Die Sektor ‎– (-)existence

Czasem trzeba zaryzykować, by pójść dalej. Należy zaszaleć i wybrać tę ścieżkę na skrzyżowaniu dróg, o której krążą opowieści, że jest nieznana, niezbadana i w ogóle ciężko z niej wrócić żywym. Mimo potencjalnej glorii, chwały, kobiet, wina i śpiewu, mało kto decyduje się ową ścieżką kroczyć. Ci, którzy to robią, najczęściej na niej giną – lub efekty ich starań są mizerne. Zdarzają się jednak tacy, którzy są w stanie udźwignąć i pokonać tą ścieżkę, przejść nią i wykorzystać fakt mentalnego zwycięstwa.

Takie jednostki często zaskakują i wyróżniają się na tle innych, w tym przypadku – wpuszczają na scenę powiew świeżości, który lekko przepędza zgniliznę i odór trupa, wydającego od czasu do czasu któreś z kolei ostatnie tchnienie. Mam tu oczywiście na myśli scenę dark electro (i poniekąd industrial), która od pewnego czasu jest… Martwa. I nie, nie jest to przesada, jeżeli chodzi o dobór słów (kiedyś bodajże Side-Line Magazine reklamował Lanę Del Ray…), gdyż to najtrafniej opisuje to, co dzieje się obecnie wśród przedstawicieli tego rodzaju muzyki.

Owszem, ktoś nagle rzuci: Jak to martwa?! A Hocico? :Wumpscut:? Suicide Commando albo Combichrist? Tak, tu się zgodzę – weterani sceny nadal działają, ale tylko oni. Czy ostatnio udało Wam się usłyszeć o jakiejś wschodzącej gwieździe dark electro? O kimś wyjątkowym, kto rozwinął się i postanowił wykroczyć poza utarte i wykorzystane do granic możliwości schematy? No właśnie, tak podejrzewałem, iż odpowiedź będzie przecząca. I jeżeli mam być szczery, to do pewnego czasu miałem tak samo – uważałem, że nie da się zrobić czegoś nowego, zaskakującego i oryginalnego w kwestii mrocznej muzyki tanecznej, że w końcu to wszystko zdechnie i wyginie. Jednakże, jak to się mówi – nadzieja umiera ostatnia.

Tą nadzieją okazał się dla mnie Die Sektor – amerykański projekt z Atlanty. Zaczęli już w 2004 roku – dwóch znajomych, Scott Denman i Daniel Gant, postanowiło trochę się zabawić muzycznie i stworzyć mroczną, agresywną muzykę. Po dojściu Alana Smitha, w 2006 roku byli gotowi na wydanie swego pierwszego albumu pod szyldem wytwórni Noittek: „To Be Fed Upon”. Mimo typowego brzmienia dla dark electro, kompozycje Amerykanów wyróżniały się dużą ilością różnorodnych dźwięków i elektroniki. Już wtedy – poprzez wrzucanie do swych utworów dziesiątek różnych melodii i efektów – odróżniali się od innych. Po pięciu latach przerwy i z dojściem do kapeli Edwina Altera na miejsce wokalisty wydali „Applied Structure In A Void”.

Album wywołał dość duże kontrowersje z powodu zmiany brzmienia. Stali się mniej harsh, kompozycje oraz sposób ich tworzenia były inne, jak również i specyficzny, wcześniej szeptany wokal przepuszczony przez setki filtrów został zmieniony na klarowny, choć również przefiltrowany, krzyk. Album nie spotkał się z ciepłym przyjęciem przez fanów, zarzucających grupie, że stracili to coś. Podobnie było przy okazji udostępnienia krótkich momentów z „The Final Electro Solution” –  również wtedy fani byli nieprzychylni: że niby dodano dubstep itd. I to było zaskoczenie – okazało się, że album nie tyle brzmiał dubstepem, co bardziej IDM-em i ogólnie muzyką eksperymentalną. Wydanie to było czymś nowym, zapowiedzą tego, że to wcale nie koniec i Die Sektor zaskoczy nas raz jeszcze. Tak też się stało.

W 2013 roku Amerykanie wydali „(-)existence”. Bardzo czekałem na ten album – po prześwietnym „The Final Electro Solution” byłem po prostu spragniony nowości, czegoś oryginalnego, wizjonerskiego i świeżego w tej muzyce, mimo że myślałem, iż po poprzednim wydawnictwie to już po prostu niemożliwe. Oj, jak się cieszę, że się myliłem… Nic tak nie raduje jak pozytywne niespodzianki, a ten album robi to tak brutalnie i bezwzględnie, że fani klimatów BDSM poczują się jak w domu. Wokalista utrzymał swój wokal w „nowym” stylu, czasem dodając zwykły clean z nutką szeptów i dziwnego, lekko gardłowego krzyku.

Złego słowa powiedzieć nie mogę o produkcji albumu. Jeżeli chodzi o dopracowanie, programowanie dźwięków itp. Stoi ona na bardzo wysokim poziomie, zachowując jednocześnie wizytówkę projektu – masę różnorodnej elektroniki. Tej jest tu bardzo wiele, od trance’owych melodii, poprzez ambientowe wypełnienia i pady, jak i agresywną perkusję, rodem z muzyki drum and bass czy neurofunk. Są tu utwory spokojniejsze, rzekłbym kontemplacyjne, jak i również mroczniejsze czy eksperymentalne (choć utwór „Rom” brzmi bardzo w stylu Combichrista, na szczęście bez gitar). Zaskakujący jest również fakt, że pomimo swej długości, utwory nie nudzą. To aż zadziwiające, że można zrobić kawałek dark electro, którego koniec nie będzie oscylować w granicy trzech minut i trzydziestu sekund – ba! Są prawie trzy utwory, które trwają ok. siedmiu minut! Co jak co, ale jak na taki rodzaj muzyki, to wręcz niesamowicie długo.

Die Sektor sprawił, iż pojawiła się nadzieja – nadzieja na to, że scena w końcu zmartwychwstanie, że w końcu coś się ruszy. Mam już trochę dość słuchania tych samych, oklepanych motywów disco-techno wymieszanych z przesterowanym kickiem i prawie niezrozumiałym wokalem. Amerykanie wychodzą temu naprzeciw i pokazują, że można skruszyć tą twardą, skostniałą powłokę rutyny, odkrywając gorące wnętrze pełne płomienia nowości.

The following two tabs change content below.

Danny Neroese

Nie przepada za mówieniem o sobie. Ekscentryk i samotnik. Ceni swój wyjątkowy gust muzyczny.

0 komentarzy do "Die Sektor ‎– (-)existence"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *