The Mission – Masque

Dziś zajmiemy się synem marnotrawnym wczesnego The Sisters of Mercy. Wbrew powszechnemu mniemaniu, zespół ten to nie tylko Andrew Eldritch i niezastąpiony Dr Avalanche – przynajmniej nie zawsze tak było. Swego czasu wiele do powiedzenia miał też niejaki Wayne Hussey. A po opuszczeniu zakonu Sióstr Miłosierdzia, poświęcił się własnej Misji…

Pewnie fajnie jest nagrać trzy genialne albumy – takie jak „Gods Own Medicine”, „Children” i „Carved in Sand”. Problem pojawia się, gdy w którymś momencie to magiczne źródełko weny wysycha albo po prostu odchodzi jeden z kompozytorskich filarów – tak jak było w tym przypadku. Po rozstaniu z Simonem Hinklerem nastał nowy rozdział w historii The Mission. Rozdział, który zupełnie nie zdał egzaminu w porównaniu do poprzedniego. Momentem przełomowym – czy też bardziej: granicznym – była płyta „Masque”.

Kiedyś już porównałem Wayne’a Husseya i jego The Mission do Richarda Patricka przewodzącego Filterowi. Obaj stawali w życiu przed podobnymi problemami, ale dość odmiennie sobie z nimi radzili. Więcej o tym pisałem w mojej entuzjastycznej recenzji „The Brightest Light” z 2013 roku – pierwszej płyty The Mission, której dało się słuchać z większą przyjemnością, od czasu opisywanego w tym tekście albumu z roku… 1992. Czwarty krążek Husseya pierwotnie zebrał dość chłodne recenzje. Dziś jednak możemy go docenić – szczególnie w kontekście słabizn, które przyszły później…

„Masque” od pierwszego utworu nie pozostawia złudzeń: w zespole się wiele zmieniło, do tego nastały lata dziewięćdziesiąte. Nie będzie już melancholijnych, gotyckich melodii – nastała era nowoczesności i elektroniki. Dramatyczny „Never Again” rozpoczyna się sekwencją rodem z filmu fantasy, pełno w nim sampli i niepokojących syntezatorów. Przy tym wszystkim to jednak wciąż po prostu świetna piosenka z chwytającym za serce wokalem Husseya w najbardziej emocjonalnym wydaniu.

Dobrą passę kontynuuje kolejny singiel, „Shades of Green (Part II)”. Choć to wciąż inne instrumentarium niż wcześniej, nie brakuje tu gotyckich naleciałości i mrocznej transowości. Dokąd można było popchnąć ten elektroniczny kierunek, przekonuje ten kuriozalny remiks. Ale w „Even You May Shine” i „Trail of Scarlet” wyraźniejszą rolę pełnią już gitary. Dla tych, co tęsknili za beztroskim, balladowym obliczem The Mission, Hussey przygotował konwencjonalne „Like A Child Again” ze smykami. Zupełnie nową, orientalną ścieżkę obrał z kolei w „Sticks and Stones”, w którego orkiestrowej aranżacji maczał palce sam Jaz Coleman z Killing Joke.

Do ciekawszych kompozycji można też zaliczyć mroczne „Spider And The Fly”, mimo że jego brzmienie oparte na syntetycznych fanfarach trąci już dziś myszką. Najbardziej liryczne oblicze Hussey przedstawia w nieco kojarzącym się z późnym The Cure „You Make Me Breathe”, gdzie znalazło się miejsce nawet dla saksofonu. Nie przekonuje mnie do końca antywojenny „From One Jesus To Another”, ale to też oryginalna ciekawostka. Zamykający zestaw „Until There’s Another Sunrise” pozostawia słuchacza w romantyczno-nostalgicznym nastroju.

„Masque” nie jest oczywiście płytą idealną, ale nie zasłużyła sobie na te wszystkie cięgi, które zebrała przez lata. Są tu kompozycyjne mielizny – „She Conjures Me Wings” to już zbytnie pójście w knajpiane klimaty, na dodatek rozbija cały klimat budowany wcześniej. Zupełnie jakby wszystkie te mroki i nastroje z poprzednich utworów miały okazać się tylko pijackimi opowieściami przy piwie. Z kolei „Who Will Love Me Tomorrow” to kolejny przykład brzmienia, które mocno się już zestarzało i brzmi dziś po prostu kiczowato. Poza tym trochę za wiele takich balladek się tu nagromadziło – a ta niczym szczególnym się nie wyróżnia.

Mimo to „Masque” była przez wiele lat ostatnią dobrą płytą The Mission. Odstaje nieco od swoich trzech poprzedniczek, ale taki powiew świeżości był całkiem potrzebny. Do tego jest tu naprawdę sporo bardzo udanych kompozycji. Nie dajcie się zwieść powszechnej opinii i szpetnej okładce!

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Jeden komentarz do “The Mission – Masque

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *