The Black Queen – Fever Daydream

Jeśli kojarzyliście dotąd Grega Puciato wyłącznie z darciem mordy w The Dillinger Escape Plan, to mocno się tą płytą zdziwicie. Gdybyście przy okazji tęsknili za nieodżałowanym Telefon Tel Aviv – oto tym bardziej propozycja dla Was.

Dając wiarę słowom wokalisty, pomysł na The Black Queen kiełkował w jego głowie już od 2006 roku. O ile macierzysta formacja daje mu doskonałe pole do wyżycia się i wykrzyczenia wszystkich jego żali i frustracji, tak przez dłuższy czas gromadził bardziej melodyjne utwory z myślą o nowym projekcie. Trzeba jednak jeszcze było odpowiedniego ustawienia gwiazd. Wpierw podzielił się swoimi pomysłami ze Stevenem Alexandrem, którego miał akurat pod ręką na trasie. Półtora roku później panowie spotkali Josha Eustisa, który akurat grał z Pusciferem, i wszystko ostatecznie zatrybiło.

Kto śledził Sons of Magdalene, ostatni projekt niegdysiejszego muzyka Telefon Tel Aviv, ten doskonale wie, czego oczekiwać. The Black Queen to podobnie relaksująca muzyka, pełna ambientowych pejzaży i nienachalnych beatów. Trochę rozmarzonych i niespiesznych aranżacji w stylu Depeche Mode, trochę zbrodniczo chwytliwych melodii, przez które jeden z zachodnich recenzentów określił już ten projekt jako industrialne Tears for Fears na dopalaczach. Do tego oczywiście dochodzi wokal Grega Puciato, który brzmiąc tym razem niczym Sam Sparro dał się poznać jako równie wszechstronny wokalista co imć Patton.

Jeśli dalej tego nie czujecie, polecam singlowy „Ice to Never” – już po tym kawałku było słychać, że szykuje się zabójczy materiał. Takiego zatopionego w ejtisowej nostalgii hiciora nie powstydziłby się Zoot Woman czy wspomniany Sam Sparro (jemu szczególnie by się przydał taki kawałek, bo okazał się niestety artystą jednej płyty). Zmysłowy wokal, wpadające w ucho klawisze, atmosfera nocnej jazdy po mieście – wszystko tu jest, łącznie ze stylowym wyciszeniem. Drugim utworem, który od razu kazał mi się zapętlać, był tu „That Death Cannot Touch” – zbudowany na podobnych patentach, z wyrazistszym beatem i chyba jeszcze ładniejszym refrenem.

„The End Where We Start” idealnie kontrastuje zimną aranżację z ciepłym, nastrojowym głosem Puciato. Największe wrażenie robi jednak dopiero w wyższych rejestrach, jak w eksperymentalnym „Strange Quark” (który spokojnie mógłby być instrumentalem na ostatniej płycie Telefon Tel Aviv) czy w dramatycznym „Taman Shud”, który niespodziewanie rozkręca się w mroczną, industrialną melodię, a pod koniec dokonuje jeszcze jednej zaskakującej wolty. Z kolei „Secret Scream” uzupełnia tę niebezpieczną mieszankę o iście taneczny potencjał, choć dalej utrzymuje wczesnoreznorowski klimat terkoczącymi klawiszami. A skoro już przy liderze NIN jesteśmy, nie sposób nie zwrócić uwagi, że w złowrogiej zwrotce „Distanced” Puciato brzmi totalnie jak wspomniany Reznor. Kawałek też po mistrzowsku się rozkręca dzięki hipnotycznemu rytmowi, wysuwając się na czele tutejszych faworytów.

Jak więc wyraźnie widzicie, The Black Queen oferuje wspaniałą podróż przez mroczniejsze klimaty, nie zapominając przy tym o ładnych melodiach i gibających rytmach. Są one jednak utrzymane na rozsądnym poziomie, dzięki czemu płyta szybko się nie osłuchuje i nie nudzi. Po prawdzie to w większości dość oszczędne, miejscami wręcz minimalistyczne kompozycje, jednak dzięki wprawnym aranżacjom nie nużą (sztuka, która nie udała się np. na ostatniej EP-ce Massive Attack). Od razu słychać, że projekt ma mocne, ambientowe fundamenty, a Josh Eustis spędził w takich rzeczach wystarczająco dużo czasu, by i tym razem nie dać plamy.

Cóż, jeśli ktoś słucha na co dzień The Dillinger Escape Plan, to raczej już potwierdził posiadanie otwartego umysłu na muzykę i nie ma co go do The Black Queen zachęcać. To jednak niepowtarzalna szansa dla osób, które dotąd bały się awangardowego metalu, by postawić sobie na półce / dodać do biblioteki Spotify krążek z udziałem Grega Puciato. Ode mnie duża okejka. Tak właśnie brzmiałyby lata osiemdziesiąte w drugiej dekadzie XXI wieku.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

1 komentarz do "The Black Queen – Fever Daydream"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *