Gary Numan – Metal Rhythm

Cofnijmy się na moment do roku 1985. Gary Numan wydał wtedy płytę „The Fury” (o której kiedyś już pisałem), która stanowiła drugi z niepisanej trylogii albumów wydanych przez niego pod skrzydłami własnego labelu, Numa Records. Niestety, próby powrotu na szczyty list przebojów spełzły na niczym, a pieniędzy wciąż ubywało. Wydany rok później „Strange Charm” radził sobie na rynku jeszcze gorzej, mimo że przy jego produkcji brał udział Bill Sharpe z Shakatak. Numan stworzył z nim wcześniej umiarkowany przebój „Change Your Mind”, jednak ani temu krążkowi, ani pełnowymiarowemu dziełu duetu Sharpe + Numan nie udało się powtórzyć sukcesu. Nic dziwnego, że Gary postanowił uciec z tonącego okrętu i podpisać kontrakt z IRS Records.

Warto od razu zauważyć, że materiał na „Metal Rhythm” powstał jeszcze przed tym faktem, w związku z czym wytwórnia nie miała zbyt wiele do gadania w kwestiach kompozytorskich. Miała za to, niestety, sporo do powiedzenia w tematach marketingowych, przez co „Metal Rhythm” – zdradźmy od razu – również nie odniósł sukcesu na rynku. IRS, jak wspomina sam Numan, zdawało się sądzić, że już samo jego nazwisko zapewni płycie sukces (czyżby przespali co najmniej trzy poprzednie płyty muzyka?) i nie zapewniło jej praktycznie żadnej promocji. Szef tej wytwórni był ponoć do tego stopnia zachwycony kawałkiem „New Anger”, że tańczył do niego w obecności artysty i wybrał go na główny singiel. Gdy ten nie odniósł sukcesu (co było do przewidzenia: to jedna z najgorszych kompozycji na „Metal Rhythm”), całą winę zrzucił na Numana. Amerykańskie wydanie tego albumu zostało nawet przemianowane na „New Anger”… Absurdów korporacji muzycznych nigdy dość, ale w tym przypadku wyjątkowo szkoda, bo „Metal Rhythm” to jeden z najlepszych krążków twórcy „Cars”.

Z jednej strony to niejako kontynuacja kierunku obranego na „The Fury”: dalej mamy tu żeńskie chórki (ale zdecydowanie mniej), które wprowadzają nastrój popu lat osiemdziesiątych, są też brzmienia metaliczne, industrialno-funkowe. Do tego dodajmy – wbrew pozorom – masę gniewu. Sam Gary określa tę płytę jedną ze swoich najagresywniejszych. Mając w pamięci przytoczone anegdotki, trudno się dziwić… Rewelacyjnie łączy te wszystkie nastroje „Cold Metal Rhythm” (tak początkowy miał się nazywać cały album – IRS stwierdziło, że porzucenie słówka „Cold” będzie lepszym ruchem marketingowym…) z wykrzyczanym wersem This isn’t music – this is survival. Aż się trochę przypominają czasy „Warriors”. Warto zwrócić uwagę na klimatyczne, ambientowe intro tego kawałka – pozwala ono sądzić, że w tamtych czasach powstałaby iście zabójcza płyta instrumentalna sygnowana nazwiskiem Numana. Jeszcze piękniejsze jest pierwsze pół minuty singla „America”. Tutaj jednak już nawet ciężko mieć żal, że te piękne dźwięki zostają przerwane – „America” to kawał fantastycznego synthrocka z wbijającym się w ucho refrenem (a jeszcze lepiej wypada singlowa wersja, wzbogacona żeńskim chórkiem).

I takimi utworami „Metal Rhythm” jest wręcz przepełnione. Oparty na syntetycznym groovie „This is Emotion” i jego refrenowy dialog na przestrzeni Numan – chórki to otwieracz, który od razu przykuwa uwagę i sprawia, że chcemy słuchać całej płyty. O ileż lepiej na listach przebojów poradziłby sobie „Hunger”, w którym Numan opowiada damsko-męską historię w swoim najlepszym stylu, a w refrenie ponownie zwalnia miejsce dla Tessy Niles, którą znamy już z poprzednich płyt. Powraca także znany z nich (i soundtracku do „Blade Runnera”) Dick Morrisey wraz ze swoim nieśmiertelnym saksofonem. Najważniejszy utwór na „Metal Rhythm” to jednak zdecydowanie „Voix”. Wpadający w ucho od pierwszego przesłuchania motyw klawiszowy, gitara Petera Haycocka, a przede wszystkim tekst, który mógłby stanowić credo całej kariery Gary’ego Numana:

I don’t like young girls
I don’t like boys
I like some bitch to scare me
I like that noise

I don’t like secrets
I don’t like God
I don’t like people
When they say I’m things I’m not

I don’t need opinions and rumours
I don’t need a voix in the dark
I don’t need to listen to strangers
I don’t need to tear out my heart

Wokalista nawet zaprezentował dziesięć lat później odnowioną wersję tej piosenki, utrzymaną w jego obecnym, industrialno-darkwave’owym stylu, na singlu „Dominion Day”, wykonywał ją też w takiej formie na koncertach. Jakim trzeba być przygłuchym idiotą, żeby wybierać na główny singiel „New Anger”, mając do wyboru taki potencjalny, życiowy przebój?! Zresztą z całego tego zestawu chyba tylko „Devious” mógłby być równie złym singlem. Jest tu jeszcze kilka skrajnie „upopowionych” momentów, gdzie ejtisowa wiocha rośnie do alarmujących poziomów, lecz nawet one z dzisiejszej perspektywy mają swój urok. „Respect” bronią gitarowo-saksofonowe pojedynki, „Young Heart”… No przecież wszyscy wiemy, że refreny „o-o-o-o” czepiają się najgorzej. A Numan jak zwykle wie jak skończyć i wieńczy „Metal Rhythm” urokliwą balladą „Don’t Call My Name”, która stanowi jakąś zapowiedź „You Walk in My Soul” z „Sacrifice”.

Jeśli ktoś twierdzi, że nagła zmiana stylu wokalisty, jaka dokonała się sześć lat później, była zupełnie niespodziewana, to na pewno nie słyszał „Metal Rhythm”. Ta płyta to chyba najwyraźniejsza wskazówka w dorobku Numana z lat osiemdziesiątych, że to jednak artysta niepokorny i mający swoje do wykrzyczenia. Kto wie, gdyby nie jak zwykle nieumiejętnie dobrane single i słaba promocja, może „Sacrifice” powstałby już jako naturalne następstwo tego krążka. Chociaż nie, Numan musiał przecież usłyszeć jeszcze „Pretty Hate Machine” i „Songs of Faith and Devotion”. W takim razie „Machine+Soul” było jednak nieuniknione. Ale o tym już innym razem…

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *