The Eden House – Half Life

Podczas gdy Carl McCoy ósmy rok mami swoich wyznawców obietnicami o nowej płycie Fields of the Nephilim, The Eden House bez problemu wydają kolejne wydawnictwo. Projekt, który dzięki obecności Tony’ego Pettita i Petera Yatesa już przy debiutanckim „Smoke & Mirrors” zyskał miano „najbardziej nephilimowego zespołu po samych Nephilimach”, kontynuuje formułę gotyckiej supergrupy. „Half Life” to pozycja, którą ćwierć wieku temu spokojnie mogłoby wydać kultowe 4AD. Eteryczna atmosfera Cocteau Twins jest tu wyczuwalna na kilometr.

Mimo że na płycie w dalszym ciągu pojawia się wielu gości (choć już nie aż tak wielu jak poprzednio), a w piosenkach swoich głosów użycza aż siedem wokalistek, „Half Life” sprawia wrażenie dzieła spójniejszego i bardziej zespołowego od „Smoke & Mirrors”. Jednym z gości, którzy usprawiedliwiają nazywanie The Eden House gotycką supergrupą, jest Simon Hinkler. Prawa ręka Wayne’a Hussey’a za najlepszych czasów The Mission (brał też udział przy nagrywaniu tegorocznego krążka), który obecny był już na zeszłorocznej EP-ce, „Timeflows”. Zagrał w dwóch utworach. „The Empty Space” rozpoczyna intro rzeczywiście przywodzące na myśl The Mission, ale chwilę potem zalane charakterystycznym dla The Eden House onirycznym klimatem. Z kolei „Bad Men” nie jest otwieraczem na miarę „To Believe in Something” (tego już zresztą pewnie nigdy nie przebiją), ale to wciąż zachęcająca do całego zestawu kompozycja ze zmysłowym szeptem Moniki Richards (Faith And The Muse) i burzącym spokój riffem.

Z takich gitarowych momentów największe wrażenie robi „The Tempest”. Dla stęsknionych za charakterystycznym basowym staccato Tony’ego Pettitta będzie to prawdopodobnie najważniejszy moment płyty. Jako ciekawostkę dodam fakt, że w utworze można też usłyszeć Meghan-Noel Pettitt, prywatnie żonę muzyka Fields of the Nephilim. A już chwilę potem dostajemy kolejny strzał w dziesiątkę: „City of Goodbyes”, które wznosi atmosferę The Eden House na jeszcze wyższy poziom. Tutaj z kolei nie lada gratka czeka na fanów Anathemy – w tym najdłuższym na płycie, rozbudowanym utworze zaśpiewała Lee Douglas.

Senna atmosfera daje o sobie znać w „Wasted on Me”. Początek budzi odległe skojarzenia z Chrisem Isaakiem i nadawałby się na nocną przejażdżkę na miarę „Dzikości serca”. Kawałek jednak niespodziewanie budzi się do życia i zachwyca mocniejszym uderzeniem oraz oldschoolowym syntezatorem w tle. Nastrój utrzymuje się w epickim „Hunger”, gdzie zaśpiewała Queenie Moy. Jej wyróżniający się pośród reszty głos dał utworowi soulowy posmak.

„Half Life” to wciąż zasługująca na same pochwały wycieczka w niesamowite krainy sennych melodii i onirycznych pasaży. Nawet jeśli nieco mniej wyrazista niż na debiucie, The Eden House konsekwentnie podąża swoją ścieżką. Ścieżką gotyckiego trip hopu z progresywnymi naleciałościami, nieustannie kombinując i dbając o produkcję na najwyższym poziomie. Czego chcieć więcej? Płyta, obok której żadna dusza spragniona nastrojowych dźwięków przejść obojętnie nie może.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "The Eden House – Half Life"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *