Ruin of Romantics – Velvet Dawn

Perturbator wydał już w tym roku jeden świetny krążek: „Lustful Sacraments”. Teraz przyszła pora na zupełnie inny projekt z udziałem Francuza, któremu znacznie bliżej do nastrojowego gotyku.

James Kent kontynuuje ucieczkę przed przeterminowaną etykietą „synthwave„. Tegoroczny album Perturbatora stanowił jeszcze wyraźniejsze odcięcie się od tego gatunku niż zwiastująca takie zmiany EP-ka „New Model” z 2017 roku. Ale to nie koniec nowości. Francuz założył własny label Music of the Void i poniekąd postanowił wrócić do korzeni – czyli gry w undergroundowym zespole. Tyle że tym razem nie mającym nic wspólnego z black metalem, a bardziej szeroko pojętym grave wave’em.

„Velvet Dawn” to doskonała płyta na mgliste, jesienne dni.

Do Ruin of Romantics byłem pozytywnie nastawiony od momentu usłyszenia pierwszego singla: „Helena”. Pamiętam, że akurat słuchałem go ciemnym rankiem w autobusie, jadąc wyjątkowo do pracy w apokaliptycznej aurze pogłębiającego się lockdownu. Dziś już wiem, że kompozycja stanowiła doskonałą wizytówkę twórczości projektu. Dostojnie skradający się rytm perkusji uzupełniany oszczędnymi dźwiękami gitary, na tle tego charakterystyczny, „nawiedzony” wokal mogący się kojarzyć z shoegaze’em, a w kulminacyjnych momentach: bogato zaaranżowane syntezatorowe tło, którego twórcę nie sposób pomylić z nikim innym.

Na wzór tego schematu skonstruowano większość materiału. Udowodnił to ostatni singiel, promowany teledyskiem „Bleeding in the Fields”. To już rasowy gotycki przebój, który można spokojnie puszczać między dokonaniami Drab Majesty a Twin Tribes. Z całego zestawu najbardziej pozostaje też w pamięci. Szkoda, że na trzeci singiel wybrano radośniejsze „Blue Sick”. Zdecydowanie większy ładunek emocjonalno-przebojowy ma „We Dead Hearts”. Doskonale sprawdza się też nieco bardziej energetyczny „7AM”.

Ale nie samymi chwytliwymi melodiami Ruin of Romantics stoi.

Choć podane przykłady pozwoliłyby im się całkiem zgrabnie wkręcić między przedstawicieli współczesnej śmietanki mrocznych dźwięków, o wyjątkowości tego albumu świadczą jego bardziej nastrojowe, ambientowe momenty. Jak blisko siedmiominutowy „From Above”, gdzie w tle nie brakuje elektronicznych pasaży rodem z „Dangerous Days”. Albo outro „Let Me Get Up”, gdzie znalazło się nawet miejsce dla saksofonu. Jest też w pełni instrumentalna miniatura „Ruin You”, której aż chciałoby się posłuchać w trakcie nocnego spaceru po lesie.

Choć Ruin of Romantics to zespół o ewidentnie gotyckim rodowodzie, udało mu się wypracować własny, unikalny styl. Stanowi go nie tylko muzyka, lecz i konsekwentnie fioletowa oprawa graficzna (a wydawało się, że taką kolorystykę wyeksploatowali The Birthday Massacre). Widać, że kwartet gruntownie przemyślał, co chce osiągnąć i bardzo udanie to zrealizował. Oby na jednym albumie się nie skończyło!

Podobało się? Rozważ postawienie mi kawy!
Postaw mi kawę na buycoffee.to
The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor. Współpracował m.in. z portalami CD-Action, Stopklatka i Antyradio. Po godzinach pisze opowiadania cyberpunkowe i weird fiction. Zafascynowany chaotycznym życiem szczurów.

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

0 komentarzy do "Ruin of Romantics – Velvet Dawn"Dodaj swój →

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.