Silence – Vain, A Tribute to a Ghost

Kiedyś ktoś mi skomentował recenzję tej płyty mniej więcej w taki sposób: „Być melomanem i nie znać „Vain”, to jak być kinomanem i nie znać przygód Indiany Jonesa”. Porównanie cokolwiek osobliwe, wszakże słoweński duet pozostaje nieznany szerszej publice i raczej nie zanosi się, aby miało to ulec zmianie w najbliższej przyszłości (ale może nie doceniam siły oddziaływania tego bloga, hmm?). Jeśli jednak słowa te mają świadczyć o jakości muzyki i stawiać ją w jednym rzędzie obok trylogii (ktoś kiedyś wspominał o jakiejś czwartej części, nawet miałem wrażenie, że ją widziałem, ale odsiedziawszy swoje na terapii psychiatrycznej, doszedłem do wniosku, że nigdy niczego takiego nie było, tylko jakiś zły sen) z Harrisonem Fordem, to w sumie pasuje.

Silence (i już widzę, jak szybko znienawidzicie tę nazwę, szukając jakichkolwiek informacji na temat zespołu – od razu ułatwię: oficjalna strona) to słoweński duet parający się szeroko pojętą muzyką elektroniczną. Trochę synth popu, trochę trip hopu, generalnie spokojne i nastrojowe historie. …mniej więcej. Bo ich twórczość to dość skomplikowana sprawa. Z jednej strony nagrali cztery albumy studyjne (opisuję tu trzeci – ostatni to „Musical Accompaniment for the End of the World” z 2012 roku), z drugiej: cztery oficjalnie wydane ścieżki dźwiękowe do projektów teatralnych.

Poza tym ciągle angażują się w kolejne przedsięwzięcia tego typu i patrząc głębiej na ich oficjalną stronę, trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę większość ich muzyki pozostaje ciągle niewydana. Do tego współpracowali z Laibachem przy płycie „Volk” oraz ostatnio przy singlu poświęconym Powstaniu Warszawskiemu. Sporo tego jest, żeby sprawę utrudnić: w zasadzie wszystko, co wydali do 2007 roku, mogę z czystym sercem polecić.

Od czegoś jednak trzeba zacząć, a „Vain, A Tribute to a Ghost” wydaje mi się na tę okazję najodpowiedniejsze.

Pomysł na swoją trzecią pełnowymiarową płytę panowie Hladnik i Benko mieli niemalże na miarę „Year Zero” Nine Inch Nails. Z oczywistych przyczyn zrealizowali go z o wiele mniejszym rozmachem, choć ponoć w rodzimej Słowenii nieco szumu narobili. Cała koncepcja obracała się wokół niejakiego Mateja Smolnika, znanego też jako tytułowy Vain. Młody artysta zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w 1998 roku, rok wcześniej w podobnej aurze tajemnicy utonęli jego rodzice. Pozostawił po sobie muzykę, wiersze i obrazy. Podtytuł „Tribute to a ghost” ma określać związek muzyków ze zmarłym artystą, którego nie są w stanie sprecyzować.

Jeśli kogoś bardziej interesuje wytworzona przez Słoweńców otoczka albumu, zapraszam do zrealizowanego w celu jego promocji (no bo nie oszukujmy się, przede wszystkim chodziło w tym wszystkim o promocję właśnie) krótkiego dokumentu. Ja ograniczę się do tych krótkich wzmianek w ramach ciekawostki i przejdę wreszcie do tego, co najważniejsze. Muzyki.

Bo ta jest na „Vainie” zaiste cudowna, o czym przekonuje od pierwszej nuty urzekający „Skin”.

Rozmarzony głos wokalisty na tle wyciszonych skrzypiec, całość ozdobiona dyskretnymi wtrętami, a jeszcze biorąc pod uwagę tekst (Silence zaliczają się na tym polu do mojej osobistej czołówki):

I read your skin
It’s like a book of lust
It is my bible
Yeah, in skin we trust
My private landscape
Full of lovely sights
Sweetest depressions
and addictive heights

Absolutne cudo. Jeśli nie zachwycicie się od razu tym utworem, nawet nie czytajcie dalej. W ogóle opuśćcie tę stronę, cofnijcie mi lajka i zejdźcie mi z oczu, bo nie chcę dzielić z Wami miana człowieka. Już, zostali sami godni najsmaczniejszych kąsków? No to opowiadam Wam dalej. O czymś takim cudownym jak „Belief”, gdzie znowu elektroniczny beat idealnie komponuje się z natchnionym dwugłosem, przywodzącym czasem na myśl Dave’a Gahana. Słoweńcy zresztą ewidentnie inspirowali się Depeche Mode w przeszłości, tej płycie już bliżej do intymnych klimatów „Excitera”.

O ile jednak „Exciter” nadaje się do użytku jedynie w bezsenne noce, kiedy szukamy czegoś dobrego na sen, tak kompozycje z „Vain” są dobre na każdą okazję. Romantyczny wieczór we dwoje, samotny wieczór w oknie, nawet jakiś spacer za dnia. Ale chwila, bo zapomniałem z tego wszystkiego zacytować tekst „Belief”:

I don’t believe in love
I cannot face the flood
I don’t believe in love
diseases in the mud
I don’t believe in love
vultures drawn by blood
I am much too frail for this
I can’t defy the storm
in your kiss

I won’t go down again
I won’t go down this road again
I won’t go up in flames
I won’t go down the drain of love
again

Tej płycie stuknęło właśnie 10 lat.

Pewnie 10 lat temu myślałem, że w 2014 roku będę już nieco starszy i poważniejszy, i lektury muzyczne będę mieć nieco mądrzejsze – ale jak widać nic się nie zmieniło. Wracając do fantastycznych piosenek, nie sposób nie wspomnieć o „Someone Else’s Song”, najbardziej elektronicznym w tym zestawie, choć wciąż „żywszym” brzmieniowo od czegokolwiek z „Ma Non Troppo” i „Unlike a Virgin”.

Skoro już przy cudzych piosenkach jesteśmy… Kojarzycie Kraftwerk? Nie będę bił tym razem, zostańcie, szczerze pytam. I nawet zawstydzony przyznam się, że gdy poznawałem Silence, Kraftwerk kojarzył mi się tylko z „The Man-Machine”. I wcale nie wiedziałem, że kompozycja „Hall of Mirrors” to jakiś cover. Może dlatego byłem tak zawiedziony, gdy wreszcie poznałem oryginał: bo wersja Silence jest nieporównywalnie bardziej urokliwa. Gęsty, oniryczny klimat, podbudowywany głosem Anne Clark, prowadzący do rozbudowanej końcówki z folkowymi zaśpiewami. Coś fantastycznego. Sorry, Kraftwerk.

Nawet gdy Słoweńcy zdają się zapuszczać w nieco infantylniejsze rejony, nie mam do nich o to żadnych pretensji. Mająca takie znamiona „Baby” zdaje się mieć mimo wszystko dość ironiczny wygłos (wystarczy zajrzeć do tekstu, gdzie są takie cuda jak Violets are blue and blood is red / I always knew you’d end up dead” albo „From Russia with a nice roulette / A matching bullet for your head), podobnie radosna wręcz, minimalistyczna „Pitaju me, pitaju” – jedyna zaśpiewana tu po słoweńsku – nabiera nowego sensu dopiero, gdy zajrzy się w słowa… (pozwolicie, że przytoczę od razu w polskim tłumaczeniu, które też kiedyś gdzieś tam popełniłem)

Ciesz się
Kochałem cię tak mocno
Ciesz się
Nigdy się po tobie nie otrząsnąłem
Napisz do mnie
Niech twoje dni będą radosne
Czyja teraz jesteś?
Co teraz robisz?
Napisz do mnie
Moje słońce
Ty jesteś niewinna
To mnie należy winić

I oczywiście mógłbym wyliczać tak już do końca…

Podniosłe „She Alone” i „Runalong”. Dwa instrumentale: nieco orientalny „The Rise and Fall of the American Empire” i wieńczący całość, mroczny „Murder”, który przywodzi na myśl najlepsze fragmenty ścieżki dźwiękowej do „Veroniki” (tak, tej od Coelho). Pełen trzasków rodem z winyla „Favourite Routine”, w którym wysokie, śliczne zwrotki kontrastują z agresywnym refrenem, pełnym tak często występującego w utworach Silence dyszenia. Melancholijny „Mr. Goodwrong”, w którym odrobinkę nadziei pozostawia już tylko refren:

A little wrong can set things right
and darkness can shed some light
A little death can bring some life
Just like love can cut like a knife

Ale dość tego. Dodam jeszcze tylko, że całość jest naprawdę fantastycznie wyprodukowana. I że to jedna z tych płyt, po których odnalezieniu cieszymy się jak z poznania nowego, fantastycznego człowieka, który na każdym kroku obdarowuje nas niewiarygodnymi chwilami, aż ciężko nam uwierzyć, że nie znaliśmy go wcześniej. Ale ludzie pokazują w końcu swoje prawdziwe oblicza i przemijają. A nawet najwspanialsze płyty w końcu się nudzą, powszednieją i cała radość ginie pod ciężarem codzienności.

Także słuchajcie, poznawajcie i cieszcie się, póki macie czym.

Trochę Was tym razem wkręciłem i z premedytacją wybrałem najbardziej mainstreamową płytę Silence. Niczego „Vainowi” nie ujmując, gdybym miał wybierać osobistego faworyta, pewnie jednak zdecydowałbym się na „Unlike a Virgin”. Albo w ogóle „Veronikę”. Problem w tym, że i tak nie wiem, skąd mielibyście te płyty wziąć. W streamingach ich nie ma, kupić się oczywiście od dawna nie da, a nawet gdybym miał Was namawiać do czynów powszechnie uznawanych za nielegalne, nazwa zespołu pozostaje jednym z najlepszych zabezpieczeń antypirackich w historii muzyki. No cóż… Powodzenia. Myślę, że warto.

O „Vain, A Tribute to a Ghost” pisałem po raz pierwszy w 2007, a może nawet w 2006 roku na stronie Cthulhu’s Lair. Powyższy tekst nie ma zbyt wiele wspólnego z tamtym, ale to tylko lepiej dla wszystkich.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

5 komentarzy do "Silence – Vain, A Tribute to a Ghost"Dodaj swój →

  1. Wpływ Depeche Mode jest potwierdzony. 10 lat temu, jeszcze za czasów audycji Mocne Nocne w Radiu Bis, Silence byli częstymi gośćmi u Mariusza Gzyla gdzie opowiadali o muzyce, wpływach itp 😉

    1. O, to ciekawe. Pamiętam tę audycję, niestety, załapałem się dopiero pod sam koniec jej istnienia i na Silence nigdy nie trafiłem. Dzięki za info! 🙂

  2. Jeśli już cytujesz tekst Pitaju, to dobrze byłoby napisać, że akurat nie jest to ich tekst, bowiem to cover kawałka z lat 80. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *