Waltari – Space Avenue

To nie pierwsza wizyta szalonych Finów z Waltari (nie, to nie inna nazwa „The Dudesons”) na tej stronie. Jak dobrze zresztą wiedzieć powinniście, jakiś czas temu roztrząsałem się nad ich ostatnim krążkiem w osobnym tekście. Trochę głupio się przyznać, ale właśnie od niego zacząłem się wgłębiać w przeszłą twórczość tej fińskiej kapeli. Muszę powiedzieć, że nie było to coś normalnego, a niemal 30-letni okres istnienia grupy (!) tym bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że trafiłem na coś wyjątkowego. Tak, tak, pewnie wyczujecie we mnie jakiś tryb fanboya, ale zapewniam was – nie wszystkie ich albumy przypadły mi do gustu (tylko większość). Może kiedyś wezmę się za jeden z tych, który podoba mi się najmniej, ale w tym tekście tematem będzie krążek, który uważam za ich najlepszy w karierze. A cyfra jego to…

Nie będzie dokończenia poprzedniego zdania. Potrzebowałem efektownej końcówki, a właśnie ta przyszła mi na myśl. Wróćmy jednak do konkretnego tematu, którym jest „Space Avenue” z 1997 roku. Już po samej okładce widać… no właśnie, co widać? Kilku ziomków ze świecącymi soczewkami gogli. Wystarczy jednakże dokonać oględzin zdjęć wkładki z płyty/kasety/czegokolwiek, aby się domyślić, że w tym przypadku kapela była konsekwentna pod względem image’u. Ale czy w tym przypadku ogólna tematyka w jakiś sposób odbiła się na brzmieniu utworów oraz ich kompozycji? Jeżeli czytaliście poprzedni tekst o nich na jeszczenie.pl, to z pewnością pamiętacie o ich braku poszanowania do jakichkolwiek granic oraz konwencji. Ale – uwaga, mądre stwierdzenie – podważenie autorytetów pozwoliło nam ewoluować, a co jak co, ale Waltari coś o tym wiedzą.

„Space Avenue” to z pewnością najlżejszy i najmniej metalowy krążek w dorobku finów, ale nie od początku ich istnienia, lecz od początku zabaw z muzyką metalową (gdyż na początku grali punk rock z delikatną domieszką rapu). Tak więc jeżeli oczekujecie gitar kruszących czaszki, tutaj je zastaniecie, ale tylko na poziomie „wybijamy zęby”, w dodatku tylko mleczne. Co przez to rozumieć? Wiosełka są, słychać je, ale mają taki jakby bardziej rockowy pazur, co w przypadku tego albumu nie jest wadą. Perkusja jest… taka sobie. Naprawdę, zdarzało mi się słyszeć je i lepszej jakości, i w lepszym wykonaniu. Chociaż muszę przyznać, że momenty, gdy brzmi tanecznie i syntetycznie, są świetne. Wokale Kärtsy’ego mają taką magiczną umiejętność, że przez te trzydzieści lat nie zmieniły się prawie w ogóle. Na „Space Avenue” jego wokalizy są często przepuszczane przez różnorodne filtry, na przemian ze zwykłym głosem. To, co najlepsze, zostawiłem na koniec. Nazwa albumu nie jest przypadkowa, bo cały krążek jest utrzymany we właśnie takim „kosmicznym” brzmieniu. A duża zasługa w tym…

…elektroniki! Właśnie to wydawnictwo jest najbardziej elektronicznie brzmiącym dzieckiem Waltari w całej ich dyskografii. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w godzinie czasu upchnęli aż tyle synthów. Duża w tym zasługa jednej z legend sceny muzyki industrialnej – samego Rhysa Fulbera znanego m.in. z Fear Factory i Front Line Assembly. Czuć i słychać, że Kanadyjczyk starał się osiągnąć wraz z kapelą ten „kosmiczny” efekt brzmienia. Gdy przeczytałem na internetach o tym, że właśnie Rhys pomagał im przy tym albumie, to nie byłem w stanie w to uwierzyć z jednego powodu – po prostu nie spodziewałem się po Waltari, iż nawet z nim będą współpracować. Wiem, że obracają się w różnych kręgach muzycznych, ale tym mnie kupili już całkowicie. Mam wymienić ulubione utwory? Z miłą chęcią! „Walkin’ In The Neon” pompuje energię do tańca w dużych ilościach – duża zasługa w tym czarnoskórej wokalistki Anity Davis, której głos całkiem przyzwoicie pasuje do tanecznego brzmienia kawałka. „Purify Yourself” natomiast wpada w ucho gościnnym występem Apocalyptiki (pojawili się oni też w utworze „Look Out Tonite”). „Stars Are Shining” ma natomiast ten dziwnie melodyjny refren, który kojarzy mi się z innym utworem (może wiecie jakim?). Natomiast mistrzostwem, które jest wręcz symbolem albumu i – według mnie – jednym z NAJLEPSZYCH utworów Waltari w historii, jest „Far Away”. Utwór numer 2, długości 4 minut i 52 sekund. Ma w sobie… to coś, tę duszę. Jest uzależniający, melodyjny, chwytliwy i wpadający w ucho, a jednocześnie przemyślany i pod względem elektroniki wręcz wymiatający. Słuchając go, często pojawia się u mnie jakby uczucie nostalgii za tamtymi latami. Nie wiem, jak udało się to upchnąć Waltari w jednym kawałku, ale chylę czoła.

Często – gdy tylko o nich pomyślę – zastanawia mnie jedno. Już tyle lat są na scenie, grali z wieloma artystami, ba! Stworzyli operę i performance na scenę z Tarją Turunen, a w przyszłym roku minie dokładnie 30 lat, odkąd funkcjonują jako kapela, a mimo wszystko są mało znani. Gdy pytasz ludków „znasz jakieś fajne kapele metalowe z Finlandii?” to oni odpowiadają „Ensiferum, Korpiklaani, Finntroll, Children of Bodom” [dobrze, że nie odpowiadają ci HIM – dop. rajmund], mimo że to właśnie Kärtsy i spółka są bardziej wartościowi niż wszystkie te kapele razem wzięte. Jeżeli więc masz ochotę posłuchać sobie lżejszej odmiany metalu z ogromem elektroniki i świetnych melodii – sięgaj po „Space Avenue”. Bo naprawdę warto.

The following two tabs change content below.

Danny Neroese

Nie przepada za mówieniem o sobie. Ekscentryk i samotnik. Ceni swój wyjątkowy gust muzyczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *