Triptykon – Melana Chasmata

Thomas Gabriel Fisher a.k.a. Tom G. Warrior, bo o nim tym razem będzie mowa, pokazuje po raz kolejny, że demony, które w nim siedzą, zamiast do autodestrukcji, przyczyniają się do stworzenia jeszcze jednego arcydzieła. Ale od początku… Założyciel i frontman legendarnej, szwajcarskiej grupy HELLHAMMER, która nagrała w latach 1981-1984 tylko trzy dema i EP-kę, ale zdążyła odcisnąć piętno na muzyce, przecierając szlak black/thrash i death metalowi. Zespół został przekształcony w jeszcze bardziej legendarny CELTIC FROST, który zasłynął nowatorskim podejściem do extreme metalu, nieustannie rozwijając swój nietuzinkowy, trudny do sklasyfikowania styl, przez wielu nazywany avant-garde metalem.

To oni zainspirowali tak zwaną drugą falę black metalu, która rozwinęła się na początku lat dziewięćdziesiątych. Ich trzeci album, „Into the Pandemonium” wydany w 1987 roku, przyczynił się do tego w największym stopniu. To na nim najbardziej eksperymentowali z gatunkami, przedstawiając nam połączenie metalu z muzyką symfoniczną czy z wprowadzeniem kobiecych wokali. Nie zabrakło również elementów industrialnych czy gotyku. Warrior, inspirowany historią, wykorzystał na okładce fragment tryptyku Hieronima Boscha „The Garden of Earthly Delights”, a dokładniej górną część prawego skrzydła obrazu pod adekwatnym tytułem „Piekło muzykantów”.

Nie obyło się bez wpadek. Jak sam Warrior stwierdził o kolejnym albumie Celtic Frost: Cold Lake is the absolute lower limit of whatever can come from my mind. It is an utter piece of shit, and that’s not crass enough to describe it. Dodając jeszcze, że gdy tworzy muzykę, kiedy jest przeszczęśliwy, efekt pozostawia wiele do życzenia. Z racji osiągnięcia schyłku muzycznych możliwości, Celtic Frost został rozwiązany w 1993 roku po nagraniu jeszcze jednego krążka. Wskrzeszenie na początku 2001 roku zaowocowało wydaniem pięć lat później jednego z najgenialniejszych black/doom metalowych albumów w historii: „Monotheist”.

Niestety po trasie koncertowej Fisher oznajmił w 2008 roku, że jest zmuszony opuścić zespół, który był dorobkiem jego życia, z powodu (delikatnie mówiąc) piętrzących się, wieloletnich nieporozumień wewnątrz zespołu. Światek muzyczny zamarł w zdziwieniu po raz drugi. Całe szczęście nie na długo.

Tom zabrał ze sobą materiał, który tworzył z myślą o następcy „Monotheist” (jako że to on zawsze był trzonem zespołu, odpowiedzialnym za kompozycje, teksty, wokale) i powołał do życia swój trzeci i finalny occult extreme metal band, TRIPTYKON. Pierwsza płyta nagrana pod tym szyldem, „Eparistera Daimones” („to my left, the demons”), ukazała się w 2010 roku, natomiast pół roku po niej: EP-ka „Shatter”. Na gruzach Celtic Frost powstało podobne, lecz oryginalne i niepowtarzalne brzmienie. Miało być ciężej i mroczniej, a zostaliśmy zaproszeni na bifor przed bramami piekieł. Unikalny styl po raz kolejny łączy przede wszystkim doom i black, jednak nadaje im kiedy trzeba niesamowitej melodyjności, agresji, ekstremalnego tempa czy łagodności.

W kwietniu tego roku wydana została kolejna płyta, „Melana Chasmata” („deep, dark valleys/depressions”). Kolejny majstersztyk. Równie ciężka i (zgodnie z tytułem) naszpikowana melancholią w takim samym stopniu, jak agresją. Bardziej introspektywna, co daje się odczuć wolniejszym tempem i skrzętnie budowaną atmosferą. Ciemność wita nas z otwartymi ramionami, nie ma innej możliwości niż dać się pochłonąć.

„Melana Chasmata” od pierwszego numeru, „Tree of Suffocating Souls”, uderza w nas potężną dawką agresji. Mimo że początkowo jest miejscami jednostajnie (kawałek trwa w końcu osiem minut, jak większość), to w połowie trzeciej minuty zaczyna się to, co w Triptykonie najlepsze: zwolnienie tempa, nasycona perkusja i wokal. Następująca po nich krótka solówka zaskakuje odmiennością. Gitary akustycznej w Triptykonie jeszcze nie (.pl) słyszałeś. „Boleskine House” jest ucieleśnieniem brzmienia tego zespołu. Klimatyczna walcowatość budująca napięcie, wokal podparty pojedynczymi uderzeniami perkusji, idealnie współgrającymi z soczystym basem. Kobiecy głos towarzyszący Tomowi doskonale się z nim stapia (ukłony dla Simone Vollenweider, której gościnne wokale zadomowiły się na stałe w twórczości Warriora od czasu „Monotheist”).

Tytuł utworu odnosi się do posiadłości Aleistera Crowleya nad jeziorem Loch Ness, w której to odprawiane były przez niego rytuały związane z czarną magią, a samo miejsce związane jest z niezliczoną ilością tragedii (urban legend głosi, że dom został wybudowany na gruzach kościoła, który spłonął wraz z wszystkimi zgromadzonymi na mszy). Przerażające, jednak teksty Warriora odnoszą się często do nieuchronnej śmierci, której daty nie zna nikt, a niesłabnąca inspiracja filozofią Crowleya sięga jeszcze początków Celtic Frost.

Nieodłącznym elementem twórczości lirycznej Toma jest jej symbolika. Są jednocześnie bardzo osobiste i dotykają wielu wewnętrznych dramatów muzyka. Teksty ociekają bólem, melancholią i cierpieniem, nie pozostawiając żadnej nadziei. Uczucia te z pewnością nie są tylko kreacją stworzoną na potrzeby typowo black metalowego wizerunku. Na obu albumach artysta wykorzystał swoją nienawiść, niekończący się żal, rozczarowanie i frustrację po niezwykle bolesnym rozpadzie nie tylko zespołu, lecz także przyjaźni, zakończonej sztyletem w plecach. Teraz ma skład, na który może liczyć i miejmy nadzieję, że tak pozostanie.

„Altar of Deceit” wita nas ponownie łagodnym początkiem, tempo jest takie samo, jak w poprzednim utworze, z przewaga mocarnych riffów i równie urzekającą solówką pod koniec. Drugi singiel, który usłyszeliśmy przed wydaniem płyty, to „Breathing”. Propozycja dla słuchaczy oddanych black metalowi. W przypadku każdej twórczości Warriora doświadczamy oczywiście fuzji gatunkowej. Nie brakuje elementów groove’u czy thrashu.

„Aurorae” zaś jest najbardziej spójnym utworem, który porywa nas jak rzeka i tak samo się też rozwija. Słyszymy stały rytm perkusyjny i zapętlony riff gitarowy, który robi się coraz donośniejszy. Niczym niewielki strumień wypływający ze źródła, przemieniający się w wartki potok (zastanowilibyśmy się dwa razy przed jego przekroczeniem). Gdy Tom kończy rozliczać się ze swoją przeszłością i w tekście pada zaakcentowane A spirit wasting away, rzeka z całym swym pędem zamienia się w huczny wodospad. Przyznam, że jest to jedyny numer tego zespołu, który mógłby trwać bez końca. Sześciominutowa podróż mogła by zostać zdecydowanie wydłużona, co najmniej o drugie tyle.

Nie można pominąć kwestii doboru okładki. Po raz trzeci zespół współpracował z genialnym artystą Hansem Rudolfem Gigerem, który był przyjacielem i jedną z nielicznych osób wspierających Toma Fishera od samego początku jego kariery, czyli od lat osiemdziesiątych. Tym razem płytę zdobi jego dzieło „Mordor VII”. Giger zaproponował Tomowi niemal trzydzieści lat temu wykorzystanie swojego obrazu „Satan I” , który znalazł się na okładce drugiej płyty Celtic Frost, „To Mega Therion” z 1985 roku (i tak, stąd właśnie nazwa zespołu Therion). Po raz drugi artysta udostępnił muzykowi jeden ze swoich najbardziej kontrowersyjnych obrazów, który reprezentuje pierwszą płytę Triptykonu, „Eparistera Daimones”, a mianowicie „Vlad Tepes”.

W japońskiej wersji pojawił się bonusowy numer: „Into Despair”. Szkoda, że nie został umieszczony na europejskich wydaniach, bo jest bardzo dobry (mówiąc szczerze, jaki ich utwór nie jest?). Tom nie przestaje mieszać stylistyk i tutaj. Słyszymy zarówno charakterystycznie wykrzyczany wokal, jak i wolniejsze, eteryczne, doomowe tempo. Gdy pod koniec pojawia się damski głos, odczułam, że dodany został nieco na siłę. Wyszedł dość sztucznie i jest jak dla mnie całkowicie zbędny. Po przesłuchaniu po raz n-ty zapewne przestanę narzekać i będę nucić razem z nią. „Demon Pact” już po tytule mówi nam wszystko, co musimy wiedzieć. Wydeklamowany łaciński wers Adora deum tuum, creatorem tuum potęguje diaboliczną atmosferę, mimo że oznacza wprost przeciwnie: Adore thy God, thy Creator. Tom dodaje po nim My lord redeemer, I shall deny you entry into my mind. Przewrotność i cynizm zawsze w repertuarze.

W „In the Sleep of Death” (tak jak i w „Into Despair”) słyszymy przeciągane wokale Toma, przypominające stare, dobre czasy Celtic Frost. Warrior zdążył nam już udowodnić, że długie kompozycje wychodzą mu wyśmienicie i w żadnym wypadku nie nużą słuchacza. Są doskonale przemyślane, a różnorodność poszczególnych partii tworzy w pełni integralną aranżację. Od „Synagoga Satanae” (14:25) z „Monotheist”, poprzez „The Prolonging” (19:22) z „Eparistera Daimones”, do „Black Snow” (12:25) z tegorocznej płyty.

Kolejną częścią wspólną tych trzech albumów jest umieszczenie najłagodniejszego utworu na końcu/przedostatnim miejscu. Na „Monotheist” jest to wzruszający „Winter” z samymi instrumentami smyczkowymi, ”Eparistera Daimones” ma swój przepiękny gotycko-doomowy „My Pain” z damskim wokalem w roli głównej, a teraz dostaliśmy „Waiting”. Początek utworu w niesamowity sposób uchwycił moment oczekiwania na śmierć, która już prawie przeszła próg naszego domu. Cisza, delikatne brzmienie basu i kobiecy głos, który… Nie wiemy, czy pochodzi z niebios, czy kamufluje swoje pochodzenie z czeluści piekieł… Znając Warriora, raczej to drugie. Pierwszy raz muzyka wywołała we mnie takie dramatyczne skojarzenie, cel osiągnięty, Mr. Fischer.

Za produkcję, mastering i nagranie materiału, tak jak przy poprzednim albumie, odpowiedzialny był Warrior oraz gitarzysta V. Santura, który udzielał się również wokalnie (growlowo, będąc dokładnym). Po części w jego studiu nagraniowym Woodshed Studio w południowych Niemczech oraz w sali prób muzyków w Zurychu. Warto wspomnieć, że za brzmienie gitary basowej odpowiedzialna jest utalentowana przedstawicielka płci piękniejszej, Vanja Slajh. Można by rzec, że po wokalu Toma, to właśnie bas jest drugim wyróżniającym elementem, który nam się „rzuca w uszy”.

Jednocześnie pod względem całościowym nie odnajdziemy nigdzie drugiego takiego brzmienia, jakie przedstawiają nam muzycy. Tak jak „Eparistera Daimones” miała być od samego początku kontynuacją ”Monotheist”, tak tegoroczna płyta „Melana Chasmata” brzmi jak jej dojrzalsza siostra. To też swego rodzaju nierozłączny tryptyk (do czasu kolejnej płyty) i kto nie znał wcześniej, ma co nadrabiać. Gwarantuję natychmiastową fascynację, która z każdą płytą umacnia nas w przekonaniu, że najlepsza muzyka pochodzi z głębi udręczonej duszy.

This mind is tired of war.

Of misery and pain.

A spirit wasting away.

The following two tabs change content below.

psyche_violet

Zatraca się w dźwiękach bezwstydnie przeszywających duszę, wszystkim co ma smyki albo cięższych brzmieniach. Miłośniczka s-f i astronomii. Serialoholik. Prawie perkusistka. Życiowa dewiza: spiral out - keep going.

9 komentarzy do "Triptykon – Melana Chasmata"Dodaj swój →

  1. Melana Chasmata to potwór, który rośnie za każdym przesłuchaniem Nawet nie wiem jak to opisać – jedna z najlepszych płyt jakie słyszałem w życiu. nie mogę przeststać słuchać od ponad miesiąca…. Miazga

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *