Wulfband – Revolter

Czy można napisać drugi tekst w tak krótkim czasie o muzyce EBM? Tutaj mógłbym posłużyć się cytatem pewnego polityka, chociaż bardziej pasuje odpowiedź: a można, jak najbardziej, jeszcze jak! No to piszę. 

Poprzednio pisałem o współpracy Youth Code i King Yosefa. Nie ukrywam, że ich wizja EBM-u przypadła mi do gustu i nieraz będę wracać do ich twórczości. Nie zmienia to jednak faktu, że sposób, w jaki grają, jest stosunkowo ostry, drapieżny i brudny, co niektórych może odstraszyć. Całkowicie to rozumiem – “prawdziwki” na pewno będą płakać nad tym, że nie starają się być kolejną kopią Front 242 czy Nitzer Ebb. Trochę inne (lecz podobne w swym zamyśle) podejście do tematu ma szwedzki Wulfband.

Duet ten istnieje od 2014 roku i tworzą go dwaj panowie – 7 i 9.

W jednym z wywiadów na pytanie “dlaczego akurat te cyfry” jeden z nich odpowiedział “bo inne im się nie podobały”. Ich prezencja sceniczna też należy do dość… nietuzinkowych. Chcąc zachować swoją anonimowość, zakładają podarte szmaty na głowy, co upodabnia ich trochę do Stracha na Wróble z filmu „Batman: Początek”. “Revolter”, o którym dziś mowa, jest ich drugim albumem.

Debiut z roku 2014 brzmiał bardziej EBM-owo – można poczuć na nim ten minimalizm i stawianie kroków w klarowaniu swojego brzmienia. To, co się dzieje na “Revolter”, brzmi zdecydowanie bardziej organicznie, pełniej, zaś wcześniej wspomniane minimalistyczne podejście gdzieś się zgubiło. Mimo że to ledwo ponad pół godziny materiału, to dzieje się tu całkiem sporo. Pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl, to dynamika. Wiele utworów jest bardziej gęstych pod każdym względem. Poszczególne linie instrumentów przyjemnie ze sobą współgrają, wypełniając każdą wolną przestrzeń pomiędzy sobą. Muszę przyznać, że ten, kto siedział nad miksem albumu, wykonał całkiem niezłą robotę. To, co stanowi trzon EBM, kwadratowy bas, jest tu obecny, wspierany nie tylko przez gitarę elektryczną, ale również przez gitarę basową (!). Tę można wyraźnie usłyszeć choćby w kawałku “Liebe Offensive”.

Gitary to nie jedyny dodatek w postaci innych instrumentów. W “Kaos MF” pojawia się nawet solówka na saksofonie. Perkusja również ma więcej życia w sobie – nie ogranicza się do klasycznego „stopa-werbel-stopa-werbel” i jest już bardziej różnorodna jeśli chodzi o kompozycję. Dobrym przykładem jest utwór “Kpt. Kaboom” – według mnie najlepiej skomponowany kawałek na tej płycie pod względem właśnie bębnów (nie wspominając o pełnym mocy zakończeniu). Są też szybkie fragmenty: mam wrażenie, że “Basta” powstała w wyniku inspiracji sceną punk czy… grind. Wspominam o tej drugiej ze względu na czas trwania utworu – cała minuta i trzydzieści siedem sekund. Brakuje tylko dwójki z przodu. Jeśli zaś chodzi o wokal, to nie mam pojęcia, czy wokalista pochodzi z Niemiec, poza tym – przy takim typie wokalu próba wychwycenia akcentu nie jest łatwa. Cóż mogę jednak rzec – pasuje on do reszty instrumentarium. Krzykliwy, a zarazem melodyjny (jak wszystkie utwory), momentami trudny do zrozumienia (na Ciebie patrzę, “Total”). Osobne miejsce w moim serduszku ma sama okładka albumu – prosta, dwa dość neutralne kolory, ma jednak w sobie coś miłego dla oka.

Może po prostu trafia w moją estetykę?

Czy jest coś, do czego mógłbym się przyczepić? Na pewno do swego rodzaju monotonii w utworach. Owszem, jeśli zapatrujemy się na klasyczny EBM, to bardzo łatwo wyrobić sobie zdanie, że “wszystko brzmi tak samo”. Brzmienie “Revolter” jest inne, ale jednocześnie mam wrażenie, że brakuje tego czegoś, co pomogłoby mi łatwiej odróżnić poszczególne utwory od siebie. Momentami czuję się trochę zmęczony dynamiką utworów. Czytałem również opinię kogoś, że ten krążek to taki trochę industrial punk i zapatrzenie się w metalowy kierunek. Nie jestem w staniej jednak powiedzieć, czy to akurat plus, czy minus. Potrafiłbym jednak wskazać bez problemu pewne kręgi, dla których to zdecydowanie ujma.

Fragmenty, które co jakiś czas publikują na swoich kontach społecznościowych, świadczą o aktywności i pracach nad nowymi kawałkami. Nie wydaje się, aby mieli drastycznie zmieniać swoje brzmienie i kierować się ku muzyce metalowej (chociaż małe obawy mam), więc tym bardziej czekam na nowy materiał. “Revolter” obudził we mnie szacunek i ciekawość do tego duetu. Ta energia i nutka szaleństwa w ich twórczości potrafi się nieźle udzielić i nieraz się o tym przekonałem, czego życzę i Wam przy słuchaniu tego albumu.

Podobało się? Rozważ postawienie mi kawy!
Postaw mi kawę na buycoffee.to
The following two tabs change content below.

Danny Neroese

Nie przepada za mówieniem o sobie. Ekscentryk i samotnik. Ceni swój wyjątkowy gust muzyczny.

Ostatnie wpisy Danny Neroese (zobacz wszystkie)

0 komentarzy do "Wulfband – Revolter"Dodaj swój →

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.