Podsumowanie roku 2014: Jon Krazov

Minęło wiele lat od momentu, kiedy sporządzałem swoje ostatnie podsumowanie muzyczne. Nie jestem zawodowym dziennikarzem muzycznym, a bardziej poszukiwaczem na własną rękę, więc nie zawsze mogę zaprezentować top 10, który składałby się z wydawnictw tylko i wyłącznie z danego roku; muzyka tak nie działa w moim przypadku. Tak też będzie i tym razem.

Zacznę jednak od 2014 roku. Coś tam było z bieżących rzeczy.

Jeden. Die Antwoord, „Donker Mag”. Die Antwoord wróciło w tym roku z nowym wydawnictwem. Jest trochę mniej rave’owo niż na „Tension”, może miejscami nawet bardziej lirycznie, ale nadal mówimy o radosnych popaprańcach z RPA. Nie brakuje ani zdrowej rąbanki, ani absurdalnie śmiesznych skitów. Tony, don’t fuk me.

Dwa. „Cold In July”. Ścieżka dźwiękowa, na którą głównie składają się retro elektro kompozycje Jeffa Grace’a mające oddawać 1989 rok, zarówno jeśli chodzi o czas osadzenia akcji, jak i stylistykę filmu. Można wręcz powiedzieć, że brzmienie Bandcampu wkracza na hollywoodzkie salony. Jest do tego stopnia campowo, że momentami śmiałem się w nieodpowiednich momentach (np. gdy bohaterowie jadą samochodem); ale niech ten opis nikogo nie zmyli — muzyka sama w sobie broni się bez dwóch zdań.

Tak opuszczamy tegoroczniaki, a wkraczamy do sekcji Bandcamp, na którym trochę sobie buszowałem w tym roku. Moim odkryciem roku jest tutaj Sankt Otten.

Trzy. Sankt Otten, „Sequencer Liebe”. O tak, sekwencerowa miłość. Elektronika pulsuje tu bardzo przyjemnie. Z jednej strony niemiecka precyzja, z drugiej brak siermiężności jakże typowej dla większości ich elektroniki (nie żeby nie miało to czasami swojego uroku).

Cztery. Sankt Otten, „Messias Maschine”. Duet nie ma dwóch takich samych płyt w ofercie i oto następca „Sequencer Liebe” bardziej przypomina skrzyżowanie „Blade Runnera” ze snującym się motywami rodem z kina noir. Chapeu bas.

Pięć. OGRE, „194”. Płyta, o której planowałem napisać coś więcej, ale nie wiem nic ani o jej autorze, ani o niej samej. Tymczasem pod pretekstem fikcyjnego soundtracku do filmu science-fiction, dostajemy wspaniały kawałek iście analogowej elektroniki, która ujmuje zarówno rozmachem, jak i pierdolnięciem.

Sześć. Pilotpriest, „Original Motion Picutre Soundtrack”. Anthony Scott Burns, który jest również reżyserem filmowym, postanowił złożyć jedyny w swoim rodzaju hołd latom 80. — każda z 30 zawartych na płycie kompozycji nosi tytuł jakiejś produkcji filmowej z tejże dekady, aczkolwiek nie są to przeróbki motywów z danych filmów, tylko autorskie pejzaże muzyczne przesycone elektroniką subtelnie korzystające z hołdowanej epoki. Całość jest dość różnorodna, momentami nawet zahaczając o stylistykę Daft Punk z ich drugiej płyty („The Golden Child”). Warto zwrócić uwagę, szczególnie że w tym roku płyta dorobiła się odświeżonego wydania.

Siedem. Billy Idol, „Cyberpunk”. Klasyk, który dane było mi poznać dzięki Jeszcze tego nie słyszałeś (dzięki, Rajmund!). Najbardziej autorska i niestety również najbardziej niezrozumiana płyta Billy’ego Idola, a tymczasem jest to autentyczna i entuzjastyczna wyprawa do świata cyberpunku. Po latach potrafi zachwycić. Jest to jedna z tych ukrytych perełek, które leżą „od zawsze” na półce sklepu muzycznego, ignorowane przez całe rzesze ludzi. Szkoda, że sam autor przestał się do tego wydawnictwa przyznawać.

Osiem. „Only Lovers Left Alive”. Ścieżka dźwiękowa do wampirycznego filmu Jima Jarmuscha, choć wampiryzm jest tu bardziej pretekstem i fasadą do właściwej opowieści. Towarzyszy jej nieco duszna muzyka gitarowa spod egidy post rocka. Monotonna ściana dźwięku świetnie oddaje „pogrzebowy” charakter życia Adama (trochę mniej Ewy). Podobnie jak bardziej liryczne pobrzękiwania na starych instrumentach. Trzeba lubić tego typu nihilistyczno-spleenowe eskapady, ale jak już się lubi, to można poczuć się jak w domu.

Na koniec dwa odkrycia ze świata Dooma. Jak być może niektórzy wiedzą, pomiędzy różnymi zgłębianymi przeze mnie aspektami tej gry jest również ścieżka dźwiękowa. Na bieżąco śledzę, czy nie pojawiły się przypadkiem jakieś ciekawe wersje. W 2014 znalazłem dwie, które uczyniły ten rok interesującym.

Dziewięć. Per Kristian Risvik. Risvik wziął na tapetę muzykę z pierwszej części, jak i drugiej. Nie wszystkie kawałki, a szkoda, ponieważ zaproponował dość świeże podejście, sięgnął na przykład po ejtisowy bas w „The Healer Stalks” czy ciekawy zamiennik gitary elektrycznej w „Shawn’s Got the Shotgun”, co pozwoliło mu tchnąć nowe życie w trochę zastane brzmienia. (Oggi dobrej jakości do pobrania ze strony autora: raz i dwa).

Dziesięć. Zupełnie inną ścieżką poszedł tajemniczy artysta skrywający się pod pseudonimem Kinkiness. Poszedł w stronę ambientu, niejednokrotnie spowalniając tempo utworów i udało mu się osiągnąć naprawdę ciekawy efekt. Kompozycje z jednej strony przypominają Dooma, a z drugiej brzmią jakoś tak nieludzko. A jest czego słuchać, ponieważ pokryty został w całości „Doom” oraz „Doom II”.

I to na tyle w tym roku. Oby następny obfitował w jeszcze ciekawsze odkrycia.

The following two tabs change content below.
Wielki amator 80s revival movement. Z zasady nie uznaję podziału na gatunki — muzyka jest jedna. Ponadto jestem doomologiem klasycznym i sporadycznie pisuję o filmach.

0 komentarzy do "Podsumowanie roku 2014: Jon Krazov"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *