The Cassandra Complex – Cyberpunx

Jeśli zapytam was o największe osobowości industrialno-elektronicznych rejonów, na pewno będziecie wymieniać Reznorów, Jourgensenów, Englerów (sorry, Danny), Fulberów czy innych Meyerów. Wątpię jednak, aby ktokolwiek podał nazwisko Rodney Orpheus. A wielka szkoda, bo ten Irlandczyk jest nie tylko całkiem pomysłowym muzykiem i producentem, lecz także niedocenionym intelektualistą należącym do telemicznej organizacji Ordo Templi Orientis i specjalistą od Aleistera Crowleya. Brzmi ciekawie? A to zaledwie początek.

Skupmy się na muzycznej działalności Orpheusa, czyli projekcie The Cassandra Complex.

Kasandryczna nazwa jak najbardziej trafiona: zobaczcie sobie okładkę płyty „Theomania” i połączcie to z faktem, że opisywany dziś krążek jest futurystyczną opowieścią o wojnie pomiędzy Europą a krajami arabskimi, pada nawet wyklęte słowo „jihad”. Wasza pierwsza myśl o tym krążku łączyła się pewnie z jego tytułem – wszakże wszyscy tu kochamy cyberpunk w każdej postaci. Tak naprawdę jednak „Cyberpunx” nie jest zbyt powiązane z tym nurtem. Zawsze miałem wrażenie, że to byłaby genialna płyta, gdyby tylko nagrał ją zespół… Powiedzmy, z nieco większym zapleczem (zarówno brzmieniowym, jak i finansowym). Gdy kilka lat temu przeczytałem historię jej powstania od samego Orpheusa, tylko się w tym przekonaniu utwierdziłem. Już spieszę z wyjaśnieniem.

Ambicje Rodneya Orpheusa były niemałe.

Pragnął nagrać całą rock-operę, stąd też „Cyberpunx” zostało stworzone pierwotnie w formie libretta. Historia, jaką obmyślił lider The Cassandra Complex, ma zadatki na klasyka literatury s-f. Sam Orpheus zdaje się zresztą nieźle oczytaną w tym temacie osobą – dzięki niemu poznałem np. świetne opowiadanie „The Genocides” Thomasa M. Discha (nawiązuje do niego utwór „Why?” z „The War Against Sleep”). „Cyberpunx” opowiada o sierocie, który wychował się w dżungli i wyrósł na pilota europejskiego helikoptera. Niestety, traf chciał, że zakochał się w arabskiej dziewczynie i musiał zdezerterować. Razem z ukochaną ucieka na stację kosmiczną, gdzie jego mózg zostaje uszkodzony, a stąd już prosta droga do dramatycznego finału… Niestety, potencjał tkwiący w tej historii nie został w pełni wykorzystany, a forma concept albumu została zbyt rozmyta, by w ogóle ją należycie zrekonstruować. To jednak nie wina miernych umiejętności Orpheusa – najlepiej po prostu oddam mu głos:

Nasza wytwórnia była przeciwna mojemu pomysłowi i odmówiła wydania albumu w takiej formie, jakiej pragnąłem. Po wielu kłótniach i presji z jej strony, zgodziłem się na ich kolejność utworów, porzucenie niektórych rzeczy itp. To była najgorsza decyzja, jaką podjąłem w całym moim życiu i do dziś jej żałuję. W obecnej formie album jest nieco upośledzoną wersją tego, czym powinien być. Powinien być genialny, ale nie jest. To jednak wciąż bardzo dobry krążek.

I tego ostatniego zdania się trzymajmy.

Mając na uwadze nieco zaprzepaszczoną szansę na stworzenie arcydzieła, wciąż można „Cyberpunx” słuchać z przyjemnością. To zróżnicowana płyta: od EBM-u („Nice Work (If You Can Get It)”), przez momenty wręcz punkowe („Let’s Go To Europe”), aż po – nomen omen – rozmarzone ballady („Dreamer”). Jest tu jeden kawałek, który spokojnie nadawałby się na etatowy hicior: „Nightfall (Over EC)”. Złowieszczy, transowy, od razu zapadający w pamięć. Nawet jeśli przeszedł niezauważony i zapomniany, to zapisał się na kartach historii jako inspiracja dla polskiego industrialu (sprawdźcie kawałek „I Need You” Hedone).

Jak na concept album przystało, są tu dziwaczne instrumentalne interludia.

„Happy Days – War Is Here Again” z improwizowanym saksofonem, monotonny „Sunshine At Midnitht” czy zdecydowanie najciekawszy „I Believe In Free Everything”, który wpisuje się w electro-industrialną tradycję recyclingu filmowych sampli. Nawet jeśli niektóre wykorzystane tu brzmienia dość mocno się zestarzały, pokazują niezłą wyobraźnię producencką Orpheusa. Gorzej z kompozycyjną: druga połowa płyty jest zdecydowanie ciekawsza od pierwszej. Mamy i złowieszcze „Into the Heart”, i wpadający w ucho, rockująco-pastiszowy „What Turns You On” z… Sami zobaczcie:

My name is Ted Bundy
I was a really nice guy
Till I discovered girls
Discovered they should die
I used to capture girls
I liked to see them dead
But now that I’ve been caught
I’ve found Jesus instead

Największe wrażenie robi jednak dopiero dramatyczny finał w postaci „Ugly”. Gorzkie zakończenie, które nie pozostawia żadnej nadziei, a jedynie wprowadza słuchacza w beznamiętne odrętwienie. To jednak wciąż nie jest pełny obraz tej historii: kilka wyciętych z niej fragmentów znajdziemy na innych płytach zespołu. Jak doradza sam Orpheus, powinniśmy sięgnąć po „Forests” i „Fire & Forget” z EP-ki „Finland” oraz „Why” i „Lullaby” z „War Against Sleep”.

Od siebie dodam, że ta druga to również bardzo dobra płyta, a „Why” to jeden z najlepszych kawałków Cassandry. Tak że polecam.

Myślę, że gdyby wymieszać ze sobą „Cyberpunx” i „War Against Sleep”, przemyśleć nieco we współczesnym studiu i dopracować, mielibyśmy płytę naprawdę wybitną. Sam lider The Cassandra Complex do dziś zresztą marzy o takim zabiegu. Minęło co prawda 15 lat od ostatniej studyjnej propozycji zespołu, ale wciąż odbywają się koncerty, więc kto wie, może jeszcze pewnego dnia… Ja bym na to sypnął grosza przez Kickstartera.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

2 komentarzy do "The Cassandra Complex – Cyberpunx"Dodaj swój →

  1. Miło wspominam nagrane kiedyś z radia kawałki z Theomanii ( dzięki Tomkowi Be). Dawne dzieje. Rodney jak wiem z pierwszej ręki nieco zadufany w sobie jest. Jakkolwiek by nie paczeć jest ślad w historii! Lubię 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *