oOoOO – Without Your Love

Określanie czegokolwiek mianem „postmodernistycznego” jest już od dawna passé – wypadałoby wymyślić jakiś nowy termin. Można na przykład powiedzieć, że żyjemy w epoce postmemenistycznej. W końcu brak rozeznania w internetowych głupotach prowadzi dziś do najbardziej oburzających faux pas, a popełnić je tym łatwiej, że ostatnio praktycznie wszystko nawiązuje do tzw. memów. Słowacy wymarzyli sobie most Chucka Norrisa, Polacy chcą, aby zamiast prezydenta reprezentował ich Pieseł, a jakaś sadystyczna dusza masakruje kultowy album naszej zbuntowanej młodości, miksując go z najpopularniejszym „psem” YouTube’a. Czy kogokolwiek zdziwi jeszcze, że mem może okazać się inspiracją do stworzenia całego gatunku muzycznego?

Choć z witch house’em – bo o nim mowa – nie do końca tak było. Jak głosi niezawodna Wikipedia, terminu „witch house” użył po raz pierwszy niejaki Travis Egedy. Typ żartował: wymyślał absurdalną nazwę dla tworzonej przez siebie muzyki elektronicznej, która akurat skojarzyła mu się z okultyzmem. Mimochodem rzucił: witch house. Termin spodobał się internetowym wyroczniom hipsterstwa, zaraz podchwycił go Pitchfork i stało się: świat oszalał na punkcie witch house’u. A raczej hipsterski underground, żeby nie powiedzieć: półświatek. I jak to okultystyczne hipsterstwo ma niby brzmieć? Mrocznie, powolnie, niepokojąco. Dużo dziwnych sampli, atmosferycznych szumów, eterycznych melodii i automatów perkusyjnych. W formie wyliczanki: połączenie noise’u, drone’u, ambientu i shoegazingu (kolejność dowolna, elementy można ze sobą wymiennie łączyć, ale w żadnym wypadku nie należy dodawać przeterminowanego, nomen omen, terminu „goth”). Mniej zorientowanym w hipsterskich szufladkach muzycznych polecam wypatrywać dziwnych symboli w nazwach: †, ∆ (ew. ▲), ▴, a nawet już bardziej znajomych dla oka ( i ). Jeśli artysta ma w nazwie powyższe trójkąty lub krzyże – na pewno gra witch house (nawet jeśli się do tego nie przyznaje – vide Chino Moreno z Deftones i jego poboczny projekt †††). A jacy to są dla przykładu artyści? A chociażby ∆AIMON, (((O))), Salem czy †‡† (Ritualz). Na pewno jeszcze o nich nie słyszałeś, ale może znasz chociaż Crystal Castles? Oni trochę czerpią z witch house’owej stylistyki i brzmień. Choć zaliczać ich do tej sceny to jak tagować HIM-a jako gothic metal.

A teraz wszystko skomplikuję jeszcze bardziej. Otóż oOoOO (ułatwię Wam to: czyta się „ooł”), o którym jest (jeszcze będzie, serio!) ten wpis, wcale nie gra witch house’u. Chociaż stojący za tą dużą ilością liter „O” Christopher Greenspan uznawany jest za pioniera „wiedźmowej chaty”, hipsterskie źródła klasyfikują do tego nurtu wyłącznie jego pierwszą EP-kę z 2010 roku. Kolejna, wydana dwa lata później „Our Loving is Hurting Us”, stanowiła już zwrot w bardziej melodyjne, synthpopowe rejony (ale wciąż odległe od mainstreamowego, lekkostrawnego Crystal Castles). Cóż, tak to jest, jak się wybiera działalność w gatunku, który powstał jako żart i na dobrą sprawę w ogóle nie istnieje… Pełnowymiarowy debiut oOoOO stanowi w każdym razie kontynuację kierunku obranego na „Our Loving is Hurting Us” (zwróćcie uwagę na piękną analogię już na poziomie tytułów) i pewnie dlatego hipsterzy się na niego wypięli. A może po prostu nagrywanie longplayów jest dla nich zbyt mainstreamowe.

„Without Your Love” to przepiękna, klimatyczna płyta w sam raz na podróż – o ile tylko wybieramy się do Salem albo innego lasu w Blair, gdzie grasuje słynna wiedźma, Elly Kedward i morderca dzieci, Rustin Parr. Albo chociaż jedziemy w odwiedziny do Czarnej Chaty nieopodal Twin Peaks (ciekawostka: powstał nawet cały witch house’owy tribute to Twin Peaks). Już od pierwszych chrzęstów i pohukiwań, z których wyłania się oniryczna melodia i zawodzenie z oddali, nasiąkamy takim właśnie klimatem. Trochę jak na płycie Forest Swords, ale to jednak zupełnie inna bajka. W lesie oOoOO trafiają się chociażby grupy hipsterów ze swoim electropopem – przekonuje o tym już „Stay Here”, gdzie przetworzone wokale rozwiewają na chwilę nawiedzoną aurę. Nawet jednak jeśli jest to hipsterstwo, to wciąż podlane melancholią. W tytułowym „Without Your Love” pani śpiewa smutnym electrogłosem: „Don’t you want me anymore? / Thus I’m prisoner to my life / Without your love  there’s no star up”. Swoją drogą, wspomniani Crystal Castles pewnie by się takiej piosenki nie powstydzili.

Kawałki na pierwszym długograju oOoOO lubią łączyć się w pary. Do tytułowego wprowadza nas zagrana oktawę niżej od głównego dania przystawka „3:51 AM”. Niespełna dwie minuty, ale transowo wprowadza w nastrój, a zmieścił się nawet jakiś hip-hopowy sampel (na marginesie: zupełnie nie pasujący do całości). Podobny patent powtórzono na koniec: „5:51 AM” to zapętlone wprowadzenie do „Across A Sea” (o nim za chwilę). Ale w mniej oczywisty sposób pasują też do siebie chociażby najdynamiczniejszy w zestawie „The South” (chyba nawet można by go nazwać witch house’owym hiciorem) i mój ulubiony „Mouchette”, gdzie na tle brudnych, kleistych beatów samplowana wokalistka skanduje nazwę projektu, w którym przyszło jej się udzielać. Gdzieniegdzie przemykają pianinowe pasaże, ale jeszcze nie na taką skalę jak w „Across A Sea” (jeszcze chwileczkę).

No to gdzie te duchy, witch house’y, oniryzm i leśne mary? W minimalistycznym i klaustrofobicznym „On It”, gdzie Greenspan zamiast straszyć znowu autotune’em, urzeka zimnem i beznamiętnością. Ani grama hipsterskiego uroku, ale jakże intrygująco. W ubasowionym, ponurym „Misunderstood”, gdzie szmery i noise’y prowadzą przez wyraźnie nabijany rytm przez ciche, fragmentaryczne sample wokalne i starą melodyjkę, kojarzącą się nieco z Boards of Canada. Gdy pod koniec trzeciej minuty na dobre wchodzi wokal, doznaję objawienia: tak musi brzmieć eurodance grany w piekle. Z czarnymi demonami zamiast czarnych raperów i wiedźmami w roli wokalistek. No i zostało „Across A Sea”. Pianinowa ballada, której w życiu nikt by się nie spodziewał na takiej płycie (chociaż w sumie na pierwszej demówce było coś podobnego: „No Shore”). Ale przecież już przez wcześniejsze pół godziny oOoOO pokazywał, jaki potrafi być nieprzewidywalny. Także nie ma co się dziwić.

Długogrający debiut oOoOO nie ma może tak cudownie hipnotyzujących utworów jak „Sedsumting” i „Plains is Hot”, nie ma też równie genialnej okładki co pierwsza EP-ka, ale jest świadectwem rozwoju – oOoOO udowadnia, że dojrzał już do pełnowymiarowej płyty (choć trwającej wciąż niewiele dłużej od przeciętnej EP-ki). Artysta coraz śmielej flirtuje z rzeczami ładnymi i wpadającymi w ucho, ale pozostając w kręgu (niekrytych) inspiracji Burialem i trip hopem lat dziewięćdziesiątych. „Without Your Love” ukazuje go jako niebywale inteligentnego muzyka z masą pomysłów i przede wszystkim: pomysłem, jak je wszystkie poukładać obok siebie, aby nie przyprawić słuchacza o niestrawność. Witch house czy nie, kawał dobrej muzyki.

The following two tabs change content below.

rajmund

Lokalny Ojciec Dyrektor, gramatyczny nazista, ejtisowy cyborg, wcale nie hipster. Jarają go szczególnie cyberpunki, rudości, macki, ejtisy i szeroko pojęta elektronika. Bez muzyki umiera, w ciszy wariuje, a jak jeszcze w pobliżu nie ma wi-fi...

Ostatnie wpisy rajmund (zobacz wszystkie)

5 komentarzy do "oOoOO – Without Your Love"Dodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *