Statemachine – Breakdown

W latach dziewięćdziesiątych nie brakowało synthpopu na poziomie, który coraz lepiej brzmiącą elektronikę łączyłby z żywymi gitarami. Jeśli cenicie takie brzmienia i organiczne łączenie sztucznych dźwięków z żywymi emocjami, Statemachine to coś dla Was.

Szczególnie, że to właśnie w Statemachine należy upatrywać początków późniejszego Lowe – pamiętacie, to ten szwedzki zespół, który jako jeden z nielicznych udanie wprowadził new romantic w XXI wiek. Grający w nim Leo Josefsson i Rickard Gunnarsson zaczynali właśnie w opisywanym dziś projekcie i założę się, że na pierwszy rzut ucha będziecie przekonani, że podobnie jak w Lowe, w Statemachine śpiewał Leo. Błąd, wokalistą był tam niejaki Mårten Kellerman, ale rzeczywiście w niektórych utworach łatwo się pomylić. Zespół debiutował w 1996 roku krążkiem „Avalanche Breakdown”… i warto się przy nim na chwilę zatrzymać.

Z dzisiejszej perspektywy „Avalanche Breakdown” brzmi bardziej jak jakaś półamatorska, kompletnie syntetyczna demówka. Owszem, ma swoje klawiszowe momenty (począwszy od techniawowego „Thermal Noise”), potrafi kreować niezły, melancholijny klimat (zdecydowanie najlepszy „Computer Analysis”), całą płytę kładzie jednak… No właśnie, wspomniane amatorskie wykonanie. Takie „A Crying Statue” zabija monotonny wokal, zupełnie bez emocji, podobnie w „Happy Endings”, gdzie już słychać jakiś hitowy potencjał, cała kompozycja jest jednak zbyt płaska i czegoś jej ewidentnie brakuje. „Negative Feedback” mógłby być genialnym kawałkiem, gdyby dodać mu coś poza tym sztucznie przedłużanym efektem. Całe „Avalanche Breakdown” to praktycznie tylko klawisze, klawisze i jeszcze raz klawisze. Na szczęście to jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy taki niedopracowany materiał dostał drugą szansę, na jaką zasługiwał.

Przede wszystkim z tego względu zdecydowałem się na opisanie Statemachine. Obserwowanie ewolucji, jaką kawałki z „Avalanche Breakdown” przeszły do po prostu „Breakdown”, to fascynująca sprawa. Bardzo rzadko dostajemy okazję na zobaczenie takiego procesu. Dla jasności wyjaśnię: „Breakdown” to tak naprawdę nagrany na nowo „Avalanche Breakdown”. O ile jednak debiut brzmi jak coś zarejestrowanego przez nieśmiały, niedoświadczony zespół we własnej sypialni, tak „Breakdown” to już wysokobudżetowa, synthpopowa produkcja, która spokojnie mogłaby hulać po światowych listach przebojów.

Wszystkie utwory, na które narzekałem na „Avalanche Breakdown”, zyskały tu zupełnie nowe życie – i to dosłownie. Już otwierający zestaw „Happy Endings” aż kipi energią dzięki gitarze, która podkreśla, ile potencjału miał ten nośny refren. Pierwotnie monotonne „Music From The End Of The World” zyskało tu odpowiednią dramaturgię (również w warstwie wokalnej), „Thermal Noise” zachowało swój taneczny potencjał, ale pomnożono go razy sto i ożywiono zarówno wokalnie, jak i brzmieniowo, „Negative Feedback” to wreszcie podniosły hymn, jakim powinien być od początku… Generalnie te sześć utworów z „Avalanche Breakdown”, które zaprezentowano w nowych wersjach na „Breakdown”, to niebo a ziemia. Płyta dzięki nim nawet na moment nie zwalnia i sprawia, że chcemy ją non-stop zapętlać.

Jedynie „Hologram” pozostał w praktycznie niezmienionej wersji, przez co nieco odstaje od reszty swoim swawolnym i piszczącym brzmieniem. Na szczęście nadrabiają nowe kawałki, które umieszczono pomiędzy starszymi kompozycjami i w niczym nie ustępują „Avalanchowemu” materiałowi. „As Elusive As Ever” to powoli rozkręcający się przebój, „Burning in Black” to jeden z najbardziej złowrogich momentów albumu, ale zachwyca dopiero „Play with Passion”. To taneczna jazda bez trzymanki przez… bite trzynaście minut! Pierwsze pięć to właściwa piosenka, która nagle zwalnia do jungle’owego przejścia i zamienia się w nastrojowy, ambientowy pasaż – już do samego końca. O ile takie zabiegi na ogół stanowią wymęczoną zapchajdziurę przed jakimś ukrytym bonusem, tak tutaj naprawdę zdaje to egzamin i aż chce się słuchać tego utworu przez te całe trzynaście minut.

Z kronikarskiego obowiązku: wydawnictwo uzupełniają trzy remiksy. „Hologram (Summer In Amsterdam Version)” kojarzy się z Nine Inch Nailsowym rojem much, „Negative Feedback (Wow And Flutter)” ma uwypukloną linię basu, a „A Crying Statue (Radio Friendly)”… Nie, nie dajcie się nabrać na ten dopisek.

Owszem, materiał pewnie zyskałby jeszcze na ponownym masteringu, ale i w takiej formie powinien sprawić przyjemność większości synthpopowców. Koniecznie jednak posłuchajcie najpierw „Avalanche Breakdown” – choćby z ciekawości, żeby zobaczyć, jak można wywrócić na drugą stronę jakiś materiał. A potem sięgnijcie po „Short & Explosive”, prawdopodobnie najdojrzalsze dzieło zespołu, na którym już nie ma czego się przyczepić. A technika „rozciągania” wstępu i epilogu została w nim doprowadzona do perfekcji.

Na krótko przed wydaniem „Short & Explosive” do życia powołano projekt poboczny – wspomniane Lowe. W następnych latach przyćmił on macierzystą formację Szwedów, której działalność została zawieszona. Po 10 latach zespół powrócił na scenę w 2014 roku. Czy oznacza to powrót na dłużej? Niestety nie wiadomo – jeśli ktoś zna szwedzki, to może mnie oświecić.

Kojarzycie jakieś płyty o zmarnowanym potencjale, które należałoby przerobić tak jak „Avalanche Breakdown” / „Breakdown”?

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "Statemachine – Breakdown"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *