Rites of Fall – Truthsayer

Kiedy ktoś poleca mi polski projekt, porównując go do zagranicznych zespołów, zawsze podchodzę do tego z dużą rezerwą. W przypadku warszawskiego Rites of Fall moje wątpliwości zostały jednak błyskawicznie rozwiane. Rzeczywiście czuć tu ducha twórczości Forest Swords, Bena Frosta i The Haxan Cloak.

Minęło trochę czasu, odkąd ostatni raz zapuszczałem się w takie nawiedzone lasy. Witch house czy wspomniane projekty wytyczające nowe kierunki mrocznej elektroniki stanowiły poniekąd podwaliny tego bloga. Skąd więc ten zastój? No niestety, sama scena również mocno zwolniła. oOoOO zaginął gdzieś bez śladu wkrótce po gdańskim koncercie, Bobby Krlic poświęcił się soundtrackom i produkcji innych artystów. Z wymienionych szyldów tylko Forest Swords utrzymuje tempo i nawet w tym roku wydał świetny krążek „Compassion”.

Okazuje się jednak, że świeża krew jest bliżej niż mogło się wydawać. Kolejny raz miło mi zaobserwować, że moje ulubione hipsterskie nisze z zagranicy znajdują swoich reprezentantów w Polsce, na dodatek bez wieloletniego poślizgu. Gdyby tylko Tri Angle, niegdyś mój ulubiony label od mrocznej muzyki z opętanych złymi mocami lasów, wciąż działał równie prężnie co jeszcze 2-3 lata temu, to właśnie na jego stronie wypatrywałbym informacji o pełnowymiarowym debiucie warszawskiego Rites of Fall.

W przypadku projektu z taką nazwą nie ma nawet co zadawać pytań o atmosferę wykonywanej muzyki. „Rytuały jesieni” mówią już same za siebie, a nawet jeśli ktoś miałby wątpliwości, przemyślana oprawa graficzna w mig je rozwieje. EP-ka „Truthsayer” od pierwszych dźwięków brzmi jak coś, co mogło zrodzić się właśnie w szalonej wyobraźni Matthew Barnesa. Bartek Kuszewski, znany m.in. z formacji Fiasko i eksperymentalnego Onedaytemple, proponuje jednak nieco inne podejście. Zamiast szatkować i sklejać kolejne mozaiki niepokojących sampli, stawia na podbudowujące grozę drony. Kompozycje są majestatyczne i powoli odkrywają między poskręcanymi konarami swoje ciemne piękno.

Wędrując dalej w tę nawiedzoną knieję, nigdy nie możemy być pewni, co na nas czyha za rogiem. Raz będzie to przeszywający jęk klarnetu, oczywiście odpowiednio przetworzony, by brzmiał jak nieziemski instrument z innego wymiaru („Head of the Snake”). Innym razem czeka nas lovecraftowska groza rodem z pierwszej płyty The Haxan Cloak (początek „Corpus Resonanticum”). W finałowym utworze tytułowym przypomina mi się nawet żałobna atmosfera „The Remote Viewer” Coila. Zapewniam, że jeśli tylko dacie się zaprosić do tego niepokojącego świata, ani przez chwilę nie będziecie się nudzić.

„Truthsayer” to doskonałe 23 minuty pokazu siły. Nie mam wątpliwości, że gdy tylko odpowiednie środowiska zdadzą sobie sprawę, co nam tu niespodziewanie wyrosło na krajowej scenie, będzie o Rites of Fall jeszcze całkiem głośno. Tak że spieszcie się tego słuchać, zanim stanie się mainstreamowe. A ja dopisuję pełnowymiarowy debiut do najbardziej oczekiwanych wydawnictw przyszłego roku i czekam na jakieś klimatyczne koncerty.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

0 komentarzy do "Rites of Fall – Truthsayer"Dodaj swój →

Dodaj komentarz