SPK – Leichenschrei

Ameryka to miejsce, gdzie ponoć każdy może zrobić karierę. Od lat przekonuje o tym hasło „od pucybuta do milionera”. Nawet jednak rzeczony pucybut nie robi na mnie takiego wrażenia, jak niejaki Graeme Revell. Jak trafić ze szpitala psychiatrycznego do Hollywood? Przekonajcie się.

Jeśli oglądaliście serię filmów o Riddicku, „Kruka”, „Sin City” czy trylogię „Matrix”, na pewno zwróciliście uwagę na ścieżkę dźwiękową i jest bardzo prawdopodobne, że nazwisko Revell nie jest Wam zupełnie obce. Możecie sobie jednak nie zdawać sprawy, że ten uznany kompozytor, dłubiący w Hollywood przy największych blockbusterach, pracował kiedyś w psychiatryku. Mało tego, poznał tam niejakiego Ne/H/ila i powołał do życia jeden z najstraszniejszych dźwiękowych terrorów, jakie kiedykolwiek stworzono. Panie, panowie – sami o to prosiliście. Przed Wami SPK.

Jak się poznaje przyjaciela w psychiatryku? Chyba jak w każdym innym miejscu – najprościej na podstawie wspólnych zainteresowań. Tyle że o ile dziewczynę w klubie zapoznamy dzięki uwielbieniu do tego samego zespołu, a w pracy dogadamy się np. dzięki przerwom na papierosa, tak w psychiatryku mogą nas połączyć manifesty niemieckich radykalistów. Tak było w przypadku Graeme’a Revella i Neila Hilla – panowie zaczytywali się wspólnie w twórczości Socjalistycznego Kolektywu Pacjentów (Sozialistisches Patientenkollektiv), którzy uważali, że ich choroby są efektem kapitalizmu i można je wykorzystać jako broń przeciwko znienawidzonemu systemowi. Co ciekawe, inicjatywa okazała się dość efemeryczna – Pacjenci dokonali strategicznego odwrotu już po roku „działalności” w 1971 roku i chyba tak strategicznie kryją się do dziś.

Jeśli jesteście dobrzy w szaradach, to pewnie już sobie skojarzyliście, do jakich literek da się skrócić szyld Sozialistisches Patientenkollektiv. Zgadza się, to właśnie od niego wziął się skrót SPK, aczkolwiek zespół przez całą karierę wprowadzał w tej kwestii niemały zamęt. Kolejne wydawnictwa SPK sugerowały, że te trzy litery mogą oznaczać System Planning Korporation, SePuKku, Selective Pornography Kontrol, a nawet Surgical Penis Klinik. Cała ta otoczka mogłaby sugerować, że Revell i Hill byli tak naprawdę trollami swoich czasów, ale już ich twórczość i dalsza historia nakazuje jednak sądzić, że wszystko było w pełni na serio.

Duet szybko znalazł sobie dodatkowych muzyków, aczkolwiek skład SPK podlegał ciągłej rotacji. Na przestrzeni 10 lat działalności przez projekt przewinęło się prawie 20 osób. W 1981 roku ukazał się debiut pod tytułem „Information Overload Unit” inspirowany wczesną twórczością Throbbing GristleCabaret Voltaire. Faktycznie, jest to słyszalne, ale wspomniane projekty nie inspirowały się marksistowskimi radykałami, więc to dopiero SPK śpiewało teksty w stylu: Kill, kill, kill for inner peace / Bomb, bomb, bomb for mental health / Therapy through violence! Było już nieźle, ale to dopiero ich drugi album zapisał się na stałe w historii awangardowej „muzyki”.

Materiał z „Leichenschrei” charakteryzuje już nazwa tego krążka: krzyk zwłok. To nie Merzbow ani Swans – nie ma tu noise’owej rzeźni, która by nas męczyła fizycznie. To „tylko” kolaż industrialnych stuków, czasem bardziej wiercących czy pulsujących wyziewów, uzupełniony wypowiedziami pacjentów psychiatryka. Coś, co nie da nam spokoju w warstwie psychicznej – będzie nas nawiedzać i niepokoić przez bite 40 minut. Nie wiem, czy jeśli w utworach pojawia się czasem coś na kształt wokalu („Despair”), w jakiś sposób ułatwia to, czy wręcz jeszcze komplikuje odbiór tych dźwięków. Pierwotnie poszczególne utwory nie były nawet podpisane – pierwsze wydania „Leichenschrei” dzielą płytę tylko na dwie strony. I sam ku takiemu podziałowi się skłaniam. Skoro już jednak mamy wydzielone 14 części (notabene o bardzo sugestywnych tytułach: „Israel”, „Wars of Islam”, „Maladia Europa (The European Sickness)” – brzmi całkiem aktualnie, nieprawdaż?), wyróżnię „The Agony Of The Plasma” – oparty na samplowanych krzykach i tłuczonych szybach – oraz „Napalm (Terminal Patient)” – dzwoniący industrial połączony z nalotami bombowymi. Oba te kawałki to dźwiękowe uosobienie prawdziwego piekła. Ale tego naprawdę powinno się słuchać w całości.

Edward Ka-Spel z The Legendary Pink Dots powiedział kiedyś, że muzyka industrialna powinna skończyć się na „Leichenschrei”, bo nic już nigdy nie będzie w stanie pobić tej płyty. Jak wiemy, industrial po prostu wybrał sobie bardziej komercyjne rejony do ewoluowania. Nie ominęło to zresztą i samego SPK. Po odrobinę przystępniejszej składance „Auto Da Fé”, Revell z poślubioną w międzyczasie Sinan Leong postanowił nagrać „Machine Age Voodoo” – zupełnie nieciekawą, w pełni popową płytę pozbawioną jakichkolwiek znamion industrialu i szaleństwa. Ne/H/il już nie przyłożył do niej ręki – pół roku wcześniej popełnił samobójstwo. Jego żona, biorąc udział we wcześniejszych projektach Nikitenko, zmarła dwa dni później wskutek powikłań anorektycznych. W ten sposób prawdziwe SPK odeszło na zawsze – choć właściwą dyskografię projektu formalnie zamyka „Zamia Lehmanni”. To zresztą świetna zapowiedź kierunku, w którym w latach dziewięćdziesiątych udał się Revell.

Jak już zapoznacie się z SPK, jest bardzo prawdopodobne, że nigdy nie spojrzycie na industrial w ten sam sposób. Owszem, nie brakowało naśladowców ich pomysłów (żeby nie szukać daleko, sprawdźcie Diagnose: Lebensgefahr), jednak takiego poziomu nie osiągnął już potem nikt. Z „Leichenschrei” jest trochę jak z dokumentami Holokaustu. Ciężko to polecać – ale wypadałoby wiedzieć, że coś takiego było.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

1 komentarz do "SPK – Leichenschrei"Dodaj swój →

Dodaj komentarz