Depeche Mode – Delta Machine

Zastanawiałem się przez chwilę, czy po prostu nie wkleić tutaj mojej recenzji po pierwszym odsłuchu „Delta Machine”. Wyglądała w ten sposób. Nie chciałem już do tej płyty wracać, nie chciałem jej kolejny raz słuchać, ani rozpisywać się, czemu tak bardzo mi się nie podoba. Ale niech będzie, z demonami trzeba się rozprawiać…

Nie jestem z tych, którzy przy premierze każdej kolejnej płyty Depeche Mode od razu hejtują i krzyczą „Alan, wróć!”. Choć był to mój ulubiony „depesz” i gdzieś tam sobie po nocy łkam cichutko „Alan, wróć…”, to na przykład płytę „Ultra” – pierwszą nagraną po jego odejściu – stawiam wciąż w pierwszej trójce moich ulubionych krążków tego zespołu. „Exciter” był już o wiele słabszy, ale znowuż „Playing the Angel” to całkiem solidna pozycja. Gdyby oddać ją lepszemu producentowi (Alan, wróć…), miałaby nawet szanse być pozycją wybitną. Mało tego, jestem nawet jednym z tych nielicznych, którym podobało się „Sounds of the Universe”. Mimo męczącego na dłuższą metę wykorzystania syntezatorów modularnych i jeszcze gorszej produkcji niejakiego Bena Hilliera, który jest siłą ściągającą Depechów na dół od czasów „Playing the Angel”, materiał sam się bronił i przyniósł takie perełki jak „Wrong”, „Perfect” czy „Miles Away / The Truth Is”. Jak się posłucha demówki „Hole to Feed” (najprawdopodobniej sprzed interwencji feralnego producenta), też słychać jeszcze większy potencjał. A po „In Chains” w wersji Alana Wildera ze zbioru „Remixes 2: 81–11” pozostawało tylko zakrzyczeć: „Alan, wr…” Ok, starczy.

Natomiast później już było tylko gorzej. Jeśli kluczem do zrozumienia „Delta Machine” była solowa działalność Gore’a i Gahana w tak zwanym „międzyczasie”, to wszystko rzeczywiście do siebie pasuje. Nie zachwyciła mnie ani beznamiętnie nudna „The Light the Dead See” Soulsavers, ani tym bardziej minimalistyczne techno VCMG. Że nie zachwyci mnie i „Delta Machine”, podejrzewałem już od pierwszych utworów, które nam Depeche pokazali. Zaczęło się od „Angel”, prawda? Pełna analogowych brzmień, wymęczona kompozycja z najbardziej irytującą barwą wyraźnie styranego już swoim zawodem Gahana. Potem „Heaven” – banalna pościelówa zilustrowana równie banalnym teledyskiem (halo, gdzie jest Anton Corbijn?!), wzór najgorszego grania do kotleta. Jasne, Depeche mieli na pęczki takich pościelów, dajmy na to „Home”, ale jednak był w tym jakiś urok albo przynajmniej bogactwo brzmieniowe i ciekawa produkcja. W „Heaven” słyszę trzech zmęczonych dziadów, którzy nie mają żadnego pomysłu na swoje granie i chyba już wcale tak naprawdę grać ze sobą nie chcą.

Nie miałem żadnych złudzeń, ale przemęczyłem „Delta Machine” od początku do końca. „Welcome to My World” może i ma jeszcze całkiem fajny motyw w tle, ale sorry – tak otwiera swój krążek zespół, który serwował dotąd najlepsze otwieracze świata? „Black Celebration” nastraja już na całą płytę i jaki by mój dzień nie był, to zawsze z chęcią pocelebruję jego koniec właśnie z ekipą Gore’a. „Never Let Me Down Again”, jeden z najlepszych utworów w całej karierze Depechów, chyba nie wymaga komentarza. Podobnie „World in My Eyes”. „I Feel You”, które obudzi dzikie żądze nawet w parze zimnych androidów. „Barrel of a Gun”, które stawia Tima Simenona w rzędzie najlepszych producentów muzycznych świata. No nawet „A Pain That I’m Used To”, budujące fałszywe wrażenie, że „Playing the Angel” będzie najlepszą płytą Depechów od lat (i pewnie byłaby, gdyby nie Hillier). Mam się podniecać prostą melodyjką ze starego syntezatorka i ledwo wyjącym Gahanem, że oto wita mnie w swoim świecie? Nie, to wcale nie jest jego świat i dlatego tym bardziej nie mam ochoty weń wkraczać.

Przemęczam najnudniejszy elektroniczny minimalizm z możliwych w „My Little Universe”. Tu naprawdę jest tylko cichutki beacik i elektroniczny stukot, powtarzane do znudzenia, robiąc tylko miejsce dla przeszkadzajek niczym ze starej gry na Pegasusa, które nawet dla mnie (zdeklarowanego miłośnika chiptune’ów) są obrazą. Zero melodii, zero tła, które budowałoby jakiś klimat, zero życia w głosie Gahana. Przy „Broken” zaczynam doceniać „Heaven” – tu chyba miało być smutno i depresyjnie. I rzeczywiście jest, jak się uświadomi, że taki zespół nagrywa takie mielizny. Ale nie, robi się jeszcze gorzej! „The Child Inside”, jedyny w zestawie z Martinem na wokalu. Kolejna wydmuszka wyprana z emocji i melodii. Co się stało, przecież nie dalej jak płytę temu Gore śpiewał o niebo lepszą „Jezebel”. Tam był dopiero mrok!

Jeśli wielka wytwórnia wybiera dla wielkiego zespołu na główny singiel promujący płytę coś tak okropnego jak „Heaven”, to musi być źle. I jest rzeczywiście bardzo źle, ale wróciwszy na potrzeby tego tekstu do „Delta Machine”, szukam jakiegoś punktu zaczepienia w pozostałych singlach. „Should Be Higher” trzeba docenić za to, że ma jakąkolwiek melodię. Jest w nim coś poza analogowym bzyczeniem i monotonnym beatem. Jest nawet Gahan, który próbuje udowodnić, że umie jeszcze ładnie (i higher) zakrzyczeć. To wielkie plusy w kontekście tej płyty, jeśli spojrzeć szerzej – niekoniecznie. „Soothe My Soul” to rzeczywiście jakiś wypadek przy pracy: bardzo zgrabna, przebojowa kompozycja, chciałoby się rzec: w starym stylu. Doczekała się nawet stylowego, godnego uwagi teledysku (bynajmniej nie piszę tego tylko dlatego, że cycki), co w ostatnich latach zdarzało się Depechom wcale nie tak często. Jest jeszcze jeden w miarę udany fragment na tym krążku, chwilę przed „Soothe My Soul”: „Alone”. Syntezatory zamiast pierdzieć, uwalniają nastrojową woń pod dynamiczniejsze klawiszowe ozdobniki. Gahan śpiewa całkiem przyzwoicie. Jest naprawdę nieźle, a założę się, że gdyby „Alone” wyciekło w jakiejś wersji demo (sprzed interwencji Hilliera), byłoby jeszcze lepsze. Tyle, „Goodbye”.

Nazwa „Delta Machine” ma nawiązywać do delty Missisipi, kolebki bluesa. Problem w tym, że Depeche już czerpali w przeszłości z bluesa chociażby przy wplataniu w swoją twórczość gitar na „Violator” czy „Songs of Faith and Devotion” (do której według samych muzyków ta płyta jest podobna – o zgrozo!) i wychodziło im to wtedy o niebo lepiej. Z bluesa czerpał też i Alan Wilder w swoim Recoilu – nie muszę chyba pisać z jakim efektem. Gdy na „Delta Machine” faktycznie pojawiają się już jakieś bluesowe momenty, zupełnie nie pasuje to do reszty – tak jakby Gore na siłę chciał urozmaicić brzmienie zdominowane przez jego analogowe zabawki jakąś sztampową bluesową zagrywką („Slow” – ponoć odrzut jeszcze z czasów „Songs of Faith and Devotion”, ciekawe jak wtedy by brzmiał…) czy też na odwrót: do piosenki brzmiącej jak skradziona Soulsaversom wtrynia najgorzej brzmiące klawisze (i może jeszcze to tykanie w tle ma się kojarzyć ze „Stripped”…?).

Depeche Mode byli dla mnie dotąd jednym z tych nielicznych, a może nawet jedynym z tych wielkich, mainstreamowych zespołów, które dalej zapełniają stadiony całego świata, ale i wciąż nie schodzą w swojej muzyce poniżej pewnego poziomu. Nagrali dotąd tylko dwie słabe płyty („A Broken Frame” i „Exciter”), nawet jeśli „Speak & Spell” było jeszcze czymś zupełnie innym, a od trzech krążków bruździ im zupełnie nie pasujący do nich producent, którego niepotrzebnie się uczepili. Mógłbym rzeczywiście zakrzyknąć „Alan, wróć!” – ale nie wiem, czy Alan by tu jeszcze cokolwiek pomógł. Niech dłubie lepiej nowego Recoila. Fanów jego kolegów z Depechów i tak zadowoli każde shitowie, które podpiszą swoim logo, płyta się i tak sprzeda, stadiony będą dalej skakać… Nie dziwi mnie, że nie mają się już co starać.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

6 komentarze do “Depeche Mode – Delta Machine

  1. Żeś się niepotrzebnie rozpisał. Trzeba było napisać dwa słowa Comic Sansem z największym rozmiarem. Słowa te to… ALAN WRÓĆ!

  2. Pingback: Gary Numan – Splinter (Songs From a Broken Mind) | Jeszcze tego nie słyszałeś

  3. Pingback: Curve - The New Adventures of Curve - Jeszcze tego nie słyszałeś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *