SE – L36

Powracamy do kręgu znanej i lubianej wytwórni Tympanik Audio. Kolejnym przedstawicielem jej zmechanizowanej, industrialnej stylistyki, o którym sobie opowiemy, będzie Sebastian Ehmke z Niemiec. Tak się nie do końca szczęśliwie złożyło, że swój IDM-owo glitchowy projekt zdecydował nazwać… po prostu swoimi inicjałami – szanse na znalezienie o nim informacje przez Google są więc znikome. Postaram się Wam jednak pomóc, bo zainteresować się jego twórczością zdecydowanie warto.

„L36” to jego druga pełnowymiarowa płyta, na której zdecydowanie rozwinął się muzycznie. Mam wrażenie, że poniekąd pod wpływem innych podopiecznych Tympanika – choćby Stendecka czy Autoclav 1.1 – ale też trzeba pamiętać, że po prostu lata 2008-2010 stanowiły złoty okres dla tego labelu („L36” ukazało się w kwietniu 2010 roku – aż mi się wierzyć nie chce, że to już pięć lat…). Debiut Niemca, „Epiphora”, stanowił bardzo udane połączenie zdehumianizowanych trzasków z melodyjnymi syntezatorami, momentami sprawiał jednak wrażenie nierównego. Po latach wybija mi się z niego już chyba tylko utwór „Null„, który zresztą pokochałem od pierwszych dźwięków. „L36” spełnia wszelkie warunki, by uznawać go za wydawnictwo dojrzalsze i bardziej dopracowane.

Ehmke nie stracił talentu do ładnych melodii, co udowadnia od razu zapadającym w pamięć loopem ze „Stadium”. Utwór rozwija się we wręcz synthrockowy sposób, a „tłuczony” beat jest w nim wyjątkowo delikatny. Również „Lily” budzi skojarzenia z alternatywno-folkową sceną gitar akustycznych i jak ulał pasowałby do jakiegoś amerykańskiego filmu niezależnego. Podobnie „F-Sand-036”, choć tu już pojawia się mile pulsujący beat. Czyżby SE próbował przemycić eksperymentalną elektronikę do hipsterskich środowisk? Nic z tych rzeczy!

„L36” korzysta po prostu z o wiele bogatszej palety brzmień i nawiązań do sceny elektronicznej. Rozmarzony, powolny „Mimikry” to ambientowa oszczędność godna Subheima, który zresztą sprezentował nam na koniec autorski remiks tej kompozycji – moje skojarzenia nie biorą się więc znikąd. Ehmke odważniej uderza w melancholijne klimaty, na co najlepszym dowodem przejmujący „36 HERtZ”. Ale spokojnie, jeśli przede wszystkim zależy wam na dźwiękach, które miło wyglitchują wam słuch, jest „Beton” – wciąż niepozbawiony ładnej melodii, ale uzupełniony przetworzonymi jękami.

Mistrzostwo w swym fachu SE osiąga jednak dopiero w „Weit”, który nie bez powodu jest punktem centralnym całego albumu. To dopiero tu layery odpowiednio się uzupełniają, jest też ich słyszalnie więcej. Beat trzaska jak należy, a klawiszowy motyw należycie się rozwija podbarwiony atmosferycznymi padami. Z kolei wspomniany motyw klawiszowy rodzi skojarzenia z klasyką w postaci „Tubular Bells”. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że tak brzmiałby dziś Mike Oldfield, gdyby wciąż miał jaja.

Szkoda, że do dziś „L36” zamyka dyskografię Niemca – mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zaprezentuje nam kolejne dzieło. Biorąc pod uwagę, jak rozwinął się między swoimi dwoma albumami, aż boję się pomyśleć, co miałby do zaoferowania dzisiaj. Na razie jednak to „L36” pozostaje pośród moich ulubionych płyt ze stajni Tympanika.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

1 komentarz do "SE – L36"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *