Slowdive – Souvlaki (wydanie dwupłytowe)

Spóźniłem się. Gdybym napisał o tej płycie rok temu, gdyby był to pierwszy tekst na tym blogu (zamiast recenzji „Playback” SSQ), to nawet pasowałby do uznawanej przez nas formuły. Ale jest już wrzesień 2014, a nie 2013, Slowdive zdążyli się w styczniu reaktywować. Pamiętam, jak pisałem o tym na naszym fejsiku i ktoś przewidywał, że pewnie zagrają na Off Festival – no i zagrali. Każdy szanujący się hipster doskonale już wie, co to za zespół, wielu widziało go nawet na żywo. Na dodatek wybrałem do opisu ich najbardziej mainstreamową płytę, którą każdy już słyszał. Po cholerę w ogóle pisać o tym na blogu, który nazywa się… No, tak jak się nazywa? Postaram się przynajmniej podejść do niej od nieco innej strony.

Na wszelki wypadek, dla tych, co zaspali: Slowdive to jedni z prekursorów tak zwanego shoegazingu. To szufladka, która była popularna na początku lat dziewięćdziesiątych – nazwa pochodzi od tego, że wpasowani w nią artyści grali sobie smutne, gitarowe piosenki z rozmarzonymi (często żeńskimi) wokalami i wpatrywali się we własne buty. Wówczas traktowano ją trochę jak to dzisiejsze, nieszczęsne hipsterstwo: nikt się nie przyznawał do bycia częścią tej „subkultury”, a jak już kogoś do niej zaliczono – odbierano to jako obelgę. Nie inaczej było w przypadku naszej kapeli z Reading – próbowali uciec od etykietek minimalistycznym, nieco ambientowym krążkiem „Pygmalion” z 1995 roku, ale atmosfera wewnątrz zespołu była już na tyle nieciekawa, że jego historia dobiegła końca. Trójka muzyków ze Slowdive, w tym główny kompozytor i wokalista, Neil Halstead, powołała do życia Mojave 3 oraz sto tysięcy innych projektów. „Souvlaki”, drugi z trzech długograjów kapeli, uznawany jest za ich najważniejszy krążek.

Macie więc pełne prawo wiedzieć już, że to nastrojowa kolekcja muzyki, jakiej się dziś nie gra. Dokument tego najntisowego shoegazingu, który wtedy był tak bardzo passe, bo jak się chciało przebić, to trzeba było uderzać w grunge albo w britpop. Są tu powolne, urocze melodie, nawiązujące nieco do onirycznej atmosfery ścieżki dźwiękowej z „Miasteczka Twin Peaks”. Takie wrażenie wzbudza „Machine Gun”, w którym Rachel Goswell buduje zwiewny klimat, do którego w refrenie dołącza Halstead, czy „When the Sun Hits” z postrockującą gitarą. Są kawałki, w których tej gitary więcej, i zbliżają Slowdive do ich idoli z My Bloody Valentine: „Days”, wyjątkowo klimatyczny „Souvlaki Space Station” – rzeczywiście jak nie z tej ziemi. Są tu wreszcie dwa utwory, w których maczał palce Brian Eno. Wszakże subtelna elektronika to bardzo ważny element „Souvlaki”, także obecność mistrza ambientu nikogo nie powinna na nim dziwić. Warto więc zwrócić szczególną uwagę na najbardziej odrealniony w tym zestawie „Sing” (śpiew Goswell nosi tu jeszcze znamiona przesmutnego „Just for a Day”) oraz minimalistyczną „Here She Comes”, którą – jak na ironię – wyróżnia właśnie brak całej tej rozwarstwionej struktury i przestrzeni brzmieniowej. Z poczuciem melancholii zostawia nas jednostajny „Dagger” – chciałoby się rzec, że ostateczne pchnięcie sztyletu prosto w serce. Halstead napisał tę piosenkę po rozstaniu z koleżanką z zespołu. Wychodzi więc na to, że to rzeczywiście dobra płyta i nie sposób się dziwić, że do dziś inspiruje wielu artystów: od shoegaze’owców, przez triphopowców po, za przeproszeniem, postrockowców.

To teraz pora na kilka wyznań. Gdy zapoznałem się wreszcie z „Souvlaki”, byłem trochę rozczarowany. No bo tak, fajny krążek, ale jak na taki hype – spodziewałem się jednak czegoś lepszego. I tu do akcji wkroczyło wydanie deluxe z 2005 roku, do którego label Castle Music dorzucił drugi krążek. Normalnie tego typu dodatki traktuję jako ciekawostkę, rzadko kiedy kolekcje b-side’ów z singli czy inne dema przykuwają moją uwagę na dłużej. Ciekawie posłuchać sobie, jak ewoluowały ulubione kawałki, zanim przyjęły ostateczną formę, ale to tyle. Tymczasem na bonusowym krążku z reedycji „Souvlaki” zebrano materiał z poprzedzających wydanie płyty EP-ek „5” i „Outside Your Room”, do kompletu dorzucono cover „Some Velvet Morning” Lee Hazlewood – i wiecie co? Ta dodatkowa kompilacja przekonuje mnie bardziej od samego „Souvlaki”.

Już od wspomnianego coveru, który nadaje ton całej płycie. Czekam, aż wykorzystają go w którymś z topowych amerykańskich seriali (Breaking Bad się skończyło, to może True Detective?) – idealnie pasowałby na jakąś psychodeliczną przejażdżkę przez pustynię. Pełen gitarowego przesteru „So Tired”, jakby go jeszcze trochę „popsuć”, mógłby być „singlem” How I Quit Crack. „Moussaka Chaos” to instrumentalne „Souvlaki Space Station” w wersji „extended” – aż się prosiło, żeby wykorzystać go gdzieś pod koniec albumu jako powracający motyw (tzw. „reprise”). Na „In Mind” nie dziwię się, że miejsca nie było: syntetyczny beat i jawnie elektroniczny charakter zbyt by odstawał. Ale sama piosenka: pierwsza klasa! I znowu urzeka ten przestrzenny śpiew Rachel Goswell, jakby oddalony od nas o kilka warstw snu. Elektroniki zresztą w ogóle na „5 EP” jest znacznie więcej: w „Good Day Sunshine” pobrzmiewają echa world music, „Missing You” brzmi niemal jak Boards of Canada. Czemu zostawiono takie rzeczy dopiero na EP-kę, o której dziś już nikt nie pamięta? O dziwo taka wyklejanka materiału z kilku małych płytek wcale nie brzmi jak typowa kompilacja tego typu – utwory ułożono z głową, jest dramaturgia, jest spójność, spokojnie można odbierać tę kolekcję jako pełnowymiarowy krążek. Zwłaszcza, że na jego sam koniec zostawiono prawdziwe perełki: z pozoru nieistotne remiksy „In Mind”. Podkreślam: z pozoru, bo „In Mind (Reload Mix)” to prawdopodobnie najlepszy kawałek podpisany jako Slowdive w całym ich dorobku.

Rada jest więc prosta. Jeśli już doskonale znacie Slowdive, wspominacie występ na Offie, ale zaczynacie się niepokoić, że wszyscy znajomi już ich słuchają – sięgnijcie po dwupłytową reedycję „Souvlaki” z 2005 roku. Gwarantuję, nie ma nic bardziej hipsterskiego niż jarać się bonusowym krążkiem z odrzutami z jakiejś płyty. Jeśli nie znacie Slowdive – sięgnijcie po dwupłytową reedycję „Souvlaki” z 2005 roku. Gwarantuję, że jak już osłuchacie się z podstawową płytą, bonusowy krążek wzniesie Was na wyżyny uwielbienia dla tego zespołu. Bo to dopiero na EP-kach Slowdive pokazali się jako wiecznie eksperymentujący poszukiwacze, u których postrock miesza się z dubem, a w ramach jednej piosenki da się upchnąć dwadzieścia ścieżek samej gitary. Nawet jeśli „Pygmalion” miał sprawiać właśnie takie wrażenie, nie wyszedł równie przekonująco.

PS Jeśli NAPRAWDĘ będziecie się rozglądać za tym dwupłytowym wydaniem, i to na przestarzałym, fizycznym nośniku, prawdopodobnie natraficie na wznowienie Cherry Red – to dokładnie ten sam zestaw utworów, po prostu Castle Music przestało funkcjonować, gdy Universal przejął Sanctuary i wszystkie podlegające mu labele.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *