The National – Park Sowińskiego, Warszawa, 9.6.2014

(fot. u góry: Radek Zawadzki)

Dziewiątego czerwca, w poniedziałkowy, ciepły wieczór zespół The National rozłożył na łopatki wszystkich słuchaczy zebranych w warszawskim Amfiteatrze Parku Sowińskiego. Swoją drogą idealne miejsce na tego typu koncert – nie doświadczamy tłoku i duchoty towarzyszącej koncertom zamkniętym, jednocześnie zachowując magię bliskości z muzykami, której brakuje na festiwalach „open air”. A właśnie taki był ich tegoroczny koncert: magiczny.

Amerykanów supportowała wokalistka i gitarzystka Annie Clark, występująca jako St. Vincent. Na jej temat nie mogę się wypowiedzieć, gdyż jej koncert mnie ominął, ale słychać było bardzo entuzjastyczne przyjęcie publiczności. Po półgodzinnym występie amfiteatr zaczął się wypełniać i mimo że koncert się nie wyprzedał, to płyta i trybuny zostały wypełnione prawie po brzegi.

The National zaprezentowali się w wyśmienitym składzie. Zespół tworzy piątka muzyków: wokalista Matt Berninger, bracia Dessner na gitarach – Bryce i bliźniak Aaron (który wymieniał gitary na pianino) oraz bracia Devendorf – perkusista Bryan i basista Scott. Na scenie dołączyła jeszcze dwójka multiinstrumentalistów: Kyle Resnick na trąbce i keyboardzie oraz Benjamin Lanz na puzonie, klawiszach i gitarze. Dzięki nim mogliśmy usłyszeć utwory w ich pełnej okazałości, gdyż trąbka i puzon są nieodłącznym elementem większości kawałków. Tym samym odróżniają Nationali od jednorodnej sceny indie rockowej, do której zostali wrzuceni, mimo że w ich muzyce (a zwłaszcza w tekstach) czai się o wiele więcej niż tylko łatwo wpadająca w ucho melodia.

Pierwsze dwa utwory, „Don’t Swallow The Cap” i „I Should Live In Salt”, nie powinny nikogo zdziwić, bo już od jakiegoś czasu rozpoczynają koncerty The National. Numery te idealnie wprowadzają w atmosferę całego wieczoru. Matt jest tak jak zawsze z początku przyklejony do mikrofonu, w pełni skupiony na przekazywaniu emocji. Dalej jest równie nastrojowo, gdyż słyszymy „Sorrow” zaśpiewane razem z St. Vincent, którą publika bardzo ciepło powitała z powrotem oklaskami i wiwatami już po pierwszym wyśpiewanym przez nią wersie. Bardzo miły gest z naszej strony.

Repertuar składał się głównie z przekroju dwóch ostatnich albumów, jednak nie spodziewałam się „Demons”, który nie gościł ostatnio na setlistach. Zaskoczeniem był również żywiołowy „Lit Up” z płyty „Alligator” oraz „Exile Vilify” skomponowany na potrzeby soundtracku do gry „Portal 2”. Nie zabrakło numerów pełnych energii, takich jak rozkręcający się w połowie „England”, krzykliwy „Abel” czy „Mr. November”, na którym Matt standardowo przechodzi przez pół publiki, nieustannie wyśpiewując tekst. Tym razem dotarł z kilometrowym kablem od mikrofonu do połowy trybun. Przy „Terrible Love” również wyskoczył za barierki do zaskoczonych fanów.

Przez cały koncert muzyce towarzyszyły wizualizacje, które razem z efektami świetlnymi potęgowały odbiór przepięknych aranżacji (miejscami przewyższających wersje studyjne). Usłyszenie na żywo dodatkowego pianina, trąbki i puzonu robiło niesamowite wrażenie. Muzycy zdecydowanie powinni wydać album koncertowy, gdyż dopiero w takiej wersji utwory nabierają należytej głębi. Kolejne ściskacze serca, które nam zaserwowali, to między innymi „Pink Rabbits”, „I Need My Girl” oraz najpiękniejszy i najbardziej melancholijny numer The National: „About Today”. Na „Slow Show” Bryce zamiast grać kostką na gitarze wykorzystywał smyczek. Publiczność została zaczarowana.

Po ujrzeniu instrumentów dętych na scenie oczywiste było, że nie może zabraknąć „Fake Empire”, gdzie wysuwają się na prowadzenie w energetycznej końcówce. Publiczność doskonale współpracowała z zespołem, klaszcząc do rytmu i wyśpiewując teksty na każdym utworze. Tak powinna się zachowywać wzorowa publika, chłonąca emocje od Matta i spółki, i przekazująca je z powrotem w postaci niesłabnącego uwielbienia. Muzycy sami przyznali na swojej stronie w najpopularniejszym portalu społecznościowym: “Wow… Loudest show of tour… Thank you Warsaw….”. Oszałamiające dwie godziny znakomitej muzyki, 20 utworów plus cztery bisy to jeden z dłuższych koncertów tego zespołu. Zostaliśmy wynagrodzeni z nawiązką za ciepły i żywiołowy odbiór dotychczasowych występów i wydaje się, że na dobre zagościliśmy w ich pamięci. Setlista z pewnością usatysfakcjonowała każdego.

Na koniec muzycy zebrali się z przodu sceny, żeby przy akompaniamencie gitar akustycznych, trąbki i puzonu publiczność mogła wykrzyczeć „Vanderlyle Crybaby Geeks”. Wytworzyła się niesamowita atmosfera, a jakiekolwiek bariery między zespołem a fanami przestały istnieć. Teraz to my dawaliśmy z siebie wszystko – dla nich. Piękniejszego zakończenia nie można było sobie wymarzyć. Matt na pożegnanie po raz kolejny poszedł integrować się z publiką, chwycił czyjś telefon wyciągnięty do nagrywania, wykrzyczał do niego ostatnie słowa utworu, oddał i wrócił na scenę. Bo w każdym introwertyku siedzi ekstrawertyk, a frontman The National jest tego najlepszym przykładem.

Jeśli chcecie przeżyć to jeszcze raz, to łapcie bootleg udostępniony dzięki uprzejmości The National PL Fans. Kilka utworów nagranych przez słuchacza znajdziecie też tu.

Więcej zdjęć z koncertu tradycyjnie u Radka Zawadzkiego.

The following two tabs change content below.

psyche_violet

Zatraca się w dźwiękach bezwstydnie przeszywających duszę, wszystkim co ma smyki albo cięższych brzmieniach. Miłośniczka s-f i astronomii. Serialoholik. Prawie perkusistka. Życiowa dewiza: spiral out - keep going.

0 komentarzy do "The National – Park Sowińskiego, Warszawa, 9.6.2014"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *