Suede – Bloodsports

Mam wrażenie, że jeśli rzucę hasło „britpop”, wszyscy od razu skojarzą Blur czy Oasis, natomiast nazwa Suede będzie padała już znacznie rzadziej. A pomyśleć, że w latach dziewięćdziesiątych trzęśli Wyspami w podobnym stopniu. Debiutancki krążek przyniósł im przepowiednie, że będą najważniejszym brytyjskim zespołem dekady. „Dog Man Star” (mimo umiarkowanego sukcesu komercyjnego) zapewnił im dożywotnie miejsce w encyklopediach rocka, a wreszcie „Coming Up” i hymn pokolenia „Trash” wywindował ich do mainstreamu i britpopowej ekstraklasy. Niestety, kolejne płyty były coraz gorsze i zespół ostatecznie zwinął manatki w 2003 roku. Wrócili dopiero siedem lat później, a po kolejnych trzech – nagrali nową płytę. Z tym samym producentem, co trzy pierwsze. Pewnie między innymi dlatego: najlepszą od czasów „Coming Up”.

Trzy lata ciągłego koncertowania przyniosły świetny efekt i od pierwszych dźwięków „Barriers” słychać, że ekipę Bretta Andersona roznosi energia. Chłopaki nie chcą już dłużej marnować czasu i uderzają z grubej rury, już na dzień dobry witając nas wiązanką hitów. „Snowblind” atakuje wyrazistymi gitarami i czepliwym refrenem. Wybrany na pierwszy singiel „It Starts and Ends with You” przekonuje tylko, w jak smutnych czasach żyjemy. Powrót z taką piosenką po dziesięciu latach milczenia powinien okupować większość mainstreamowych list przebojów… Tymczasem przeszedł na nich bez większego echa, a teledysk na szatańskim YouTubie (zakładając, że dziś to lepszy wyznacznik popularności) zebrał od stycznia zaledwie ćwierć miliona oglądnięć.

W „Sabotage” klimatu dodają jeszcze partie klawiszy, które generalnie – im dalej w album, tym większego nabierają znaczenia. Aby zaliczyć powrót takich weteranów jak Suede do udanych, wystarczyłyby już pewnie trzy piosenki o hitowym potencjalne. „Bloodsports” jednak wcale nie zwalnia tempa. „For the Strangers” nosi znamiona klasycznej kompozycji londyńczyków i odchodzi od dotychczas faworyzowanych, glamowych rejonów z „Trash” do dramaturgii rodem z „Dog Man Star”.

Nowa płyta skręca zresztą w tę stronę jeszcze odważniej w drugiej połowie. „Sometimes I Feel I’ll Float Away” to melancholijne, nieco psychodeliczne zwolnienie, w którym Anderson udowadnia, że wciąż potrafi śpiewać równie dramatycznie jak za czasów swojej świetności. Ale to dopiero wstęp – punkt kulminacyjny „Bloodsports” stanowi mroczna, przejmująca ballada „What Are You Not Telling Me?”. Już w samym pełnym przestrzeni brzmieniu tego utworu jest coś nieziemskiego, a gdy jeszcze Brett Anderson zaczyna powtarzać tytułowe „what are you, what are you not telling me?” – i ta przeszywająca gitara… Absolutna perełka. Zespół pozostaje w niewesołych klimatach już do końca. „Always” nie ma już takiego ładunku emocjonalnego, ale zostaje w głowie (i kojarzy mi się osobiście z opisywanym niedawno, zapomnianym Ké). Z kolei „Faultlines” jest mniej wyraziste, ale pozostawia słuchacza z uczuciem niepokoju.

Brett Anderson zapowiadał, że „Bloodsports” będzie połączeniem „Dog Man Star” i „Trash” – cóż, trudno oczekiwać, żeby mówił co innego. W takich sytuacjach muzycy zawsze roztaczają nadzieję na powrót do swoich najlepszych czasów, ale tym razem rzeczywiście mamy do czynienia z takim przypadkiem. Spokojnie można wywalić z półki „Head Music” i „A New Morning”, żeby zrobić miejsce dla najnowszej propozycji londyńczyków. Bardzo cieszy mnie ich udany powrót, chociaż mam wrażenie, że w zalewie bardziej nagłośnionych tegorocznych „comebacków” przeszedł bez należącego mu się entuzjazmu.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

1 komentarz do "Suede – Bloodsports"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *