles”. To był dla mnie dowód, że formuła się już wyczerpała, muszą szukać dalej. I nawet od razu znalazłem dla nich drogę. Gdy na EP-ce „Looking Glass” przypomnieli stare tło muzyczne ze swej dawnej strony internetowej, „Nowhere”, a przy okazji poprzedniej płyty rzucili w sieć iście carpenterowski „Night Shift”, byłem pewien, co teraz powinni zrobić. Niczym Trent Reznor powinni nagrać kolekcję instrumentalnych tematów w stylu „Ghosts I-IV”. Albo chociaż wziąć się za jakiś soundtrack.

Bo tego typu kompozycje zachwycały już na „Violet”, a jednocześnie stanowiłyby idealną odskocznię od nieco skostniałego stylu. Niestety, nie usłyszeli moich myśli. Zamiast tego wydali „Hide and Seek”. A ja już nie miałem i tak na co narzekać, bo krążek okazał się świetny. Zawierał nie tylko kilka najlepszych piosenek od lat, lecz także zupełnie nową podróż w nieznane wcześniej, prawdziwie mroczne rejony. Dostałem więc klimaty, jakie chciałem, tyle że z wokalem Chibi. Ale czy to może być powód do narzekania? Cóż, do mojego pomysłu The Birthday Massacre puszczają oko na „Superstition”… Ale po kolei, jak odrzekł wódz Apaczów, podłożywszy dynamit pod tory.

Najnowszą płytę Kanadyjczycy ufundowali dzięki zbiórce w modnej kampanii croundfundingowej.

Dużo się teraz narzeka, że tego typu inicjatywy coraz częściej okazują się naciągactwem, twórcy wcale nie wywiązują się ze swoich obietnic albo wydają ostatecznie produkt dość odmienny od zapowiadanego. W przypadku The Birthday Massacre pomysł się jednak wydaje znakomity. To jeden z tych zespołów, po których doskonale wiemy, czego się można spodziewać. Wspierając go z własnego portfela, raczej można być pewnym, że dostaniemy to, czego chcemy. Bo „Superstition” to płyta bez żadnych niespodzianek – dokładnie taka, jakiej oczekiwalibyśmy po Chibi i kolegach.

Zdecydowanie lepsza od „Pins and Needles”, odrobinkę słabsza od „Hide and Seek”. „Divide”, „Surrender”, „Beyond” – wszędzie te same „szklane” klawisze, gitarowe podkłady (to nie jest płyta dla tych, co tęsknili za ciętymi riffami z „Violet” i „Walking with Strangers”), iście ejtisowe, przebojowe melodie, no i przede wszystkim coraz dojrzalszy wokal Chibi. Wciąż potrafi zacharczeć (jak przed solówką w „Divide”) czy zaniepokoić zdehumanizowanym głosem („Destroyer”). Najbardziej ją jednak niezmiennie uwielbiam za te najbardziej dramatyczne momenty.

Jak w cudownym „Diaries”, gdzie pokazuje szczyt swoich możliwości wokalnych, wyśpiewując – tak bardzo utrzymane w jej stylu – as life goes on I know the time will tear us apart and take you away. Albo jak w tytułowym, jakby zwolnionym „Superstition”, gdzie za chwytliwy refren robi rozedrgany motyw syntezatora. Nie miejcie wątpliwości, kto produkował ten krążek (a tak na marginesie: co się stało z Jakalope?).

Do najbardziej urozmaiconych piosenek zaliczyć trzeba „Rain”, w którym rzeczywiście całkiem deszczowe klawisze budują wyjątkowy klimat, pogłębiany jeszcze dodatkowo pogłosowym efektem… A jak jeszcze wchodzi ta kjurowa gitara!

Podobnie jak „Hide and Seek”, „Superstition” to płyta, w której najwięcej dzieje się na sam koniec.

„Beyond” to zawsze moment, w którym mam wrażenie, że album się już zapętlił. Czyż ten motyw nie byłby rewelacyjnym otwieraczem całej płyty? No tak, ale już wykorzystali do tego wcale nie gorsze „Divide”… Mam jednak zawsze wrażenie, że na „Beyond” „Superstition” zaczyna się po raz drugi. Z kolei gdy zaczyna się „The Other Side” – i to od razu niepokojącymi odgłosami i melodią rodem z horroru – wydaje mi się, że to ten instrumentalny kawałek, który mieli umieścić na płycie. A nie, to jeszcze „normalna” piosenka – choć filmowej atmosfery nie sposób jej odmówić.

Instrumentalny jest dopiero „Trinity” – i to mój kolejny argument za przedstawionym na początku pomysłem. „Hide and Seek”, super, nowa płyta też wam wyszła, ale już nie męczcie na siłę tego stylu. Dajcie odpocząć materiałowi i zróbcie eksperyment z krążkiem bez wokalu. Niech to będzie takie właśnie połączenie Carpentera z Vangelisem, zatopione wciąż w waszym charakterystycznym fiolecie, i niech wreszcie te instrumentale będą dłuższe niż 2:30…

Z pewnością byłoby to spełnienie nie tylko moich marzeń.

Tak że krótka piłka. Nie znasz The Birthday Massacre? Możesz spokojnie zaczynać od „Superstition”, to praktycznie taka sama płyta jak wszystkie inne. Znasz The Birthday Massacre? Na „Superstition” nie usłyszysz raczej nic nowego. Kochasz The Birthday Massacre? „Superstition” cię zachwyci – w końcu tych, których kochamy, nigdy za dużo.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

5 komentarzy do "The Birthday Massacre – Superstition"Dodaj swój →

  1. Się zgadzam. Jestem ich wielką fanką od lat, ale nic nie przebije pierwszych albumów 🙂 bylam zawiedziona po P&N, ale na szczęście wrócili „trochę” do korzeni.
    Bardzo ładna recenzja, płyta już nie tak ładna. Widać, że niektóre utwory są na siłę, a refrenom brakuje polotu. Jednak „Rain” nie przebije nic. Może polubiłam ten utwór, bo Chibi śpiewa… nisko raczej. Z wiekiem jej możliwości wokalne się psują (choć nigdy nie były dobre 😀 ) i niech nie próbuje tego, co jej nie wychodzi. Na żywo sprawdza się najlepiej w średnich tonacjach, więc nie wiem, po co stara się wchodzić w te rejony, gdzie nic nie potrafi zrobić.
    Muzycznie jak zwykle… bajecznie. Dla mnie ta płyta jest dojrzała. Kocham, wielbię, cenię N&N, Violet i nawet Walking with strangers (choć demówka Lovers end wyszła im lepiej), bo są takie naiwne, lekkie, niewinne (mimo tekstów), a tutaj… To coś dla starszych, którzy utknęli trochę i nie chcą dorosnąć. Płyta raczej melancholijna, choć miejscami denerwuje przesadną radością (Oceania).
    Jeśli N&N i Violet daję 9/10, to Superstition ma ode mnie 6/10.

    1. Dzięki 🙂 „Coś dla starszych, którzy utknęli trochę i nie chcą dorosnąć” – piękne podsumowanie, pasuje jak ulał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *