TOP10: Najlepsze płyty Davida Bowiego

Wciąż nie opadły nasze zachwyty po „Blackstar”, ale jest wielce prawdopodobne, że ostatni krążek zainteresował też twórczością Davida Bowiego zupełnie nowych odbiorców. Specjalnie dla tych wszystkich, którzy nie znają na pamięć całej dyskografii Thin White Duke’a przygotowaliśmy subiektywny przewodnik po najważniejszych płytach w jego karierze. Co postawić na półce obok „Blackstar” i „The Next Day”? Oto nasza odpowiedź!

1. Hunky Dory (1971)

Już otwierający ten krążek utwór w bardzo dosłowny sposób zapowiadał zmiany. Stanowisko producenta opuścił Tony Visconti, ostatecznie wyklarował się skład, który rok później dał światu płytę o Ziggym Starduście, a sama muzyka przybrała bardziej piosenkowy, łatwiejszy w odbiorze charakter. To tu znalazł się pierwowzór kultowego „Starman”, inspirowany myślą nieztscheańską „Oh! You Pretty Things” oraz rozdzierająca serca ballada „Life on Mars”. Nic dziwnego, że „Hunky Dory” to żelazna pozycja w zestawieniach płyt wszech czasów oraz jeden z najważniejszych albumów Bowiego według niego samego.

2. The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders From Mars (1972)

Żeby zrozumieć jak ogromny wpływ na ludzi miał utwór „Starman” i jakiego kalibru był to przełom na raczkującej scenie rockowej lat siedemdziesiątych, trzeba chyba było żyć w tamtych czasach w Wielkiej Brytanii. Choć całkiem niezłe wyobrażenie daje pierwszy rozdział prawdopodobnie najlepszej biografii Davida Bowiego, zatytułowanej właśnie „Starman”, pióra Paula Trynki. Koncepcja wyimaginowanego alter ego w osobie – dosłownie – wyalienowanego Ziggy’ego Stardusta dała początek całemu glam rockowi i zrewolucjonizowała muzykę, co było widać choćby 25 lat później na „Mechanical Animals” Marilyna Mansona.

3. Aladdin Sane (1973)

A Lad Insane, czyli – jak zwykło się mawiać – amerykański sequel przygód Ziggy’ego Stardusta. Zabawy z kosmicznym alter ego, wielkie koncerty, sława, oczywiście narkotyki… Wszystko to musiało się odbić na artyście, czego dowodem jest ten krążek. Schizofrenia objawia się tu na każdym kroku. Obok kolejnych wycieczek w klasycznie rockową stronę (których apogeum stanowił cover „Let’s Spend the Night Together” The Rolling Stones) znalazło się tu miejsce dla jazzowej (tytułowy „Aladdin Sane”), a nawet kabaretowej awangardy („Time”). To również na tej płycie zadebiutował genialny pianista Mike Garson, którego pokochaliśmy później z płyt The Smashing Pumpkins i Nine Inch Nails.

4. Diamond Dogs (1974)

Na wiele lat ostatni concept album Bowiego, stanowiący jego własną wersję „Roku 1984” George’a Orwella. Po raz kolejny wiele się zmieniło: wokalista eksperymentował z nowym podejściem do pisania tekstów, zrezygnował z usług dotychczasowego zespołu, a do miksowania krążka (którego produkcją zajął się osobiście) zaprosił ponownie Tony’ego Viscontiego. Mimo niełatwej formy i politycznego przekazu, przyniósł jeden z największych przebojów w dorobku Thin White Duke’a: „Rebel Rebel”. Jednocześnie okazał się pożegnaniem z glamrockiem.

5. Low (1977)

Jest taki fragment we wspomnianej książce Paula Trynki, w którym David Bowie opisuje swoją podróż do Berlina, w trakcie której przejeżdżał przez Polskę. Jak zauważył sam tłumacz polskiego wydania, wizja ta była kompletnie oderwana od rzeczywistości i brzmiała bardziej jak relacja z Powstania Warszawskiego. Jeśli jednak trzeba było takiej hiperbolizacji, by miał powstać instrumentalny utwór „Warszawa”, apogeum mrocznej atmosfery całego „Low”, trzeba to Bowiemu wybaczyć. Szczególnie, że nowy pomysł na siebie, urzeczywistniony tu z pomocą nieocenionego Briana Eno, okazał się kolejnym epokowym konceptem, który odcisnął piętno na całym pokoleniu muzyków i do dziś jest często uznawany za jego najlepszy okres.

6. „Heroes” (1977)

Druga część tzw. trylogii berlińskiej nie robi może aż takiego wrażenia jako całość jak jej poprzedniczka, ale na pewno zasługuje na miejsce w tym zestawieniu już za sam utwór tytułowy, czyli tragiczną historię dwojga kochanków rozdzielonych Murem Berlińskim. Z gości oprócz Briana Eno pojawił się tu sam karmazynowy król w osobie Roberta Frippa. Bowie przestał kryć inspiracje Kraftwerkiem, nazywając nawet jeden z instrumentali „V-2 Schneider” w hołdzie Florianowi Schneiderowi. Podobno „Heroes” inspirował się sam John Lennon przy komponowaniu „Double Fantasy”, może więc wcale nie powinienem tak zdecydowanie stawiać tego albumu pod „Low”?

7. Scary Monsters (And Super Creeps) (1980)

Kolejna dekada, kolejne wcielenie Bowiego. Po z pewnością wybitnej artystycznie trylogii berlińskiej, tym razem zapragnął odbić sobie pod względem komercyjnym – co będzie miało swoje następstwa przez całe lata osiemdziesiąte. Ale „Scary Monsters” to jeszcze nie ta chwila, kiedy fani zaczną się od niego odwracać i posądzać o komercję. No bo jak tu nie zachwycać się takimi utworami jak tytułowy, „Fashion” czy przede wszystkim „Ashes to Ashes”: mrugnięcie okiem do „Space Oddity” i jeden z najbardziej chwytliwych motywów w całej karierze wokalisty. A wczytując się w teksty – szczególnie takiego „Teenage Wildlife” – łatwo było przewidzieć, że eksperymenty i nowa fala to już nie jego bajka…

8. Let’s Dance (1983)

Prawdopodobnie jedna z najbardziej kontrowersyjnych płyt wszech czasów. Krytycy i fani do dziś spierają się, czy to największa szmira, czy też wielkie osiągnięcie. Jednego jej na pewno odmówić nie można: to do dziś najlepiej sprzedający się krążek Bowiego, wciąż wzbudza żywe emocje, a jeśli jakieś radio gra jego przeboje, to najczęściej właśnie „Let’s Dance” i „China Girl” (na czym za każdym razem zarabia również jego współkompozytor, Iggy Pop). Dla samego Thin White Duke’a był to jednak początek wielkiego zagubienia. Mimo odreagowania z zespołem Tin Machine, musiało minąć kilka lat, zanim Bowie z powrotem doszedł do siebie…

9. 1. Outside (1995)

Choć nie wiem, czy można mówić o „dochodzeniu do siebie” w kontekście tego postmodernistycznego powrotu do formy concept albumu, który już w samym założeniu jawi się jako dzieło szaleńca. Oto David Bowie wymyślił sobie, że nagra pięciopłytowy cykl industrialno-freejazowych improwizacji na podstawie swojego futurystycznego opowiadania. W efekcie powstała jedna z najambitniejszych, a zarazem najwybitniejszych płyt w jego karierze. Niestety, ciężko było coś takiego wypromować, równie niełatwa okazała się trasa koncertowa u boku Nine Inch Nails, Bowie przerwał więc swój plan już po pierwszej części i wkrótce wrócił do pewniejszych, bardziej komercyjnych rejonów… Czego do dziś fanatycy „Outside” (w tym niżej podpisany) nie mogą mu wybaczyć.

10. Earthling (1997)

Kto czyta tego bloga regularnie, ten z pewnością nie będzie zdziwiony obecnością tej płyty w zestawieniu najlepszych płyt Bowiego. Pozostali zapewne będą jęczeć, że jak to „Earthling”, a nie „Station to Station”. I tak już połowę zestawienia zdominowały lata siedemdziesiąte, a „Earthling” – choć nie stanowił kontynuacji ambitnego „Outside” – był wyrazem dalszych poszukiwań wokalisty. Tym razem zawędrował na alternatywne dyskoteki, gdzie jungle’owe beaty rozbijały się w bajecznym klipie Florii Sigismondi do „Little Wonder”, niepokojące wokalizy zapętlały się w „Telling Lies”, a na całą imprezę wiózł nas prawdziwy psychopata, bo sam Trent Reznor z Nine Inch Nails. Jak nie kochać tej płyty?

To tyle z naszej strony – a jakie są Wasze ulubione krążki Bowiego?

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

7 komentarzy do "TOP10: Najlepsze płyty Davida Bowiego"Dodaj swój →

  1. Zawsze miałem problemy z płytami Bowiego, bo na każdej znajdował się minimum jeden utwór, który mnie ‚uwierał’ i sprawiał, że nie miałem ochoty do nich wracać. Ale dzisiaj zrobiłem test i posłuchałem wyłącznie tych wkurzających utworów. Już nie wkurzają. Zestarzałem się? Wyrobiłem muzycznie? Nie wiem. Ale zaczynam go słuchać od nowa. Jezu, jaki smutny dzień 🙁

  2. W moim osobistym rankingu na szczycie od zawsze „Hunky Dory”.
    A „Blackstar” leży sobie i jeszcze nie odważyłam się jej odsłuchać w całości. Za późno do mnie dotarła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *