4. album The Sisters of Mercy to marzenie wielu z nas, o którym raczej wypadałoby już zapomnieć. Mam jednak parę propozycji, co może wypełnić nam lukę po tym zespole.
22 października świętujemy urodziny płyty „Vision Thing”. Nie jest to bynajmniej najbardziej lubiana pozycja w dyskografii The Sisters of Mercy, spośród albumów studyjnych wymienia się ją wręcz zawsze na szarym końcu. Data ta jednak jest istotna z innego względu: „Vision Thing” to także ostatnie pełnowymiarowe wydawnictwo zespołu. Oznacza to więc, że od okrągłych 35 lat Andrew Eldritch nie dostarczył nam żadnego krążka The Sisters of Mercy.
Przez wszystkie te lata byliśmy wielokrotnie zwodzeni czy mamieni nadzieją, że nowy materiał w końcu się ukaże. Wystarczy wspomnieć głośny wywiad z liderem The Sisters of Mercy z 2016 roku, w którym padły pamiętne słowa:
Jeśli Donald Trump rzeczywiście zostanie prezydentem, będzie to dla mnie wystarczający powód do nagrania kolejnego albumu. Nie wydaje mi się, że byłbym w stanie siedzieć cicho, gdyby tak się stało.
Przyszłość jednak zweryfikowała te słowa: Trump został wybrany na głowę USA nawet dwukrotnie, a Andrew Eldritch wciąż siedzi cicho. Wszystko wskazuje więc na to, że cud Fields of the Nephilim się nie powtórzy i nie dostaniemy po latach wyczekiwanego powrotu studyjnego. Im szybciej się z tym pogodzimy, tym lepiej, ale nie załamujcie rąk! Przygotowałem dla Was listę świetnych albumów, które mogą wypełnić lukę w naszych ciemnych sercach.
Inne projekty Andrew Eldritcha
The Sisterhood – Gift (1986) | Pierwszy z najsłynniejszych przejawów trollingu Andrew Eldritcha. Po wydaniu „First and Last and Always” wokalista chciał przygotować kolejny materiał z Wayne’em Husseyem. Niestety wszystkie pomysły gitarzysty zostały odrzucone, bo liderowi Sistersów zamarzył się zupełnie nowy kierunek muzyczny, najlepiej taki w ogóle pozbawiony rockowych brzmień. To szybko doprowadziło do rozpadu w zespole – pozostali muzycy odeszli założyć własne… The Sisterhood. Pomysł na tę nazwę z oczywistych względów nie spodobał się Eldritchowi, więc błyskawicznie zarejestrował ją na siebie i w zaledwie 5 dni skomponował utwór „Giving Ground”, a następnie wydał go na singlu.
Równie szybko pospieszył się z pełnowymiarowym „Gift”, by dostać od wytwórni 25 tysięcy funtów, które miały iść na konto The Sisters of Mercy za nagranie drugiego albumu. To właśnie do tej kwoty odnoszą się cyfry „two, five, zero, zero, zero” wypowiadane przez Patricię Morrison w otwierającym krążek kawałku „Jihad”. Materiał faktycznie oznaczał dla Eldritcha zupełnie nowy kierunek: gitary zastąpiono samplerami, a gotyk wyparła transowa elektronika. Z perspektywy czasu można tu upatrywać pewnego szkicownika przed „Floodland”. Zresztą „This Corrosion” miało pierwotnie stanowić drugi singiel The Sisterhood, zanim Eldritch zdecydował o powrocie pod pierwotnym szyldem.
PS Wbrew pozorom na „Gift” nie śpiewa Andrew Eldritch, a James Ray. Temu pierwszemu nie pozwoliły na to kontraktowe zobowiązania.
SSV – Go Figure (1997) | Po wydaniu „Vision Thing” Andrew Eldritch budował przez większość lat 90. narrację, wedle której miał stać się niejako niewolnikiem wytwórni WEA. Aby wywiązać się z kontraktu – wedle którego był jej winien jeszcze dwa albumy The Sisters of Mercy – nawiązał współpracę z Peterem Bellendirem z Xmal Deutschland i pod szyldem SSV (tudzież SSV-NSMABAAOTWMODAACOTIATW) dał kolejny przykład swego mistrzowskiego trollingu. Zacznijmy bowiem od tego, że skrót służący za nazwę tego projektu podobno rozwija się w następujący sposób: Screw Shareholder Value – Not So Much a Band as Another Opportunity to Waste Money on Drugs and Ammunition Courtesy of the Idiots at Time Warner…
Aż trudno uwierzyć, że wytwórnia nabrała się na coś takiego i faktycznie uwolniła Eldritcha z kontraktu (nie żeby to cokolwiek zmieniło w kwestii kolejnych wydawnictw Sistersów). Trudno bowiem nawet sklasyfikować muzykę, która trafiła na „Go Figure”: to monotonne ambienty rozciągnięte na blisko 75 minut. W odróżnieniu od „Gift” pojawia się tu nawet głos Eldritcha, ale trudno go nazwać śpiewem (nawet tak specyficznym, jak na niego przystało); to bardziej zapętlone sample i melodeklamacje. Dopiero pod koniec płyty robi się nieco ciekawiej (polecam utwory „Feel No Pain” i „Shut the Fuck Up”), ale trudno się dziwić, że WEA nigdy nie chciało wydać tego materiału. Można go za to bez problemu znaleźć w formie bootlegów, choć sam Andrew do tego zniechęca.
Oprócz tych projektów pobocznych lider The Sisters of Mercy nie udzielał się raczej zbyt często poza własną formacją. Zremiksował jeszcze dwa utwory Die Krupps – „Odyssey of the Mind” i „Fatherland” – a także wystąpił gościnnie na krążkach „After the War” Gary’ego Moore’a i „Fly” Sarah Brightman.
Projekty innych muzyków The Sisters of Mercy
The Mission | Przy okazji The Sisterhood wspominałem o rozpadzie w The Sisters of Mercy. Pozostali muzycy założyli ostatecznie właśnie The Mission, na czele którego stanął Wayne Hussey. Na przestrzeni lat grupa wydawała mnóstwo muzyki i wielokrotnie zmieniała obierany kierunek. Najbardziej cenione są pierwsze trzy albumy – „God’s Own Medicine” (1986), „Children” (1988) oraz „Carved in Sand” (1990) – które w innym wymiarze mogłyby spokojnie robić za kolejne albumy The Sisters of Mercy. Zresztą na „God’s Own Medicine” trafiło kilka kompozycji, które Hussey przygotowywał z myślą o następcy „First and Last and Always”.
Oprócz tego polecałem już kiedyś na tym blogu „Masque” – problematyczną próbę zwrotu w podobnym kierunku co U2 u progu lat 90. – oraz „The Brightest Light”, którym w 2013 roku The Mission powróciło do świata żywych po paroletniej przerwie. To na tym krążku znalazł się utrzymany w klasycznej stylistyce znanej z pierwszych krążków utwór „Swan Song”, który spotkał się z na tyle ciepłym przyjęciem fanów, że aż zainspirował cały następny materiał grupy. „Another Fall from Grace” to prawdopodobnie najlepszy album Husseya i spółki od czasu pierwszych płyt i aż szkoda, że do dziś nie doczekaliśmy się jego kontynuacji.
Patricia Morrison | Legendy na temat faktycznego wkładu Patricii Morrison w twórczość The Sisters of Mercy krążą już od dziesięcioleci, a prawdy nie poznamy już pewnie nigdy. Możemy natomiast sięgnąć po jej jedyną solową płytę: „Reflect On This” z 1994 roku. Nie jest to żadne wielkie arcydzieło, a dość sztampowy gothic rock, jakiego było pełno w pierwszej połowie lat 90. Ma jednak swoje przebłyski, szczególnie może się podobać balladowe „Saviours”. Warto też pamiętać, że Morrison wyszła później za Dave’a Vaniana, wokalistę The Damned. Możemy ją nawet usłyszeć na albumie „Grave Disorder” tego zespołu – i to nie tylko jej bas, lecz także chórki.
Andreas Bruhn | Prawą ręką Andrew Eldritcha za czasów „Vision Thing” został niemiecki gitarzysta Andreas Bruhn. Już dwa lata po wydaniu tego krążka wystartował na pełnym gazie z solową karierą pod szyldem Broon. Jego debiutancki album to zaskakująco udana kolekcja hardrockowych piosenek, które zdecydowanie nie zasługiwały na takie zapomnienie, jakie je spotkało. Większość budżetu zdecydowanie poszła na singlowe „Respect”, całkiem nieźle podrabiające podniosły styl Jima Steinmana, który wywindował do mainstreamu hity z „Floodland”. Ale są tu też spokojniejsze momenty i sporo zapadających w pamięć refrenów. Wielka szkoda, że na „Egoism” z 1994 roku Broon zaliczył odczuwalny spadek formy, bo więcej płyt podpisanych tym nazwiskiem już się nie doczekaliśmy.
Ciekawostka: Bruhn zmiksował w późniejszych latach utwór „In This Garden of Mine” otwierający drugi krążek polskiego Fading Colours.
Gary Marx | Jeszcze ciekawsza historia wiąże się ze współzałożycielem i gitarzystą prowadzącym pierwszego składu The Sisters of Mercy. W połowie lat 90. Andrew Eldritch i Gary Marx spotkali się ponownie na jakiejś imprezie, a odnowiwszy kontakt snuli plany na ponowną współpracę. Szkopuł w tym, że Eldritch widział dawnego kolegę w swoim składzie koncertowym, ten zaś był zainteresowany wyłącznie nagrywaniem nowego materiału i otwarcie wyrażał swoją frustrację faktem, że Sistersi tak długo milczą. Wydawało się, że obu muzykom w końcu udało się porozumieć: lider Sistersów poprosił bowiem gitarzystę o przygotowanie demówek, by następnie sam mógł dopisać do nich słowa. Marx przygotował 10 utworów… i wkładu Andrew już nigdy się nie doczekał.
Jak brzmiałby ten materiał? Nie musimy się wcale domyślać. Gary Marx sam dokończył nad nim prace, dopisał własne teksty i zaśpiewał, a następnie wydał jako solowy album „Nineteen Ninety Five and Nowhere” w 2008 roku. Może to i dobrze, że nic więcej z tego nie wyszło pod szyldem The Sisters of Mercy, nie są to bowiem jakieś szczególnie porywające piosenki. Być może pod batutą Andrew Eldritcha zyskałyby głębszy wymiar, a tak została nam tylko taka ciekawostka.
Współczesne zespoły grające podobnie jak The Sisters of Mercy
Naśladowcy w zasadzie wszystkich wcieleń legendarnej grupy Andrew Eldritcha nie przestają wyrastać jak grzyby po deszczu. Wielu z nich trzyma się pierwowzoru zbyt kurczowo i po prostu kopiuje dawne patenty Sistersów, dlatego postanowiłem skupić się na nowszych grupach, które wyrobiły własny styl, jednak da się w nim dostrzec wyraźny fundament zaczerpnięty z inspiracji ponurakami z Leeds.
Ulterior | Brytyjski kwartet przemknął nam przed nosem niczym meteor: narobił szumu, nagrał dwa krążki… po czym zamilkł i od ponad dekady nie daje znaku życia. Wielka szkoda, bo szczególnie druga płyta, „The Bleach Room” z 2013 roku, to bardzo solidna propozycja dla miłośników gothic / hard rocka z lat 80. Wokalista występujący pod pseudonimem Honey ewidentnie inspirował się Andrew Eldritchem (posłuchajcie, jak wymawia słowo „motherfucker” w „Psychic Chic”), a cały materiał ma nie tylko zapadające w pamięć melodie, lecz także klaustrofobiczny, odjechany klimat. Posłuchajcie „Body Hammer”, przecież to brzmi jak jakiś zaginiony banger Billy’ego Idola. Duch „Vision Thing” jest tu więc wyraźnie obecny.
Drab Majesty | Jeśli śledzicie scenę niezależnej, mrocznej muzyki ostatnich lat, tego projektu raczej nie trzeba Wam przedstawiać. Deb Demure zaskarbił sobie fanów na całym globie dzięki wyrazistemu image’owi, okultystycznym tekstom i symbolice, a przede wszystkim świetnej muzyce. Apogeum osiągnął jednak dopiero po połączeniu sił z Moną D. Nagrany z nim album „The Demonstration” z 2017 roku wychwalałem już na tym blogu wielokrotnie. To taka współczesna kontynuacja „Floodland”, ale nie z momentów produkowanych przez Jima Steinmana, lecz tych mroczniejszych, bardziej transowych. Jeśli jakimś cudem Was ominęło, nadrabiajcie!
Twin Tribes | Teksański duet nie jest prawdopodobnie pierwszym zespołem, których przychodzi na myśl przy szukaniu kontynuatorów tradycji The Sisters of Mercy. Twin Tribes częściej wymienia inspiracje nowofalowe, z naciskiem na Depeche Mode i The Cure, ale trudno nie dostrzec u nich wpływów sceny gotyckiej. Szczególnie na debiutanckim „Shadows”, gdzie jeszcze nie obrali tak zdecydowanie bardziej syntetycznej drogi. Najlepiej jednak było to odczuwalne live: wspominając tu jakiś czas temu najbardziej udane koncerty, jakich doświadczyłem w śp. klubie Pogłos, nie bez powodu napisałem, że występ Twin Tribes to prawdopodobnie najbliższe, co mogłem przeżyć, do zobaczenia na żywo wczesnego The Sisters of Mercy.
Nowe utwory The Sisters of Mercy
Chociaż nowego materiału studyjnego nie doczekaliśmy się od 35 lat, to wcale nie tak, że Andrew Eldritch i jego wiecznie zmieniająca się załoga nie stworzyła żadnych nowych piosenek. Jeszcze w drugiej połowie lat 90. podczas występów na żywo pojawiły się m.in. „We Are the Same, Susanne”, „Romeo Down”, „War On Drugs” czy „Summer”, co mogło kreować fałszywą nadzieję, że zaraz dostaniemy następcę „Vision Thing”. „Summer” miało zresztą być pierwszym singlem (lub EP-ką) wydaną po rozstaniu z WEA. Tak się oczywiście nie stało, ale w kolejnych latach do koncertowych setlist dołączały takie kawałki, jak „Crash and Burn”, „I Have Slept with All the Girls in Berlin”, „Still” czy „Arms”.
Prawdziwy wysyp świeżych kompozycji nastąpił jednak dopiero w 2019 roku. We wrześniu Eldritch i jego ówcześni towarzysze zagrali w Antwerpii pod szyldem Near Meth Experience i zaprezentowali belgijskiej publiczności jeszcze ciepłe „Kickline”, „Better Reptile”, „Show Me” oraz nienazwany utwór instrumentalny. Okazało się jednak, że to dopiero początek. W 2020 roku na koncertach mogliśmy usłyszeć dwa razy tyle kolejnych kawałków, a pojedyncze świeżynki pojawiały się jeszcze w latach 2021 i 2022. Na oficjalną stronę zespołu trafiły w międzyczasie niektóre teksty oraz jeszcze więcej tytułów – niektórych nie wykonano nigdzie do dziś.
Oczywiście taka liczba premierowych kompozycji raz jeszcze rozpaliła płomień nadziei w sercach fanów The Sisters of Mercy – i oczywiście jak zwykle żaden nowy album nie ujrzał światła dziennego. Nie ma się więc już co dłużej łudzić: „Vision Thing” raczej pozostanie zamknięciem dyskografii tego zespołu na zawsze. Jeśli macie jeszcze jakieś pomysły, jak sobie z tym faktem poradzić, czekam na Wasze propozycje w komentarzach!


„Brytyjski kwartet przemknął nam przed nosem niczym meteor: narobił szumu, nagrał dwa krążki… po czym zamilkł i od ponad dekady nie daje znaku życia”. 100% SOM.