Type O Negative – The Origin of the Feces

Od kilku lat 14 kwietnia, po zachodzie słońca otwieram czerwone wino i włączam DVD „Symphony for the Devil” z zapisem koncertu Type O Negative, aby powspominać niesamowitą postać, jaką był frontman, basista, mózg i dusza tejże kapeli: Peter Steele. Gdy pięć lat temu wiadomość o jego śmierci zalała internet, wszyscy pomyśleli, że jak to… znowu? Zespół, znany ze swego wybitnie czarnego poczucia humoru, umieścił dziesięć lat temu na swojej oficjalnej stronie zdjęcie nagrobka, na którym widniało „Peter Steele Free at last 1962 – 2005”. Teraz jednak nie był to żart i zawsze kiedy o tym pomyślę, mam w głowie fragment jego tekstu: Three steps forward, two steps back / Without warning, heart attack.  Ale tak to już jest ze śmiercią. To jedyna kolej rzeczy, której jesteśmy absolutnie pewni, że się wydarzy, a i tak zaskakuje za każdym razem.

W wywiadzie z czasów czwartej płyty, „October Rust”, Peter przedstawił nam swój pogląd na ten temat: Well the way that I would like to die is that I would really like to die with a woman. Kind of make this pact. A romantic thing. I’ve got this thing for fire, where I just find it the most erotic thing, so I want to burn. I want to get into a bed soaked in gasoline and I want to have sex with her and as we’re both cumming, put the bed on fire.

Taki właśnie był Peter Steele, czy raczej Petrus Ratajczyk (tak jest, babcia była Polką). Miłośnik kobiet, często cierpiący z ich powodu, bo największą wartość i siłę mają uczucia towarzyszące oddaniu się drugiej osobie całkowicie, a gdy nagle świat wali się na łeb, następuje mozolne odkopywanie się spod gruzów. Słychać to na każdym kroku w jego niesamowicie osobistych tekstach, które są opowieściami o jego związkach, o ich utracie, o zmaganiach z używkami, śmiercią bliskich, depresją. Nie ma tu świętości. Jest szczerość – do bólu. Przy akompaniamencie gotycko-doomowej muzyki, ciężkich, ale melodyjnych riffów, specyficzna atmosfera krystalizuje się natychmiastowo. Jego introwertyczne usposobienie, nieśmiałość, niska samoocena i fakt, że musiał zwalczać tremę sceniczną, wypijając ogromne ilości wina na każdym koncercie, gryzą się niejako z jego wyglądem. Ach Peter… Ile tysięcy dziewcząt i kobiet obezwładnił swym niskim, barytonowym głosem, tekstami pełnymi namiętności, genialną muzyką oraz onieśmielającą, charyzmatyczną i elektryzującą zarazem prezencją.

Dziś posłuchacie „Origin of The Feces”, najlepszej płyty koncertowej nagranej w studiu. Tak, dobrze przeczytaliście. Z pewnością niejeden słuchacz nabrał się swego czasu (ze mną włącznie) na ten wybitny dowcip, który kapela sprezentowała swojej wytwórni. Roadrunner Records zażyczyło sobie po wydaniu ich pierwszej płyty, „Slow, Deep and Hard”, albumu live. Chcecie, macie. Ekipa, która zna się z podwórka, w składzie Peter Steele na wokalu i basie, Kenny Hickey na gitarze i w chórkach, Josh Silver za keyboardem, Sal Abruscato za bębnami (którego miejsce od „October Rust” zajął Johnny Kelly), wystawiła im środkowy palec. Za minimalną kwotę z wynagrodzenia, które dostali, zdołali nagrać (pewnie jeszcze bardziej po kosztach, w piwnicy Josha) album brzmiący tak, jakby to było idealnie zremasterowane nagranie z koncertu. Da się? Oczywiście. Zawarli na niej prawie wszystkie numery z ich debiutu, tylko inaczej ponazywane i trochę przearanżowane oraz dwa nowe w postaci coverów.

W jednym z wywiadów Peter wspomniał, że „Slow Deep and Hard” to resztki, które zostały po Carnivore – zespole, w którym działał przed powstaniem Type O Negative. I to prawda, bo jest jeszcze surowo, agresywnie, słychać thrashowo-punkowe naleciałości, które sprawiają, że album różni się brzmieniem od późniejszych płyt. „Origin of the Feces” to doszlifowana wersja ich debiutu. Jest jedną z moich ulubionych płyt i w zasadzie to do niej wracam najczęściej. Ukazuje charakter Type O i samego Petera najpełniej ze wszystkich albumów w ich dorobku. Znajdziemy tu wszystkie elementy świadczące o jego wrażliwości, łącznie z przykładami jego poczucia humoru na czele.

Peter o debiucie : The whole first Type O record, I exposed my weaknesses to the world. I told them I got fucked over. It was therapy. Bez spięcia mógł więc wyrzucić ze swego wnętrza wszystko, co zalegało po bolesnym i destrukcyjnym rozstaniu, jakie miało miejsce wówczas w jego życiu. Ubrał to dodatkowo w historię, która na „Origin of the Feces” uporządkowana jest już chronologicznie. W „I Know You’re Fucking Someone Else” dowiadujemy się, że zdradziła go ukochana. Zaczyna kwestionować, czy strach przed samobójstwem jest na tyle silny, aby go przed tym powstrzymać („Are You Afraid”). Utrzymuje się w przekonaniu o bezsensowności swego bytu, zwłaszcza, że cała jego miłość została zmiażdżona, a siłą, która powaliła go na kolana, była najdroższa mu kobieta („Gravity”). Postanawia więc się zemścić, wyobrażając sobie tortury, jakie ją czekają w zamian za ból, z którym go zostawiła („Pain”), a nienawiść, gniew i wściekłość zmieniają go w kogoś, o kim nie miał pojęcia, że może się kiedykolwiek stać („Kill You Tonight”). W „Hey Pete” wybiera się już z siekierą na poszukiwania, a w „Kill You Tonight Reprise” znajduje ją na plaży w Brighton z facetem, z którym go zdradziła, więc zabija ich oboje. Nie daje mu to jednak żadnego ukojenia („Paranoid”).

Całe nagranie jest przełamane kąśliwym dialogiem z niezadowoloną publicznością, która zachowuje się tak, jakby była tu z przypadku albo za karę (skandowanie You suck! mówi samo za siebie). Jak na dobry podrabiany koncert przystało, jest nawet ogłoszony alarm bombowy. Psy policyjne oczywiście nic nie znajdują, koncert jest wznowiony, a Peter wita zebranych słowami I guess this ain’t your lucky day, huh? Let’s just get this over with. Jedyny aplauz dostają, gdy Peter przekazuje im, że za chwilę zagrają ostatni numer. Miejscami czarny, zawsze sarkastyczny humor towarzyszy muzykom od początku ich kariery, co wynika z ich charakteru i podejścia do życia. Weźmy chociażby okładkę, która w oryginale przedstawia Petera od tej strony, a w łagodniejszej wersji widnieje na niej „Danse Macabre” Wolgemuta, bo oczywiście również pasuje.

Pierwszy cover na płycie to „Hey Pete”, adaptacja „Hey Joe” znanego głównie w wersji Jimmiego Hendrixa, jednak prawa autorskie zarejestrował w 1962 roku Billy Roberts, szkocki pieśniarz folkowy. Drugi numer to „Paranoid” z repertuaru Black Sabbath, od których czerpali inspiracje i – jako że dorastałam przy Type O, a nie przy Ozzym – to właśnie z coverem jestem bardziej zżyta niż z oryginałem. W morzu swoich własnych wersji utworów znajdziemy też na innej płycie epicki „Black Sabbath” z tekstem napisanym z punktu widzenia Lucyfera. Swoją drogą, przezabawne są historie, gdy człowiek rozkocha się w utworze, nie wiedząc, że to cover, potem nagle słyszy oryginał i jest konsternacja. „Hurt” że niby nie Cash, „Tainted Love” że niby nie Manson, potem że nie Soft Cell i że nie Coil nawet. Dwa najbardziej drastyczne przypadki z życia wzięte, ale hej, uczymy się przez całe życie.

Dodatkowo uśmiałam się przeglądając wkładkę do kasety (!), w której “all songs are mutilated and arranged by Peter Steele”, a zamiast standardowych słów podziękowań widnieje „Type O Negative would like to deeply apologize to the following for being unfortunate enough to be involved with us in one way or another”. Kenny w związku z tym przeprasza na wstępie jednego z technicznych za zostawienie go samego w Amsterdamie, bo skąd miał wiedzieć, że ci kolesie przystawią pistolet do jego głowy i zabiorą mu całą kasę. Podany jest również adres do wysyłki listów, zażaleń, gróźb i bomb.

Zawsze, gdy słucham “Hey Pete”, mam przed oczami ich koncert w Warszawie z 14 czerwca 2007 roku, który już na zawsze zostanie w pierwszej piątce najlepszych koncertów mojego życia i grzechem byłoby o nim nie wspomnieć. Bo nieważne, że czekaliśmy wszyscy przez godzinę w stłoczonej Stodole, spoceni od minuty czwartej, zmuszeni najpierw do słuchania pojękiwań bezsensownej Desdemony, którą wszyscy wygwizdywali. Jak wszedł Peter, który był jeszcze bardziej gigantyczny niż w moich snach, nastało istne szaleństwo. Nieważne, że przede mną był kocioł i prawie zostałam przez niego skrzywdzona (a trzeba było się dopchać jak blisko się da przecież). Nieważne, że przede mną latali obleśni kolesie bez koszulek. Usłyszałam na koncercie wszystko, co bym chciała. „Black No.1” i „Christian Woman” – oczywista oczywistość, wszyscy darli się jak mogli. „Kill All the White People” i „We Hate Everyone” – sieczka maksymalna, ogień, apokalipsa i nie wiem jakim cudem mnie nikt nie staranował wtedy. Publika tworzyła jeden wielki, żywy i spójny organizm. Między numerami Peter zobaczył wśród fanów polską flagę, która po chwili zawisła na pulpicie zamontowanym obok niego. Ukłon w stronę jego polskich korzeni, spotęgowany był gestem ucałowania jej przed oddaniem właścicielom. Z płyty „Dead Again”, którą wtedy promowali, nawet nie zarejestrowałam, co grali, bo rozpłynęłam się przy „Hey Pete”, gdy w idealnym momencie ludzie przede mną się rozstąpili i byłam dosłownie na przeciwko gitarzysty Kenny’ego, z którym wykrzyczałam z całych sił „where you gonna gooooO”. Na „Love You to Death” wszyscy się uspokoili, Peter żłopał wino, grając od czasu do czasu butelką na basie, Josh pokazywał tyłek, Johnny kamerował nas parę razy, a ja wyszłam z tego koncertu jako najszczęśliwsza miss mokrego, zielonego podkoszulka.

W zeszłym roku Jeff Wagner, amerykański dziennikarz muzyczny, targnął się na wydanie napisanej przez siebie książki o Peterze – „Soul on Fire”. Nawet ci, którzy na początku byli negatywnie do niej nastawieni, po przeczytaniu zmieniali zdanie, co tylko świadczy o tym, że lektura oddaje w pełni obraz muzyka i może być ciekawym zbiorem opowieści z jego życia. Natknęłam się we wkładce do kasety „Bloody Kisses” na przesłanie od Petera, które ukazuje po raz kolejny jego udręczone serce. Nie był on jedyny, wielu z nas dobrze o tym wie. Stay negative.

„THIS ENTIRE OPUS IS RESPECTFULLY DEDICATED TO ALL THOSE WHO LOVED UNCONDITIONALLY ONLY TO HAVE THEIR HEARTS UNANAESTHETICALLY RIPPED OUT: BASE NOT YOUR JOY UPON THE DEEDS OF OTHERS, FOR WHAT IS GIVEN CAN BE TAKEN AWAY. NO HOPE = NO FEAR. – PETER”

The following two tabs change content below.

psyche_violet

Zatraca się w dźwiękach bezwstydnie przeszywających duszę, wszystkim co ma smyki albo cięższych brzmieniach. Miłośniczka s-f i astronomii. Serialoholik. Prawie perkusistka. Życiowa dewiza: spiral out - keep going.

3 komentarzy do "Type O Negative – The Origin of the Feces"Dodaj swój →

  1. Koszulkę z motywem „Express yourself -just say yes” mam do dziś. Przerobiłem trochę, nie ma na niej motywu nakrętki po środku (trudno było zrobić, a robiłem to jakieś 15 lat temu). Koszulka dotrwała do obecnych czasów, bo rzadko ją noszę. Głupio wygląda na piersi czterdziestolatka 😉
    Moim ulubionym albumem jest „Bloody Kisses”, mam go na CD, ale wspominany w tym poście „Origin of the Feces” miałem na kasecie, ale chyba komuś pożyczyłem, bo przeszukałem całą swoją kolekcję kaset (jest tego trochę) ale nie znalazłem….

Dodaj komentarz