The Chameleons – Script of the Bridge

Podobno o wielkości artysty świadczy liczba coverów jego piosenek. Dodałbym, że jeszcze lepiej, gdy za to coverowanie biorą się artyści z jak najbardziej oddalonych szufladek. The Chameleons wypadaliby wedle tej zasady chyba całkiem nieźle. Muzyka, którą grali (a w zasadzie grają nadal – ale to skomplikowana sprawa), to ejtisowy, ponury post punk z nowofalową, klawiszową melancholią. Nikogo więc nie zdziwi specjalnie, że ich utwór „Second Skin” doczekał się wersji w wykonaniu industrialnego Jesus on Extasy.

Ale że wzięli go na warsztat niemieccy happy-hardkurowcy ze Scootera?! Choć z drugiej strony jeśli ktoś siedzi głębiej w twórczości tej kapeli, powinien już kojarzyć, że H.P. Baxxter zaczynał tak naprawdę od nowej fali i new romanticów. Do dziś od czasu do czasu przypomina o swoich najwcześniejszych (i najporządniejszych) inspiracjach muzycznych. Zastanawialiście się np. kiedyś, jak The Sisters of Mercy brzmieliby w wersji jumpstyle? Gdyby o wielkości artysty świadczyła liczba coverów, które sam robi… No ale mniejsza z tym.

„Second Skin” to, jak już się pewnie domyśliliście, najpopularniejsza piosenka Kameleonów (nie mylić z tymi).

Utwór wielokrotnie przerabiany, również przez samego autora. Jak pisze Mark Burgess na oficjalnej stronie zespołu, zanim piosenka trafiła na płytę, funkcjonowała jako „Dreams in Celluloid” i „Films”. Jej tekst mówił wtedy o nieśmiertelności gwiazd filmowych. Dopiero lektura książki o doświadczeniach bliskich śmierci zainspirowała muzyka do takiej a nie innej historii. Swoją drogą zawsze kojarzyła mi się ta piosenka z opowiadaniem Stefana Grabińskiego „Kochanka Szamoty”. Jakby ktoś chciał robić nową ekranizację, to niech wie, że motyw przewodni już ma gotowy. Zabawne jest to, że utwór ten nawet nie był singlem promującym „Script of the Bridge” – a wydano ich aż cztery.

Nie znalazły się pośród nich także moje dwa inne ulubione utwory z tej płyty. „Monkeyland” to podobnie odrealniona brzmieniowo, snująca się kompozycja. Zasługiwała jednak na singla tym bardziej, że w przeciwieństwie do „Second Skin” ma klasyczny podział na zwrotki i refren. Również tekst ma mniej niepokojący, bo poświęcony znudzeniu codziennością w Middleton, z którego wywodzą się The Chameleons. Mój trzeci faworyt to „Less Than Human”. Gotycki zarówno w brzmieniu (Burgessa stać na odpowiednie przejęcie w głosie), jak i tekście (Must have died a thousand times / I’m less than human in God’s eyes / I must have cried a thousand times). Do tego dochodzi brzmienie zabawkowej, plastikowej tuby, której w życiu nie podejrzewałbym o wpasowanie w taką twórczość.

Wytwórnia zdawała się promować bardziej żywiołowe, gitarowe oblicze zespołu.

Jak w „Don’t Fall”, gdzie Burgess momentami brzmi jak Ian Curtis. Nawet w takim wydaniu zachwyca już jednak bogata produkcja, pozostawiająca w tyle wiele ówczesnych kapel post punkowych, które zawsze ceniły sobie minimalizm i pewną szorstkość brzmienia. U The Chameleons takiej szorstkości nie ma, bo stawiali od początku na „podwójne” melodie grane na dwóch gitarach i zatopione w delayach. Takie to były czasy, że pozornie wszystko tu brzmi jak wczesne The Cure („View from a Hill”!), Opposition lub Echo and the Bunnymen. Nie świadczy to jednak o wtórności, co najwyżej o postawie konkretnych zespołów.

Kameleony nigdy się nie „sprzedały”, nie miały hitu w mainstreamowym filmie, nie grały ich komercyjne radia. Ale kto miał ich docenić, ten docenił. Gitarowy motyw przewodni „A Person Isn’t Safe Anywhere These Days” nie pozostawia złudzeń, jak chcieliby brzmieć Interpol czy tam inni She Wants Revenge i na kim tak naprawdę się wzorowali. Są tu momenty bardziej wybijające się z tej sennej ponurości jak wręcz radosny „Up the Down Escalator”. Chociaż goni go niepozorny „As High As You Can Go”, pozostawiając jednak to, co ma najbardziej przykuwającego uwagę, na sam koniec.

Ale ta ponurość to też nie tyle pełnoetatowe doły, po których mamy ochotę iść w ślad „Drowning Mana” albo posłuchać „The Idiot” i obejrzeć „Stroszka”. To bardziej ot, jesienna melancholia, bo noce się nagle zrobiły dłuższe od dni. Teksty Burgessa bywają infantylne (zwłaszcza gdy uderza w dydaktyzm pokroju: You have to face them sooner or later / These tigers made of paper), ale dowodzi to tylko szczerości i prawdziwości debiutu zespołu. Nie będę przytaczał więcej przykładów. Jak ktoś jest zainteresowany, to na wspomnianej stronie zespołu wszystko jest pięknie uporządkowane i opatrzone współczesnym komentarzem autora (a są nawet rozmaite warianty alternatywne).

Późniejsze płyty The Chameleons zwracały uwagę głównie dziwacznymi tytułami.

Najpierw było „What Does Anything Mean? Basically”, a szesnaście lat później już w ogóle „Why Call It Anything”. W międzyczasie trafiła się też EP-ka „Tony Fletcher Walked on Water…. La La La La La-La La-La-La”. Polecić mogę jeszcze „Strange Days” (zachęta). Nawet przez chwilę się zastanawiałem, czy nie wziąć właśnie tej płyty do opisu, bo i mniej znana od kultowego w pewnych kręgach debiutu. Po jej wydaniu i śmierci menadżera (rzeczonego Tony’ego Fletchera) zespół się rozwiązał, a Mark Burgess rozpoczął karierę solową, poprzedzoną jeszcze płytą pod szyldem The Sun & the Moon.

Kameleony jednak nie umarły: Burgess wielokrotnie wskrzeszał je w różnych konfiguracjach personalnych (a także pod różnymi szyldami typu Chameleons Vox czy Chameleons V). Głównie wiązało się to, niestety, z ogrywaniem materiału w nudnych, akustycznych wersjach, które doczekały się nawet dokumentacji w postaci aż dwóch oddzielnych płyt: „Strip” i „This Never Ending Now”. W międzyczasie ukazał się jeszcze krążek z premierowym materiałem, „Why Call It Anything”. Miał swoje momenty, ale wszyscy i tak znienawidzili go za sprawą jednego utworu. Tak że wydaje mi się, że przedstawiłem Wam The Chameleons od najlepszej strony.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

5 komentarzy do "The Chameleons – Script of the Bridge"Dodaj swój →

  1. Witam! Dziwię się, że tak późno trafiłem tutaj czyli do miejsca w którym pisze się o wielu wspaniałych płytach – jak chociażby ta powyżej czy pierwszy album Ziyo. Od przeszło roku prowadzę bardzo kameralną witrynę mającą na celu skupić fanów różnej muzyki z lat 80. Pozwoliłem sobie zacytować tam powyższą recenzję wraz ze źródłem i autorem. Sięgnąłem dzisiaj po wersję Script of the Bridge – 25th Anniversary (2CD) i coś mi się zdaje, że ten genialny album pogra teraz u mnie przez kilka najbliższych dni. Serdecznie pozdrawiam i będę kibicował tutejszym klimatom i cennym wpisom.

Dodaj komentarz