The Soft Moon – Cafe Kulturalna, Warszawa, 28.9.2015

Od samego początku spodziewałem się, że to będzie niesamowity wieczór – nie podejrzewałem jednak, że jego niesamowitość rozpocznie się już w drodze na koncert. Jeśli czytaliście mój wywiad z Luisem, to na pewno pamiętacie, o jakim filmie mi opowiedział – historii Ritchiego Valensa, „La Bamba”. Siedząc w tramwaju rozmyślałem, co to się zaraz będzie działo, aż nagle moich uszu dobiegła znajoma melodia, której ktoś słuchał akurat na telefonie. To była właśnie „La Bamba”. What a weird coincidence – przyznał Luis, gdy przed koncertem opowiedziałem mu tę historię przy barze. Ale czy ktoś tu jeszcze wierzy w przypadki?

Nie będzie dużym nadużyciem, jeśli napiszę, że oczekiwałem po tym koncercie wiele. Typowałem go nawet do miana „koncertu roku”, bo przecież i tegoroczna płyta Soft Moona z miejsca podbiła me serce. Do pełni szczęścia brakowało mi jeszcze tylko doświadczyć tego materiału na żywo. Kulturalna nie zapowiadała się może na wymarzone miejsce na tę okazję (zwłaszcza biorąc pod uwagę frekwencję), ale jeśli wcześniej miałem co do tego wątpliwości, to teraz wszystko odszczekuję. Gdybym miał kogoś przekonać, czemu klubowe koncerty to najlepsze koncerty na świecie – zabrałbym go właśnie na The Soft Moon do Kulturalnej.

Bo tylko w takiej ciasnej, zatłoczonej knajpie była możliwość wytworzenia takiego klimatu. Nawet jeszcze przed samym występem, kiedy spokojnie można było natknąć się na Luisa przy barze czy w toalecie, ale i później, mając go już dosłownie na wyciągnięcie ręki, gdy wykonuje swoje piosenki. Nawet jeśli po raptem kilku utworach na jakiś kwadrans padł prąd (niestety norma w Kulturalnej) i mieliśmy niezamierzoną przerwę techniczną, zespół cierpliwie czekał na rozwiązanie sytuacji, a w międzyczasie zrobił krótką przygrywkę na perkusję i bębenki. Wszystko w sympatycznej, wręcz swojskiej atmosferze. Pod sceną nie brakowało oddanych fanów zespołu, którzy rozkręcali pogo i szaleli do swoich ulubionych piosenek. Nic dodać, nic ująć – tak właśnie w moim odczuciu powinien wyglądać koncert ulubionego zespołu.

Repertuarowo byłem nieco zaskoczony – jak na koncert w ramach trasy, która nazywa się „DEEPER TOUR”, utworów z ostatniej płyty The Soft Moon usłyszeliśmy dość niewiele. „Black” na otwarcie, „Far” na rozruszanie publiki po niefortunnej przerwie, „Being” na zakończenie podstawowego setu (ale to jest wymarzony zamykacz!), a w międzyczasie jeszcze „Try” i „Wrong”, które aż zachęcało do wykrzykiwania wokaliście you’re wrong / you’re right. Zabrakło przede wszystkim „Wasting”, ale coś czuję, że ten kawałek pozostanie takim rodzynkiem zachowywanym na specjalne okazje. Mimo to Luis ewidentnie zdawał się z nami drażnić i co chwila zaczynać piosenki dokładnie od takich dźwięków, od jakich zaczęłoby się „Wasting”.

Reszta to przede wszystkim trans, trans i jeszcze raz trans – to chyba jedyna naturalna reakcja słuchacza na piosenki z wcześniejszych płyt jak „Alive”, „Parallels” czy „Tiny Spiders”. Oczywiście nie zabrakło hiciorów: „Circles”, „Insides”, „Crush” i „Die Life”. Myślę, że każdy był taką setlistą usatysfakcjonowany. Luis był wyraźnie pod wrażeniem żywiołowych reakcji, co chwila podawał komuś pod sceną rękę, a przy bisach sięgnął nawet po kieliszek. Wszystko w atmosferze bliskości i równości, która byłaby nie do osiągnięcia na większym koncercie. Nie wątpię, że The Soft Moon jeszcze do naszego kraju wróci, podejrzewam jednak, że już w zupełnie innych okolicznościach. Tym bardziej poniedziałkowy koncert w zadymionej i zatłoczonej Cafe Kulturalna stanowił wyjątkowe przeżycie.

#Wasting co prawda nie zagrał, ale się przy nim podpisał. #TheSoftMoon #CafeKulturalna @the_soft_moon

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @el_rajmundo

56199e3068d61578a491aa41c3ec84a1Trzy słowa od Zeala

Na koncercie Joy Division nigdy nie byłem i z wiadomych względów już nie będę, ale za to udało mi się trafić na The Soft Moon. Można by powiedzieć, że poczułem się tego wieczora, jakbym cofnął się w czasie do momentu, w którym rodziły się te piękne, słodkie, post-punkowe dźwięki. Luis i spółka, mimo że grali na bardzo małej scenie, dali radę porwać tłum w wir swoich piosenek. Żałuję trochę, że akurat podczas „Into The Depths” padł prąd – welcome to Poland, heh. Pomimo 15-minutowej przerwy zespół co jakiś czas improwizował dla zabicia czasu – a mogli zagrać „Wasting” akustycznie. „Wasting” nie zagrali, prąd wrócił i poleciało „Far”, które – patrząc na publikę – chyba było największym highlightem koncertu. Nie wiem, kim byłem, gdzie byłem i co to za miejsce, ale wiem, że koncert The Soft Moon to magia, do której warto wracać. (Zeal)

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

2 komentarzy do "The Soft Moon – Cafe Kulturalna, Warszawa, 28.9.2015"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *