Peter Gabriel & friends – Big Blue Ball

Nie sposób nie kochać Petera Gabriela. Już same jego najsłynniejsze płyty solowe – „So”, „Us” i „Up” – to wystarczający powód, by otaczać go uwielbieniem. Jest z nim jednak jeden dość poważny problem. Spójrzcie sobie na daty wydania wspomnianych albumów. No właśnie…

Dla niezorientowanych: najsłynniejszy album Gabriela – wspomniane „So”, z którego pochodzą takie hity jak „Sledgehammer”, „Don’t Give Up” z Kate Bush czy mój ulubiony „Red Rain” – ukazał się w 1986 roku. Na jego następcę – równie udane „Us” – trzeba było czekać aż sześć lat. Ale to jeszcze nic! Następny w kolejce „Up” trafił na rynek dopiero w 2002 roku. Dziesięć lat później! Najsmutniejsze jest to, że od tamtego czasu na dobrą sprawę nie dostaliśmy kolejnego albumu. „New Blood” z 2011 roku to tak naprawdę tylko nagrane na nowo przeboje z przeszłości, a o coverowych „Scratch My Back” i „And I’ll Scratch Yours” nawet nie chcę już wspominać. Krótko mówiąc: Peter Gabriel to chyba rekordzista, jeśli chodzi o odstępy między kolejnymi wydawnictwami.

Oczywiście to nie tak, że artysta się w tym czasie leni. Ciągle angażuje się w nowe projekty, jeździ w spektakularne trasy koncertowe (polecam zapuścić sobie któreś z jego licznych koncertowych DVD, jeśli nie jesteście w temacie), ma swoją wytwórnię Real World Records, fundację Witness i generalnie na brak zajęć nie narzeka. Ich opisanie zajęłoby pewnie trzy przeciętne artykuły na tym blogu, więc nie marnując czasu, przejdę już do projektu, na którym chciałbym się dziś skupić. Big Blue Ball – wielka niebieska piłka, czyli widok, jaki możemy zaobserwować z przestrzeni kosmicznej, jeśli zwrócimy się w stronę naszej planety. To płyta wydana w 2008 roku i… Nie, to trzeba opowiedzieć.

Peter Gabriel powołał ten projekt do życia jeszcze w 1991 roku, jako wyraz swojej niekrytej miłości do tzw. „world music”. Wtedy to zaaranżował pierwsze spotkanie nagraniowe – całotygodniowy maraton, odbywający się naraz w kilkunastu filiach jego studia Real World. Rok później powtórzył spotkanie, a finałowa sesja miała miejsce w 1995 roku. Łącznie w nagraniach wzięło udział 75 muzyków z 20 krajów. Wyobrażacie sobie, ile to musiało być materiału? Nic dziwnego, że ogarnięcie tego wszystkiego zajęło… 13 lat. Gdyby nie pomoc producenta Stephena Hague’a (New Order, Pet Shop Boys, a także „Up” Gabriela), pewnie te taśmy kurzyłyby się do dziś.

75 artystów robi wrażenie, ale nie oszukujmy się, o kogo tu przede wszystkim chodzi. Na pierwszy ogień weźmy więc utwory, w których zaśpiewał sam Peter Gabriel. Przede wszystkim singlowy „Whole Thing” – autentycznie wzruszająca piosenka, którą bez najmniejszego zawahania stawiam obok jego największych dokonań. Gabriel jak zwykle uchwycił w prostych słowach wyższy stopień melancholii, który doskonale pasuje do rytmicznego podkładu. Ale nie bójcie się, jest tu i chwytliwy refren, i zupełnie nowoczesna aranżacja – wcale nie czuje się tu, że mamy do czynienia z grzanym przez 18 lat kotletem.

Whole thing will still go on without you
Something will still be there to move me
’cause my own thing is always to inspire you

One that I love I dream beside
One that I love is close as I can get
Sometimes I can’t remember
Sometimes I can’t forget

Lecimy dalej. „Exit Through You” to już kawałek bardziej przypominający sąsiadujące chronologicznie z sesjami w Real World „Us” z 1992 roku. Można by się nawet pomylić, że gra tu Tony Levin, ale tak naprawdę to Jah Wobble (niegdyś PiL). W zwrotkach śpiewa „telefonicznie” przetworzony Joseph Arthur, ale kompozycja na dobre budzi się typowo Gabrielowskim refrenem – już z jego głosem. Jest tu też nowa, żywsza wersja „Burn You Up, Burn You Down”, które w bardziej kameralnym wydaniu poznaliśmy na składance „Hit” z 2003 roku. Nie każcie mi wskazywać, która wersja jest lepsza – obie stawiają po prostu na co innego. Tyle w kwestii wokalu Gabriela, ale artysta zrobił też drone’owe tło w egzotycznej kołysance „Rivers” (śpiewa węgierska wokalistka Márta Sebestyén) i zagrał w tytułowym „Big Blue Ball”, które stanowi nad wyraz pozytywne zwieńczenie całego zestawu.

Gdyby ta płyta wyszła zaraz po nagraniach, czyli w 1995 roku – u szczytu popularności muzyki etnicznej i jej najrozmaitszych fuzji – pewnie w kategoriach wielkiego wydarzenia rozpatrywano by utwór „Altus Silva”. Udzielają się w nim muzycy święcącego wówczas największe triumfy Deep Forest. To jeden z najbardziej nastrojowych i magicznych momentów płyty – gdyby odrzeć go z żywych brzmień i wokalu, brzmiałby jak Boards of Canada. Jest też podniosłe, antywojenne „Everything Comes From You”, w którym zaśpiewała Sinead O’Connor.

Reszta materiału, to – nie oszukujmy się – głównie etniczne odjazdy. Raz w orientalną stronę („Habibe”), innym razem w brzmienia kojarzące się z Gipsy Kings („Shadow”). Nie mówię, że to źle, album jest dzięki temu ogromnie zróżnicowany i nie ma mowy, by się przy nim nudzić (w „Jijy” mamy nawet afrykański rap!). Obawiam się jednak, że osoby, które nie słuchają na co dzień world music, będą po prostu niektóre utwory pomijać. Ale to już zależy od indywidualnego gustu – na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie.

„Big Blue Ball” to szalenie ciekawa płyta, którą łatwo przeoczyć – tylko dlatego, że nie ma na okładce napisu „Peter Gabriel”. Dla fanów angielskiego muzyka to jazda obowiązkowa, a inni być może otworzą się dzięki niej na zupełnie inną muzykę, po którą w innym wypadku by nie sięgnęli. Polecam dać szansę.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

3 komentarze do “Peter Gabriel & friends – Big Blue Ball

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *