PM2 Collective – Bob z miasta Dylan

Kiedy nasza redakcyjna specjalistka od americany i alt country przygotowywała jakiś czas temu przegląd dokonań Jaya Munly’ego, nawet nie przyszło mi do głowy, by prosić ją o wynalezienie przejawów tych nurtów na polskiej ziemi. No bo przecież ej, AMERICAna – nazwa zobowiązuje. Okazuje się jednak, że i w Polsce może powstać w tej materii coś interesującego i, o dziwo, wiarygodnego. Przed wami trio PM2 Collective z Bielska-Białej.

Skąd w ogóle pomysł, żeby w Polsce brać się za country czy jego odmiany? Jeśli wierzyć słowom samego zespołu (a nie widzę powodów, by tego nie robić), do nagrania albumu „Bob z miasta Dylan” zainspirowała ich opowieść pewnej starszej pani z Luizjany, którą jeden z muzyków poznał w samolocie z Nowego Jorku. Historia z jej dzieciństwa miała go zainspirować do napisania piosenki – jak widać pomysł nieco się rozrósł. „Bob z miasta Dylan” to bowiem cały przemyślany concept album, któremu towarzyszy nawet opowiadanie na stronie internetowej. Przyznaję, że to głównie taka rozbudowana forma zwróciła moją uwagę w pierwszej kolejności. Jednak już po pierwszym kawałku nie miałem wątpliwości, że twórczość PM2 Collective znacznie wykracza poza stereotypowe wyobrażenia muzyki country i ma duże szanse znaleźć szersze grono miłośników niż dość hermetyczna publiczność festiwalu w Mrągowie.

Żeby jednak dać się ponieść historii Boba, trzeba przyjąć do wiadomości, że mamy tu do czynienia z realizacją pewnej konwencji, i to realizacją stuprocentową. Jeśli w dzieciństwie marzyliście o zostaniu kowbojem i wychowaliście się na filmach Sergio Leone, będziecie mieli zdecydowanie łatwiej. Przedstawiona na płycie historia to klasyczna opowieść z Dzikiego Zachodu i nie miałaby po co nawet tego kryć – związki z westernowymi schematami są jej największą siłą (o tym jak mocno są w niej zakorzenione świadczą chociażby porównania w stylu Oczy jasne jak Yumy piach czy cała plejada takich postaci jak Jesse James i Butch Cassidy). Jest więc tytułowy Bob, który zakochuje się w niejakiej Laurze. Tak się nieszczęśliwie składa, że Laura jest córką pastora Sama, który Boba nie cierpi. Wrabia go więc w napad na bank i tym samym pragnie doprowadzić do egzekucji, która raz na zawsze położyłaby kres miłosnym zapędom Boba. To dopiero pierwsze trzy kawałki, ale dają już pełne wyobrażenie o prezentowanej opowieści.

No dobra, a jak jest z samą muzyką? PM2 Collective wymienia pośród swych inspiracji Boba Dylana, Jacka White’a czy 16 Horsepower – i rzeczywiście jest to jakiś kierunek. Piotr Wojtyczek może i nie ma w głosie takiej charyzmy jak David Eugene Edwards, ale do tego pewnie musiałby się urodzić w Kolorado. Do snucia niewesołej historii Boba jego swoista melodeklamacja pasuje jak ulał. Piosenki są dość zróżnicowane, taka w końcu natura concept albumu, któremu potrzeba różnych środków wyrazu. Wyróżnia się przede wszystkim „Dzika banda” – nie dziwię się, że specjaliści uznali ją za najlepszą piosenkę Pikniku Coutry w Mrągowie. Ale równie mocno zapada w pamięć „Bob i Laura” czy mój faworyt, dramatyczny „Stryczek”. W aranżacjach dzieje się o wiele więcej niż można by oczekiwać po utworach z szufladki „country”. „Psota Blues” zwraca uwagę grą bębnów i przetworzonym wokalem, „Odejście” to przede wszystkim rewelacyjna trąbka, a w „Rzece Zapomnienia” tkwi dostojność godna tytułowego Dylana (utwór pochodzi jeszcze z repertuaru poprzedniego zespołu Marcina Mieszczaka, Magda Wang). Owszem, zupełnie nie przekonała mnie rozlazła ballada „Nie Zapomnij Mnie Kochanie”, ale mogę uzasadnić jej obecność narracyjną koniecznością. Jak więc wyraźnie słychać, PM2 Collective to o wiele więcej niż akustyczne country bez większego zróżnicowania, a cały materiał przekonuje o niezłym osłuchaniu i autentycznej pasji jego twórców. A to przecież u artystów jedna z najważniejszych rzeczy.

Zresztą PM2 Collective już został dostrzeżony gdzie trzeba, a myślę, że to dopiero początek sukcesów płyty „Bob z miasta Dylan”. Szczególnie jestem ciekaw jej wersji anglojęzycznej, która właśnie powstaje i z wiadomych względów ma szanse znacząco wpłynąć na popularność zespołu. Wyeliminuje też jedyną rzecz, której mógłbym się mocniej uczepić. Bo w całej tej westernowej układance jak pięść do nosa pasuje język polski.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

0 komentarzy do "PM2 Collective – Bob z miasta Dylan"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *