Valor – La Lune Noire

W latach 80. zeszłego wieku, kiedy scena komputerowej rozrywki w końcu została udostępniona szerszej gawiedzi, oczywistym się stało, że gry wideo nie będą tylko oparte na odbijaniu kilkupikselowej kropki od dwóch belek. Ludzie, posiadając coraz mocniejszy sprzęt, byli w stanie tworzyć coś bardziej skomplikowanego. Jednym z przykładów tej twórczości są tzw. dungeon crawlery, których złota era przypada właśnie na lata 1980-1990. W większości wypadków chodziło w nich o to, że zaczynałeś jako zwykły ludź bądź nieludź w więzieniu lub lochu, który na każdym kroku był wyposażony w pułapki oraz różne stwory. Jednakże o ile gatunek sam w sobie prawie wyginął [oj, jeszcze się odrodzi: vide Legend of Grimrock – dop. rajmund], o tyle jedna jego część nadal funkcjonuje. Mowa tu oczywiście o muzyce.

O tej prostej, ośmio- lub szesnastobitowej muzyczce, która zawsze nam przygrywała w tle, jednakże tworzyła klimat: właśnie takiego starego, opuszczonego i mrocznego lochu, pełnego niebezpieczeństw. I od tego powstała muzyka nazywana dungeon synth. Zaś „La Lune Noire” – album Valora, projektu pewnego Fina – jest jednym z przedstawicieli owego rodzaju muzyki, który – co zabawne – pasuje do określenia „dungeon”. Zapytacie dlaczego? No właśnie, a słyszeliście kiedyś takie określenie? Założę się że nikt, kto aktualnie czyta te słowa, wcześniej nie słyszał o takiej muzyce, i nie dziwię się. Dungeon synth jest zazwyczaj wydawany na kasetach, jakość nagrań jest jak z piwnicy, zaś klimat oraz tematyka utworów jest bardzo, ale to bardzo nietypowa i nie dla każdego. No i zapomniałbym również o tym, że często jest kojarzony z atmosferycznym black metalem, a to już totalne ekstremum.

No ale przejdźmy do sedna sprawy. Czym wyróżnia się Valor na tle innych autorów takiej muzyki? Niczym. Totalnie niczym. Atmosfera starego zamczyska i lochów jest? Jest. Niska jakość nagrania jest? Jest. Wydanie na kasecie jest? Jest. Dodatek skandynawskiego rodowodu tylko wzmacnia efekt, ale nie dziwcie się, gdyż taka jest ta muzyka. Kocha się ją albo nienawidzi. A Valor? Uwielbiam, po prostu uwielbiam to, co zmajstrował na tym trzydziestominutowym nagraniu. I wcale nie przeszkadza mi jego jakość niczym z kalkulatora, ani schematyczność, ani ilość utworów. A dlaczego? Bo wszystko tutaj jest oparte na atmosferze.

Na tych wolno przewijających się padach, na samplach grzmotu, jakiegoś dziwnego krzyku, uderzenia wielkiego dzwonu oraz zawodzenia niewiast. A nastrój towarzyszący tym dźwiękom – cudo! Ten niesamowity klimat! Słuchając „La Lune Noire” miałem wrażenie, jakbym przemieszczał się po komnatach starego, opuszczonego zamczyska w Karpatach. Mroźny, zimowy wiatr hulałby po korytarzach, śnieg powoli przykrywałby dach zamku, zaś księżyc w pełni przebijałby się przez nocne niebo przykryte chmurami. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem kupiony w całości.

Szkoda tylko, że to jedyne wydawnictwo Fina, w dodatku z 1996 roku (więc niedługo będzie dwadzieścia lat!), bo jest naprawdę świetne. Ma wszystko co prawilny dungeon synth mieć powinien. Cóż mogę więcej rzec na zakończenie, skoro wszystko już napisane zostało wcześniej? Jedynie namawiać do odkrywania mrocznego, niesamowitego i wyjątkowego świata, jaki tworzy Valor oraz inni mu podobni. Bo to naprawdę magiczny świat.

The following two tabs change content below.

Danny Neroese

Nie przepada za mówieniem o sobie. Ekscentryk i samotnik. Ceni swój wyjątkowy gust muzyczny.

Ostatnie wpisy Danny Neroese (zobacz wszystkie)

0 komentarzy do "Valor – La Lune Noire"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *